Piętnaście lat. I pół. Tyle w metryce ma zespół Sublokator, który postanowił uczcić koncertem w najbliższą sobotę swoją nie do końca okrągłą rocznicę powstania. A że jest to doskonała okazja do rozmowy o tym, jak wyglądał muzyczny start kiedyś oraz gdzie zespół Sublokator jest dziś, zadaliśmy kilka pytań Marcinowi Ruskowi, frontmanowi grupy.

Więcej o koncercie: 15 i 1/2 – SUBLOKATOR I GOŚCIE

 

KSM: To już 15 i pół roku na scenie Krakowa. Czujecie się już weteranami?

Marcin Rusek: Tak, z całą pewnością. Nie wiadomo tylko czy to powód do dumy czy wstydu (śmiech). Z jednej strony niektórzy nasi koledzy „po strunie” z krakowskich scen mogli być w przedszkolu gdy debiutowaliśmy. Z drugiej zaś, przeżyliśmy tyle fajnych kapel, które porozjeżdżały się, porozpadały, a my nadal istniejemy. I nawet nie mamy drewnianej nogi, nie pobieramy renty. Wesołe jest życie staruszka!

KSM: Skąd pomysł na taką „nieokrągłą” rocznicę?

Marcin: Jest kilka powodów. Po pierwsze nigdzie nam się nie spieszyło, po drugie gdy minęło 15, chcieliśmy sprawdzić, czy wytrzymamy ze sobą jeszcze trochę. Po trzecie zaś – i to dość smutne – krakowskie kluby nie chcą koncertów w sobotę. Mają swoich DJ-ów za ćwierć stawki oraz swoje puste poniedziałki i środy, gdzie chcą upchnąć muzykę na żywo. A my uparliśmy się na sobotę, bo chcieliśmy grać długo i hałaśliwie i imprezować do rana. Przez długie tygodnie negocjowaliśmy z wieloma miejscami. Ostatecznie ugościło nas House of Beer i chwała im za to!

KSM: Jak z Twojej perspektywy zmienił się zespół przez te lata działalności?

Marcin: Chyba najwłaściwsze słowo to konsolidacja. Tworzymy dość specyficzną mieszankę osobowości i jednocześnie najmniejszą możliwą grupę instrumentalistów potrzebną do tego, by podążać za naszymi inspiracjami. Drugie słowo to efektywność. Kiedyś mieliśmy czas na zmarnowanie, jak śpiewa Voo Voo, a dziś, przy takim nawale obowiązków pozamuzycznych, mam wrażenie, że wyciągamy maxa z naszego wspólnego czasu. Trzecie słowo nazywa się zespół. Nowe kawałki są dużo bardziej dziełem wspólnym niż indywidualnymi kompozycjami, jak bywało wcześniej.

KSM: Co do inspiracji o których wspomniałeś: są dosyć łatwo uchwytne, szczególnie ze względu na covery, które można usłyszeć na Waszych koncertach – Nick Cave, PJ, a z drugiej strony jazzujący Morphine. Gdzie jest Wasze miejsce? Bliżej granicy rocka czy jazzu?

fot. Dominika Filipowicz

Marcin: Make no mistake, jesteśmy ze świata rocka, zaczynaliśmy jako zespół punkowy. To cholernie pojemna szuflada, a my krążymy po jej obrzeżach, tyle że tych jazzowych właśnie, a nie np. metalowych. Może bardziej opisuje nas coverowanie Nomeansno czy folkowe wycieczki w stronę The Ukrainians? Jesteśmy też zespołem tekstu i to polskiego, a to osobny gatunek. Zwłaszcza jeśli chodzi o scenę krakowską, rzadko posługującą się językiem ojczystym z sensem.

KSM: Co z płytą? Mówicie, że już już, niebawem. Kiedy i czego możemy się spodziewać?

