Winona Rider – Winona Rider

„Wujek, ch… z produkcją!” – orzekł zaprzyjaźniony gitarzysta, przeczytawszy recenzję, w której pastwiłem się nad fatalną realizacją dźwięku pewnej EP-ki. „Ważne co chłopaki mają w głowach” – perorował, aby następnie doradzić: „pij trochę więcej kakao przed pisaniem”. Do wysłuchania nowej płyty zespołu Winona Rider zasiadłem więc, uzupełniwszy poziom cukru aż po korek. Tak na wszelki wypadek.

Dygresja dla tych, którzy nie mieli jeszcze przyjemności z Winoną: jest to klasyczne trio – gitara, bas i bębny – wykonujące utwory instrumentalne. Czyli bez wokalisty. Grają ciężko, hałaśliwie i trochę krzywo. Garaż, dwa browary i blancik, bez napinki i na luzie. Do tego z fantazją i humorem. Widziałem i słyszałem na żywo: sempiterny nie urywa, ale pozostawia niezłe wrażenie.

A płyta? Przydało się kakao. Albowiem założenie, aby skupić się na tym, co chłopaki z Winony mają w głowach, poszło się paść w momencie, gdy wcisnąłem „play”. Psiakrew. Choćbym zassał całą czekoladową rzekę z fabryki pana Wonki, i tak wykrzywiłoby mi facjatę. Nie, nie czepiam się. Wyobraźcie sobie, że ktoś każe Wam obcować z malarstwem mistrzów holenderskich za pośrednictwem wymiętych kserokopii. Albo pić trzydziestoletnią whisky z nieumytego kubka po rosole. No właśnie… Winona Rider to niestety krążek źle zrealizowany. Brzmienie jest żadne (naprawdę nie przychodzi mi do głowy bardziej adekwatne określenie), a miks – płaski i pozbawiony dynamiki. Poziomy ustawione bez wyczucia – cały czas jest głośno i męcząco. Świdrujące tony wysokie nadają się do torturowania więźniów w Starych Kiejkutach. Mógłbym tak dalej, ale – tu: solidny łyk kakao – sadokrytycyzm jest głupi, a za kiepskie brzmienie winić można tylko niski budżet. Z pustego i Steve Albini nie naleje.

Przyjrzyjmy się zatem treści muzycznej. Otwierające płytę Moje małe bamboleo zaczyna się od gitarowych szmerów, aby następnie zaatakować surowym, przesterowanym basem i zgrzytliwym, blacksabbathującym riffem. Psychodeliczne melodie nieodparcie kojarzą się z wczesnym Homo Twist – fajnie, bo to nieczęsto spotykana inspiracja. Drugi numer to dwuminutowy Róż w wodzie – hipnotyczny motyw gitarowy zgrabnie komponuje się w nim z jazzującą partią saksofonu, na którym gościnnie zagrał Bartek Banasik. Wchodzą transowe, dudniące bębny i grunge’owy riff – ostra, dynamiczna Bro Suta to kawałek mocno zalatujący stylistyką Screaming Trees. I dobrze, bo to świetny, choć niedoceniany i zapomniany zespół. Bardzo, bardzo sabbathowo robi się w doomowej Czarnej Wołdze – numer sporo zyskuje dzięki saksofonowi Banasika. Sześciominutowy Żarcik brzmi z kolei jak wczesne Homo Twist mieszające reagge z ostrymi gitarami. Następna Szisza – zgodnie z tytułem – to utwór o nieco orientalnej melodyce w stylu – zgadliście – wczesnego Homo Twist. Płytę kończy alternatywny miks Różu w wodzie – nie różni się znacząco od pierwszego, ale zdecydowanie lepiej wypada tu sfuzzowana gitara.

Muzyczna mapa, po której poruszają się muzycy Winony Rider ma dość wyraźne punkty orientacyjne: Black Sabbath, Homo Twist i grunge z domieszką klimatów surfrockowych i psychodelicznych. Czyli – krótko mówiąc – porządny, garażowy alt-rock z lat 90. ubiegłego stulecia. Kapela raczej nie odkrywa nieznanych lądów, ale łoi fajnie i skocznie. Wykonawstwo – eufemistycznie mówiąc – nie powala, natomiast klimatu twórczości chłopaków odmówić nie można. Do płyty raczej nie wrócę, nawet z kakao, ale na koncert z pewnością się wybiorę, aby pod Winonowe granie chlapnąć kilka browarów.

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.