Uda – Łowy Kraby

Oj nabroił Sieńczyk, nabroił. Zasiał ferment i niepokój społeczny w skądinąd sielankowym i samowielbiącym się światku muzyków krakowskich. Z pomocą kilku zaledwie recenzji stał się komentatorem rozpoznawalnym, choć raczej antypatycznym. Jeśli ktoś jeszcze o nim nie słyszał, fani Clock Machine, Ducha, Frank’s Hard Drive na pewno wytłumaczą – w krótkich żołnierskich słowach – kto zacz.

Wbrew apelom kolegów z zespołu, przy przedstawianiu postaci niesławnego recenzenta nie sposób pominąć istotnego faktu – Sieńczyk to nie tylko cięty język, to również Uda. Wobec licznych słów krytyki i oburzenia skierowanych pod adresem recenzenta-basisty aż dziw, że jeszcze nikt nie zdecydował się na rzecz oczywistą – zruganie w rewanżu niedawno wydanej płyty seksownego trio.

Będąc niejako półsprawcą całego zamieszania (wszak klepnąłem recenzje Jakuba do publikacji) od początku czułem się moralnie zobligowany do obrony „naszych” zespołów. Pomny więc poprzedniego wydawnictwa, w którym Jakub maczał palce, kiedy tylko dowiedziałem się, że nowa płyta Ud jest w przygotowaniu ostrzyłem zęby.

Czas na odwet!

„Łowy Kraby”, bo taki tytuł nosi krążek będący przedmiotem zemsty, to trzecie wydawnictwo naszej pokręconej formacji, a drugie nagrane z Łukaszem Krzywickim na gitarze. Łowom bliżej więc do drugiej w kolejności „Witaj Pokarmie” (2011) niż pierwszej „Hurtowni Przebiśniegów” (2010). Pod każdym względem. Na dobre i na złe.

„Łowy Kraby” w wersji CD to standardowy, niczym w XXI wieku nie szokujący digipack okraszony kolorową, ręcznie rysowaną grafiką. Możnaby pomyśleć – wykonaną kredkami przez synka koleżanki z pracy. To zapewne wyraz uwielbienia przez zespół bezpretensjonalnej zabawy oraz nieporzucania młodzieńczych ideałów. Efekt końcowy, choć niezbyt efektowny wizualnie, poniekąd koresponduje z obranym przez zespół image – szokujących czarodziejów spontanicznie bawiących się muzyką. Jak dzieci.

Trzeba wyjaśnić – lubię zabawy z muzyką i lubię dzieci (namierza mnie teraz CBA?). Ale trzydziestokilkuletnie dzieci nie mieszczą się w zakresie normalnych zachowań ani społecznych, ani muzycznych. Wiadomo, trzeba mieć jakieś braki, żeby w ogóle się bawić w muzykę. But still.

Dzieckiem były Uda w 2010 – świeże, jędrne, nieokrzesane, pełne niewinnej młodzieńczej energii. Choć, należy dodać, dzieckiem niezwykle rozważnym i utalentowanym muzycznie. Pełnym, jak na swój wiek, dojrzałego absurdu i dystansu do życia. „Hurtownia Przebiśniegów”, choć do bólu surowa i uboga w porównaniu nawet z ówczesnym koncertowym odpowiednikiem była dziełem nie tylko intrygującym, ale także kompletnym lirycznie, a przede wszystkim muzycznie. Obecność jazzująco-piosenkującego Herzyka stanowiła doskonałą przeciwwagę do kontrowersji Sieńczyka i Zawadzkiego. Uda jako dziecko potrafiły prowadzić MELODIĘ (szokujące, nieprawdaż?). Wraz z wiekiem umiejętność ta zaginęła pod natłokiem dźwięków i hałasu. Na jej miejsce wpełza tęsknota za dzieciństwem wyrażana oprawą wydawnictw i koncertów. Serio, panowie, bawią Was te przebieranki?