Marcin: Płyta jest i będzie miała premierę w kwietniu (odpukać w ekran komputera). Będzie to 8 kompozycji, które nadal będą stylistycznie zróżnicowane, a jednocześnie znacznie bardziej spójne brzmieniowo niż dotychczas. Mam wrażenie, że nie będzie to płyta dla każdego – cokolwiek by to miało znaczyć (śmiech).

KSM: Gracie już ponad 15 lat, a jednak te lata, mam wrażenie – może mylne – wciąż nie przekładają się na dużą popularność poza Krakowem. Czy nie macie momentów zniechęcenia? Co po tylu latach jest siłą napędową do działania?

Marcin: Jesteśmy jak Sułtani Swingu, mamy to gdzieś (śmiech). Myślę że wiele „znanych” zespołów przyjeżdżających do Krakowa gra dla mniejszej publiczności niż my. Napędza nas muzyka i przyjaciele.

KSM: Supportowaliście wiele znanych muzyków i kapel. Czy takie koncerty mają realny wpływ na rozpoznawalność zespołu?

Marcin: Krótkoterminowo tak, na dłuższą metę jednak zespół pracuje tylko na własny rachunek. Jak zagrasz kiepsko albo akustyk zepsuje twój set, bo jesteś tylko supportem, to efekt będzie odwrotny do zamierzonego. No i znane kapele rzadko bywają sympatyczne, na razie najfajniejsi byli Angole z New Model Army.

KSM: Czy był jakiś przełomowy moment w historii zespołu, w którym można byłoby powiedzieć – „Tak, to jest to, nic innego nie moglibyśmy robić”?

Marcin: Ten moment wciąż przed nami (śmiech).

KSM: Scena krakowska za czasów Waszych początków a dziś – można w ogóle mówić o takim rozgraniczeniu? Czy są wyraźnie wyczuwalne dla muzyka zmiany?

Marcin: Tak, stać nas na sprzęt, czasami nawet na studio. W tamtych prehistorycznych czasach podstawowym wzmacniaczem był eltron, a za przody robiły kolumny od domowego zestawu stereo. Dziś wszystkich stać na przyzwoity sprzęt, studio mieści się w laptopie, więc… decydują umiejętności. Grania i tworzenia fajnych kawałków, o to w końcu chodzi.

KSM: Czym według Ciebie – jeśli w ogóle – różni się start zespołu dziś od tego, jak było, gdy Wy zaczynaliście?

fot. Dominika Filipowicz

Marcin: Myślę że różniło się i to sporo, podczas pierwszych prób na Azorach lokalni skinheadzi wrzucali nam cegły do salki. Dziś już nie ma skinheadów, a może rzucają w kogoś innego? Poza tym chyba wszystko działa tak samo, jest wewnętrzne parcie, jesteśmy w Krakowie, wciąż jest tu gdzie grać. No, może nie w sobotę (śmiech).

KSM: Co nas czeka na sobotnim koncercie? Zespołów towarzyszących Wam jest sporo, wygląda to zatem na huczną urodzinową imprezę!

Marcin: Będzie głośno, różnorodnie, bardzo dużo muzy i – bez wątpienia – piwa. Na scenie sami przyjaciele, więc z pewnością zdarzą się niespodzianki, spontaniczne gościnne występy, pewnie też jam session. Naspokojnie to zespół, który dopiero się zawiązał, ale znamy ich dobrze – oni otworzą koncert. Firma Muzyczna to zawodowcy, wśród nich jest Szymon, który produkował nasz debiutancki album. Proko Crew to bezkompromisowy zespół, grają punk rocka i mają wiernych fanów, znających teksty na wylot. Część Sublokatora przeżywa drugą młodość grając w tym składzie. No i Natty Dead, oni grają już 20 lat, to dopiero dinozaury! Chodziliśmy do liceum z pierwszym składem tej kapeli. Jesteśmy z Azorów, Prądnika i Krowodrzy Górki, ta część Krakowa jest długowieczna, musi tu być niezła żyła wodna (śmiech).