Wchodząc do Jazz Rocka w dniu koncertu można się poczuć niczym na rodzinnej balandze. Wszędzie dookoła znajome twarze, a nawet te mniej znajome jakby radośniejsze niż to średnia krajowa przewiduje. Trudno jednak o bardziej pokojowe nastawienie, gdy zespoły występującego tego wieczora to uosobienie rock’n’rollowego stylu życia.
Nie ma wątpliwości, grupa która występiła jako pierwsza podczas tego wydarzenia ma pomysł na nazwę. Hasselhöff to nazwisko aktora kojarzonego głównie z serialem Słoneczny Patrol. W rubryczce gatunek wpisują sobie za to tzw. umlaut rock. Nie mam pojęcia, co chłopaki mieli na myśli przez to wyrażenie, ale jeśli chcieli w ten sposób odwołać się do muzyki tworzonej przez takie legendy jak Motörhead, czy Mötley Crüe (tak jak się deklarują w inspiracjach), to chyba powinni jeszcze trochę popracować nad warsztatem. Przez cały czas trwania koncertu nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słyszę patenty, które były już eksploatowane nie raz. A wszystko to zaserwowane w sposób wtórny i bez energii. Panowie! Dajcie się ponieść! Jednak dzięki wokaliście, trzeba uznać występ Hasselhöff za udany. Marcin Kania swoim mocnym i wyrazistym głosem jest najciekawszym elementem zespołu. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie przyczepił się do tekstów, które miejscami zalatywały mi wręcz happysadową, gimnazjalną infantylnością i sileniem się na wydumaną literackość. Bardziej wyrozumiałe okazały się jednak fanki. Cytując jedną z nich: „trudno uwierzyć, że tak niepozorny wokalista może mieć aż tak seksowny głos”.
Chaos Engine Research to zespół, który fana metalu może zainteresować na wiele różnych sposobów, tak jak różnorakie odmiany ciężkiego brzmienia odcisnęły swoje piętno na muzyce grupy. Mamy wyraźnie zarysowaną linię basu, gitara przechodzi od djentowych breakdownów, przez corowe mocne uderzenie, aż po zwolnienie któremu zwykle towarzyszy mniej growlowany, a bardziej śpiewany wokal. Można przebierać w różnorodności. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, jednak czasami miałem wrażenie, że trochę tego za dużo. Nieraz riff który miał potencjał urywał się nagle w połowie, zastępowany całkiem niepotrzebnymi zapychaczami. Nie ma jednak wątpliwości, że panowie wiedzą jak dorzucić do pieca i sprawić, żeby publika bawiła się dobrze.
Jestem bardzo sceptyczny jeśli chodzi o damskie wokale w ciężkiej muzyce. Postanowiłem jednak, że dam Sliver i jego wokalistce Trisz szansę. I było całkiem nieźle… dopóki nie weszły czyste wokale. Nie chciałbym wyjść na szowinistę, ale damski śpiew w metalu to zupełnie nie moja bajka. Nie należę również do fanów metalcorów, jednak ten połączony z hardcorem przez ekipę Sliver (a czasami miałem wrażeniem, że zahacza nawet o stoner), wyszedł poprawnie. Nie zmęczyłem się podczas ich koncertu, co często mi się zdarza, gdy słyszę pretensjonalne metalcorowe zagrywki. Z przyjemnością wsłuchiwałem się w wokal Trisz, gdy ta growlowała, lecz kiedy wchodziła w wyższe rejestry wolałem się wsłuchać w pracę instrumentów.
Za rok będą obchodzić 15 urodziny. Do swojego muzycznego CV Heart Attack mogą już wpisać występu u boku m.in. Hunter, Decapitated, Virgin Snatch, czy Frontside. Gitarzysta tego ostatniego zespołu – Demon, zdążył nawet zaliczyć gościnny występ w teledysku do Obywatela świata wygłaszając soczystą frazę skierowaną w stronę zespołu. Nie zdradzę Wam więcej, przekonajcie się sami. To co da się usłyszeć w studyjnych nagraniach Heart Attack, to przede wszystkim udana kolizja wielu odmian rocka i metalu z naciskiem na hard rock. Zupełnie inaczej sprawy się mają gdy przychodzi zobaczyć i usłyszeć ich na żywo. Na pierwszy plan wybija się metalowe oblicze grupy. Nie da się wymienić jednego elementu, ani członka składu, który byłby za to odpowiedzialny, ponieważ ma się wrażenie, że wszystko ze sobą doskonale współpracuje. Zespół sprawdził się w stu procentach z nowym materiałem, który zabrzmiał potężnie i przekonująco. Mocnym punktem programu była również gitara. Od solówek po riffy, wszystko na wysokim technicznie poziomie. Uwagę jednak jeszcze bardziej przykuwał wokal. W jednym momencie zachrypły, hardrockowy, jakby zalewany przez wiele lat dobrą whisky, a w drugim przechodzący w growl. Jakby tego było mało, zespół zaprosił na scenę kilku gości, którzy wsparli go wokalnie. W tym Trisz ze Sliver, Młodego z Chaos Engine Research i największego metalowca wśród poetów i największego poetę wśród metalowców, czyli Roberta Kasprzyckiego. A na koniec zabrzmiały nieśmiertelne klasyki – Highway to Hell AC/DC i Rockin’ In The Free World Neila Younga. Kto był i siedział wtedy na tyłku, zamiast śpiewać razem z zespołem, ten trąba.
Michał Smoll