Od przebieranek (każdemu wolno!) przejdźmy jednak do rzeczy ważniejszej – do zawartości muzycznej nowego longpleja.

Mimo że zespół znany jest prześmiewczości, płyta wydaje się zaczynać całkiem poważnie. Przez moment przebiega przez głowę nieśmiała myśl – „czyli jednak trochę wydorośleli?” Połowicznie tytułowe „Łowy” można byłoby potraktować jako klimatyczny, a zarazem wcale nienadęty początek niezłej płyty. Nawet jeśli trwa niespełna minutę.

Było parę sekund klimatu, zatem czeka nas – nieco przedwczesne – pierdolnięcie. „Tyrydyry dą” i na antenę wchodzi Anthimos Apostolis. To jeden ze znakomitych gości na płycie i słyszymy to od pierwszych dźwięków. W okolicy 0:22 pojawia się coś na kształt dawno-niesłyszanej melodii, a przez moment, nie zauważywszy gościnnego występu gitarzysty SBB pomyślałem: „Wow. Mały [Łukasz Krzywicki, git.– przyp. red.], gdzie skrywałeś takie granie?”. W oparach metalfunkującej psychodelii 3 minuty mijają błyskawicznie i wcale nie nudno.

Słychać również mniej przyjemne ciekawostki – na dzień dobry dostajemy przester w dolnym paśmie, co nieco dziwi biorąc pod uwagę to, gdzie materiał został zarejestrowany (choć nie do końca wiadomo kto i gdzie miksował). Przester i lekkie zapchanie kompresora towarzyszy nam już do końca płyty. Od „Talerzyka na Piach” towarzyszy nam również dudniący tom. Być może tak miało być – przy takiej muzyce nigdy nie wiadomo jaki był zamysł.

Nie licząc tego, płyta zrealizowana jest poprawnie łamane przez dobrze. Porównując do brzmienia żywych Ud – jest pełniej, a selektywniej zarazem (dodać należy, że przy tak gęstych aranżach „selektywniej” nie mogło być łatwe do uzyskania).

Oprócz nieistotnych szczegółów realizacyjnych (dajmy spokój, wiadomo jakie to budżety w porównaniu do poważnych, światowych zespołów) wcale, a wcale nie jest źle. A miało być zupełnie inaczej! Wszystko to słyszałem już uszami wyobraźni. Tymczasem kręci się nieźle.

Przede wszystkim słychać konsekwentny rozwój. Po odejściu Herzyka dwa lata temu, wątpiłem nieco w dalszą działalność Ud utwierdzając się w przekonaniu, że nikt nie podoła. I nie podołał po Herzykowemu. Podołał po Krzywickiemu. Na „Witaj Pokarmie” szukał: ciężkimi riffami ginącymi jednak pod natłokiem perkusji (jak zresztą wszystko inne. Ot, „zamysł realizatorski”); szukał spacerockowymi kwikami harmonizera ginącymi jednak w oparach mdłej, słyszałem-to-na-swojej próbie-jak-gramy-dla-zabicia-czasu-ale-nie-pokazujemy-tego-publicznie improwizacji. Cokolwiek Krzywicki chce znaleźć, na „Łowach Krabach” jest już zdecydowanie bliżej. Momentami odważnie i bezkompromisowo ciężkość przejmuje prowadzenie („Diamentowy Gruzin”, 2:20 – nie byłem na koncercie Faith No More w zeszłym roku, ale ten krótki fragment mi to wynagrodził! „Talerzyk Na Piach”, 2:30 – machamy głowami). Z kolei gdzie indziej mamy funka, jednak nie subtelnie skrywanego pod groovem sekcji, a bezczelnie wychodzącego na pierwszy plan („Krakowska Szkoła Gangbangu”, nota bene z Krzysztofem Ścierańskim jako kolejnym – choć niewiele wnoszącym – gościem). W końcu zamiast ciągnących się, rozlazłych improwizacji znanych z poprzedniej płyty mamy konkret. W „Weź Go Karm” ocieramy się nawet o szpiegowski (prawie mroczny!) klimat, którym chełpiła się grupa, a którego od 2010 jako żyw nie słyszałem. I dobrze. I fajnie! I nie wadzi prawie wcale przekompresowane i przejaskrawione brzmienie przesterowanej gitary, które w ogóle nie nadaje się do długotrwałego słuchania.

Jest i „ale”, bo oczywiście być musi. Wynurzeń wokalno-lirycznych grupy Uda A.D. 2013 tolerować nie mogę i nie chcę. Nie wiem, na ile duży wpływ na ten aspekt wesołej twórczości może mieć obecny gitarzysta, ale z jakiegoś powodu teksty wraz z odejściem Herzyka stały się pustymi zlepkami cytatów i półsłówek. W czasach „Hurtowni” niezmiennie śmieszyły, wprowadzając jednocześnie w stan zadumy. W czasach „Łowów” wywołują zażenowanie. Wracamy do dziecięcych zachowań naszych muzyków – cienka jest granica między znaczącym absurdem a pretensjonalną infantylnością. Być może nawet subiektywna. Ale umówmy się – pijacki bełkot i zaśpiewy nie bawią dorosłych ludzi. Przynajmniej nie przed zażyciem narkotyków.

Dochodzimy też do sedna sprawy – na dekonstruktorów czyhają liczne problemy. Łatwo zjeść własny ogon i popaść w odmęty bezsensu. O ile, ku mojemu zaskoczeniu, robiąc woltę w kierunku ciężarów Uda kroczą dzielnie ku nowemu, o tyle lirycznie nie ma na „Łowach” ani jednej wartościowej sylaby. A „Feministyczna Pani Pedagog” bawi i uczy do dziś. How come?

Dekonstrukcja w formie pastiszu również się nie sprawdza. Takie „Mazury” raczej wyprę z pamięci. Zamiast zabawy dostajemy ciężkostrawny, pretensjonalny potworek. Jeśli czerpać inspirację z kolegów z Okinekopeszte, to po całości – niech inspiruje również ich naturalność. Tam żaden element układanki nie jest wystudiowany. Muzyka naiwna i infantylna jest sama z siebie, wszakże to studenci. Może to mocne słowa, ale po dorosłych ludziach, zwłaszcza z takim bagażem doświadczeń i wiedzy – po mężach, ojcach, doktorach – spodziewałbym się czegoś więcej.

Na napisanie tej recenzji czekałem długo. Od kiedy tylko dowiedziałem się, że płyta jest w przygotowaniu, ostrzyłem zęby. Można by nawet rzec, że uprzedzeniami i domysłami napisałem połowę tego tekstu, zanim zobaczyłem płytę choćby na zdjęciu. Powyższe akapity chyba jednak wyczerpują zapas negatywnych odczuć związanych z „Łowami”.

Wiem, czytelniku, jesteś zawiedziony. Miał być odwet, miałem zmieszać z błotem. Wyszło jak wyszło bo…po prostu płyta jest niezła. Jestem z natury malkontentem, więc te opinię należy szanować, cenić, być może gdzieś zapisać, schować.

Słucha się tego jak niesławne „Death Magnetic” (czekam na wersję bez takiej kompresji). Wolę jazz Herzyka. Wszystkie słabe żarty słyszałem w podstawówce, a dekonstrukcja i pastisz znudziły mi się w liceum.

A jednak nie poddam się, bo idzie nowe. Uda były i – co udowadniają na „Łowach Krabach” – są jedną z ciekawszych pozycji nie tylko w katalogu krakowskich zespołów. Tym ciekawszą, im mniej przebraną i mniej dowcipkującą.

Ale my, recenzenci-malkontenci sobie, a zespół sobie.

I może to dobrze. Bo podobno trzeba mieć odwagę iść własną drogą.

[youtube_sc url=”http://www.youtube.com/embed/YQMEK25DXLM” title=”UDA%20&%20Marcin%20Gałażyn%20-%20Rajstopy%20z%20dziuramy%20″]