Kraków Street Band – Kraków Street Band

„Póki Stefan gra na skrzypcach – śpiewał Maciej Maleńczuk – póty będę miał nadzieję”. Wprawdzie śp. Stefan Dymiter opuścił nas już 13 lat temu, ale nadzieja umiera ostatnia. Rzecz jasna w dziedzinie gry na krakowskim streecie od dawna nie jest nią pan Maciej, który porzucił to zajęcie przed ćwierćwieczem (notabene moja wiara w jego sztukę kojfnęła jeszcze wcześniej niż cygański wirtuoz smyczka, gdzieś w okolicach pierwszego zgonu Homo Twist).

Na szczęście natura horret vacuum i na krakowskim Rynku nadal można usłyszeć zacną muzykę. Ot, choćby w wykonaniu formacji Kraków Street Band. Znacie ją, nawet jeśli nigdy nie słyszeliście, jak przed Bazyliką NMP żwawo zapodaje smakowitą mieszankę dźwięków, na którą składają się korzenny blues, jazz, gospel, soul i bluegrass. Widzieliście za to chłopców w telewizji, gdy dotarli do finału VII edycji Must Be The Music, zasłużenie zbierając świetne recenzje. Być może nawet niektórzy z Was, mili centusie, dorzucili się do sfinansowania ich debiutanckiego albumu w ramach udanej kampanii crowdfundingowej.

Formacja dobrze wykorzystała szczodrobliwość swoich fanów, nagrywając wyśmienity krążek (jego zawartość możecie legalnie pobrać z sieci za darmo). Na płycie znalazło się 13 utworów. W większości są to – jak na uliczną orkiestrę przystało – standardy, szlagiery i inne evergreeny, choć nie zabrakło dwóch udanych i zgrabnie osadzonych w stylistyce albumu kompozycji autorstwa Tomasza Kruka, który w KSB zasuwa na gitarze i bandżo.

Krążek otwiera nieśmiertelne Flip, Flop & Fly – nóżka chodzi bodaj lepiej niż przy wykonie The Blues Brothers, a dęciaki po prostu niszczą system. W utworze tym po raz jedyny na płycie pojawia się gitara elektryczna, bo z zasady chłopaki grają akustycznie. Duch Jake’a i Elwooda powraca jeszcze na płycie KSB kilkukrotnie, choćby w żywiołowo odegranym gospelowym Keep Your Hand on the Plow czy Built for Comfort oraz Can’t Judge a Book Willy’ego Dixona.

O instrumentalnych kompetencjach KSB nie ma się co rozpisywać – to profesjonaliści, tutaj każdy dźwięk się zgadza. Werbel z kontrabasem zapewniają niesamowity groove, żwawo zasuwają bandżo i ukulele, dźwięczą akustyczne gitary, pozytywną energią kipi sekcja dęta. Mocnym punktem kapeli jest śpiew Łukasza Wiśniewskiego – gdybym nie wiedział, że to autochton, mógłbym go miejscami wziąć za przybysza z Chicago czy innej Alabamy.

Sceptyk rzekłby: phi, ale grać covery to każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Tak? Otóż nie. Osobną i wartą podkreślenia kwestią jest bowiem aranżacyjna kreatywność panów z KSB. Weźmy takie Don’t Let Me Be Misunderstood, które doczekało się przecież wielu fenomenalnych wersji. Grali to już w bardzo fajny sposób Nina Simone, The Animals, a nawet (nie śmiejcie się) Joe Cocker – a KSB robi to po swojemu, stylowo i z wdziękiem. Podobnie jest z In the Midnight Hour – okazuje się, że można ten numer zagrać i zaśpiewać zupełnie inaczej niż genialny Wilson Pickett. Zupełnie nie soulowo, a i tak… zajebiście (przepraszam za ten prymitywizm, ale nie znajduję trafniejszego określenia).

KSB radzi sobie też z wyzwaniami trudniejszymi. Potrafi wydobyć klasowe numery nawet z koszmarnych szlagierów epoki disco. Hot Stuff Donny Summer mógłby wszak w akustycznej wersji zabrzmieć jak kabaretowy niewypał. A tu niespodzianka: pojawia się klimat The Blues Brothers, okraszony fantastyczną, góralską solówką na flecie prostym. Da się? Jednak moim faworytem – i to bodaj w skali całej płyty – jest… I Was Made For Loving You. Z żenującego, dyskotekowego hymnu Kiss panowie z KSB wyczarowali rasową, bluesową balladę, która chwyta za serce już od szlachetnego wstępu na kontrabasie. Wymiauczane w oryginale przez Paula Stanleya wyznanie napalonego gimnazjalisty zabrzmiało w ciepłej interpretacji Łukasza Wiśniewskiego niemal jak sonet Petrarki. Super. Mam nadzieję, że KSB zmierzy się kiedyś z kompozycjami Martina Gore’a. Skoro chłopcy potrafią z naprawdę obciachowego gniota wyłuskać perełkę, to co dopiero wykrzesaliby z takich depeszowych klasyków, jak Stripped czy Never Let Me Down Again

Kraków Street Band reklamuje się w Internecie jako „formacja, która powoli staje się nową muzyczną wizytówką miasta dla przybyszy z kraju i zagranicy”. Należy sobie życzyć więcej takich wizytówek Krakowa. Na pohybel duszącemu smogowi, srającym pidżynom, Cocomo i Hush Live. Panie Stefanie – melduję, że jest nadzieja!

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu