Smoking Barrelz – Na Zjeździe

Przepis na dobrą muzykę rockową: bębny radośnie tłuką w rytmie 4/4, przesterowana gitara wycina hultajskie riffy poprzetykane psychodelicznym melodiami, a wokalista zdziera gardło, ile tchu w piersiach. Nie zaszkodzi też szczypta bluesa z delty. No, może więcej niż szczypta. Ten liczący pół wieku patent jest systematycznie odgrzewany i ogrywany przez kolejne generacje szarpidrutów, przebijając się co pewien czas do mainstreamu. Zazwyczaj z bardzo odświeżającym ówże mainstream skutkiem. W ostatnim piętnastoleciu wskrzesili ten rodzaj grania The White Stripes i The Black Keys, redukując zresztą przepis do kilku najprostszych i najsmaczniejszych składników, rozpisanych na ascetyczny duet.

O tym, że less is more, wiedzą dwie Dymiące Lufy z Krakowa: Patryk Pater i Piotrek Wykurz. Pierwszy młodzian dzierży gitarę, drugi – łupie w bębny. Obaj się wydzierają, bo termin „śpiew” byłby tutaj mocno na wyrost (ale to nie jest złośliwość, to komplement). Obsługują nadto chłopcy proste utensylia generujące cudowne hałasy – cymbałki, theremin, trójkąt i grzechotki. Debiutancką płytę nagrali z pomocą rodziny (realizatorem jest brat Patryka, Marcin) w studio mieszczącym się w Składzie Solnym przy ulicy Na Zjeździe. I tak też ją nazwali. To znaczy: Na Zjeździe. Nazwa dobra, bo przewrotna. Staromodna ilustracja na okładce sugeruje zjazd rodzinny. Muzyka zaś sugeruje zjazd narkotyczny. Dla jasności: to też jest komplement. Bardzo przypadła mi do gustu oprawa graficzna krążka. Jest prosta i garażowo bezpretensjonalna: ręcznie nabazgrane teksty, urocze dziecinne rysuneczki oraz stylowe zdjęcia długowłosych i brodatych muzyków.

Trzydziestominutowa zawartość muzyczna płyty nie zawodzi. No dobrze, to nie jest muzyka dla niedzielnego słuchacza. Nastoletnie fanki Clock Machine, w którym to słynnym zespole na co dzień bębni Piotrek, raczej by się nie gibały, robiąc maślane oczęta. Ale stary Wuj wysłuchał z dużą przyjemnością i wcale mu się te pół godziny spędzone w towarzystwie Smoking Barrelz nie dłużyło. Nic a nic. Bo młodzieńcy dobrze odrobili lekcje z muzyki. Słychać w ich graniu ogólną dżekłajtowość wymieszaną z John Spencer Blues Explosion (Shelter, Dance!, Mrówka, Kapitan), ale pojawia się też Na Zjeździe wiele innych rodowodowych elementów i odniesień do klasyki. Jest obowiązkowa hendrixowska gitara (Podróż), są grzmiące riffy i solówki a’la Rage Against The Machine (Splot, Summer Sky), pobrzmiewa gdzieś John Frusciante (Nitro). Znalazło się miejsce na leniwy, akustyczny Letni Blues i żartobliwą, niemiłosiernie fałszowaną miniaturkę Zjazd, w której rozsierdzony współlokator Składu Solnego krzyczy z korytarza: „Panie kolego, tu są biura! Tu są biura! Jeszcześmy do domu nie poszli, heloł!!!”. I to wszystko, powtarzam, w zaledwie trzydzieści minut.

Połowa utworów jest instrumentalna. W pozostałych – jako rzekłem – panowie drą się i skandują. Często w rytmiczny, rapowany sposób opatentowany przez Beastie Boys i spopularyzowany przez niezliczone kapele z lat 90. Ogólnie rzecz biorąc, wokalne popisy Patryka i Piotrka wypadają bezpretensjonalnie i energicznie. Nawet kiedy fałszują, i tak jest rasowo. Teksty – częściowo po angielsku, częściowo po polsku – są niegłupie i miejscami aż chce się je wspólnie z chłopakami wywrzeszczeć. Brzmienie płyty Na Zjeździe to surowy, brudny, nieposprzątany garaż. Niemniej dźwięczy ona tłusto, soczyście i przestrzennie, co jest w dużej mierze zasługą naturalnego ambientu pomieszczenia, w którym zrealizowano nagranie. Kawał krwistego mięcha. W czeluściach garażu kryją się nadto fajne gadżety i ozdoby: przeszkadzajki, trzaski winylowej płyty, oddalone chórki i śmiechy – a wszystko to zgrabnie wmiksowane w surowe gitary i dudniące gary. Dobra robota, Herr Musikproduzent.

Na koniec obowiązkowy suchar: lufy dymią, bo dwururka wypaliła. Z grzmotem i naprawdę ostrą amunicją. Czekam na kolejną salwę, chłopaki!

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu