The Perfumes – Wiosna?

Wnosząc ze słodko pachnącej nazwy oraz internetowej wizytówki, w której mowa jest o „zmanierowanych, eleganckich i kulturalnych młodzieńcach”, krakowski zespół The Perfumes adresuje swoją muzykę do dorastających dziewcząt, tudzież ich matek-kuguarzyc. Podejście ze wszech miar słuszne. Bo niby w jakim celu George Beauchamp skonstruował w 1931 r. pierwszą gitarę elektryczną? Przecież nie po to, żeby podczas Światowych Dni Młodzieży donośniej mógł zabrzmieć szlagier „Barka” (notabene również traktujący o łowieniu serc)…

Jako siwiejący, heteroseksualny i niewyświęcony mężczyzna jestem odporny na feromonalne oddziaływanie czterech młodzieńców tworzących The Perfumes. Ten handicap pozwolił mi na względnie niezaburzony odsłuch ich liczącej sześć utworów debiutanckiej płyty pt. Wiosna?. Jeszcze przed uruchomieniem odtwarzacza wiedziałem (z fejsbuka), że panowie „wzorem zespołów z Wysp Brytyjskich uwielbiają gitarowe brzmienia i chwytliwe melodie”. Ja też je lubię – np. u Beatlesów albo The Verve. Po odpaleniu płyty okazało się, że muzyka Pachnideł zdecydowanie bliższa jest stylistyce takich brytyjskich kapel, jak The Libertines i Babyshambles, do inspiracji którymi młody zespół explicite się zresztą przyznaje.

No dobrze: określenie „zdecydowanie bliższa” to eufemizm. Pachnidła po prostu naśladują manierę obu formacji Pete’a Doherty’ego. Płyta młodych krakowian znakomicie ilustruje generalną przypadłość rodzimego szołbiznesu. Jak to szło, suchotniczy Wieszczu? „Pawiem narodów byłaś i papugą”? Wiedz przeto, że w polskiej muzyce rozrywkowej jest podobnie. Nasze zespoły żywią się wtórnością, rżnąc w skali 1:1 z zachodnich mód i trendów. Pół biedy, że w dobie powszechnej dostępności muzyki (Internet) słychać to od razu. Wszak większość publiczności ma umysły ścisłe, jak inżynier Mamoń. Podobają się jej te piosenki, które już raz słyszała. Gorzej, gdy imitacja okazuje się nieudolna. A tak jest w przypadku The Perfumes.

Czegokolwiek by o Dohertym nie powiedzieć, jego piosenkom nie sposób odmówić łobuzerskiego sznytu i bezczelnej energii. Tymczasem z kompozycji Zbigniewa Adamka wieje żałobną nudą i bliżej nieokreśloną bezpłciowością. Co gorsza, niektóre zagrywki i zaśpiewy przywołują dość makabryczne skojarzenia z twórczością Elektrycznych Gitar i Happysad, jak również formacji dowodzonych przez Grabaża. Obrazu całości nie poprawia naprawdę słabe wykonawstwo – zagrane jest to krzywo i bez przekonania, a na domiar złego co jakiś czas nie stroją gitary. Rany boskie – istnieją przecież takie magiczne urządzenia, jak metronom i tuner…

Słabym punktem Pachnideł jest wokal. Brak ciekawej barwy, drżące beczenie, gryzące fałsze i nieporadne frazowanie – to nie jest przepis na sukces. O tekstach bym nawet nie wspomniał, gdyby nie deklaracja chłopców, że „piszą wiersze i śmią to zwać poezją”. Znaj proporcją, mocium panie! Poezja to coś takiego, co robią Marcin Świetlicki i Zbigniew Herbert, capisce? Częstochowskie rymowanki to za mało, aby drapać się na Parnas. „Bańki mydlane, one lecą w nieznane / Dziwnie nastrajają, później pękają”. Słodki Jezu… „Nastolatki ślinią się do czyjejś matki”. A nie mówiłem, że będzie o kuguarzycach? Albo to: „Środek maja, a dokoła / Wszyscy myślą, że mam doła” – też złapałem, jak tej grafomanii słuchałem.

Debiutancka płyta The Perfumes potwierdza znaną regułę, że Polacy nie umieją fajnie podrobić brytyjskiej muzyki. O czym przypomina nie tylko wczesne Myslovitz, ale i takie polbritpopowe „perełki” z lat 90. XX wieku, jak Lizar czy Rotary (pamięta ktoś jeszcze ten szajs?). Albo – nomen omen – Negatyw. Jeśli jest to muzyka „z Wysp”, to raczej z takich, jak Dębowa Górka i Wronie Kępy na jeziorze Kisajno.

Wuj Albert

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu.