Strach Uszu – Kuranty

Będzie to powiastka z morałem. Zaczerpniętym z jednej z nielicznych bajek Hansa Christiana Andersena, które nie kończą się śmiercią w płomieniach, zamarznięciem lub wyrzuceniem na śmietnik (z duńskich produktów eksportowych smutniejszy jest tylko Søren Kierkegaard; stanowczo polecam za to wikingów, klocki LEGO i Christianię). Źródłem inspiracji nie będą jednak tym razem – jakże adekwatne w stosunku do wielu zespołów – Nowe szaty cesarza. Nie, nasz dzisiejszy bohater z pewnością nie jest ani artystycznie nagi, ani otoczony zgrają fałszywych pochlebców.

Jest za to – a właściwie z uroczą zadziornością próbuje być – brzydki. Brzydki, że aż strach. Strach Uszu, ściśle rzecz biorąc, bo taką nazwę wybrała sobie (że przytoczę fejsbukową autocharakterystykę zespołu) „banda skrajnie różnych osób, która wspólnie i w porozumieniu tworzy psychoteksty do psychomuzyki i psychomuzykę do psychotekstów”, czyli: Magda Matyka (śpiew), Kuba Sznajder (bas), Kamil Chołyk (perkusja) i Łukasz Mazur (gitara). Choć wykluł się ten czupurek stosunkowo niedawno, bo w lipcu 2013 roku, to już zdążył wydać debiutancką EPkę zatytułowaną Kuranty. Okładka jest – zgadliście – brzydka. Członkowie zespołu zostali piórkiem Magdaleny Sikory sportretowani jako średniowieczni, wędrowni minstrele, którym najwyraźniej nie powiodła się próba oczarowania publiczności. Bosonodzy, w łachmanach, skuci kajdanami i wciśnięci w żelazne maski hańby (w pierwszej chwili wziąłem je za maski BDSM, ciekawe dlaczego…) stoją bezradnie w błocie ze swoimi lutniami i bębenkiem. Aż korci, aby cisnąć w nich ogryzkiem, zgniłym jajem lub solidną bryłą końskiego nawozu. Jaką przewiną zasłużyli sobie na ten okrutny los?

Bo jedno trzeba Wam wiedzieć: na pewno nie muzyką. Zaczynają się bowiem Kuranty… ślicznie. Dwuminutowe Śniadanie mistrzów to perełka, w której śpiewającej Magdzie towarzyszy jedynie piękna, leniwa melodia imitujących wibrafon klawiszy (gościnnie obsługuje je Kasia Miernik z Wicked Heads). Urocze, zbudowane z kilku niewymyślnych, celnych metafor wyznanie miłosne podane zostaje dziewczęcym, niewinnym, nieco zaspanym głosem. Dobre emocje wywołane prostymi środkami – czegóż więcej można chcieć od takiej piosenki? Warto Śniadanie zapętlić w odtwarzaczu.

Drugi utwór i wyraźna zmiana nastroju. Strach oczu to ponad sześciominutowa opowieść o zrabowanej miłości, ukrytych tęsknotach, okrucieństwie i śmierci. Streszczać nie będę, ale wierzcie, że ta historia, która przywołuje nieokreślone skojarzenia z twórczością sióstr Brontë i Edgara Allana Poego, pozostawia uczucie niepokoju – także dzięki sugestywnej interpretacji piosenkarskiej (warto zwrócić uwagę na chórki i orientalizującą wokalizę). Nieco chorobliwy, nerwowy klimat utworu z powodzeniem współtworzy muzyka, dynamicznie narastająca od spokojnego intro po niemal heavymetalową końcówkę. Na szczególne uznanie zasługuje Łukaszowa gitara, która od sennych, flangerowatych plam dźwięku płynnie przechodzi w mocne, przesterowane riffy.

Was to be to szlachetna, melodyjna grunge’owa ballada z udanymi refrenowymi harmoniami wokalnymi Magdy i Kuby. Miejscami Matyka z przejęciem zdziera gardło w stylu młodej Kasi Nosowskiej. W połowie utworu robi się ciężej, riffowo – nie pasuje tylko (na szczęście krótki) wchodzący w czwartej minucie motoryczny fragment a’la Rage Against The Machine. Brzmi jak wklejka z innej piosenki, w dodatku mało Strachowej. Panowie i Pani, nie idźcie tą drogą. Tym razem tekst jest po angielsku: Magda bardzo przyzwoicie radzi sobie w języku Szekspira, ale zdecydowanie lepiej wypada, śpiewając w mowie ojczystej.

Ostatni na trackliście In deepest place of mind to utwór „singlowy”, promujący wydawnictwo w niezależnych stacjach radiowych. Słuszny wybór – choć tekst znów po angielsku. Utwór ma rześkie intro i momentalnie wpadającą w ucho linię wokalną. Swoje paszczowe popisy oprócz Magdy mają tu Kuba i Łukasz; chórki i harmonie są miejscami pierwszorzędne. Numer ciągnie do przodu zadziorna i urozmaicona gitara – od żwawego staccato z flażoletami po ciężkie, melodyjne riffy. Mniej przekonująca jest wchodząca w połowie numeru część z solówką – można by ją spokojnie wyciąć bez szkody dla całości kompozycji.

Oj, dobrze kwacze i nieźle rokuje to straszne kaczątko. Najbardziej oczywistym atutem jest pełen uczucia śpiew Magdy. Jej obiecujące warunki głosowe poparte technicznym szlifem mogą zanieść muzykę Strachów naprawdę daleko. Cichym bohaterem Kurantów jest Łukasz – nie wyrywa się hałaśliwie do przodu jak wielu hardrockowych pałerkmiotów, lecz wypełnia utwory feerią chwytliwych melodii i energią rasowych riffów. Kuba i Kamil natomiast robią to, co sekcja rytmiczna robić powinna – grają dynamicznie i wykopem. Jasne, że na EPce Strachów zdarzają się kiksy i niedociągnięcia wokalne lub instrumentalne, a realizacja dźwięku wysokobudżetowa nie jest – pamiętajmy jednak, że mówimy o wydanym własnym sumptem debiucie młodego, niezależnego zespołu, a nie o nabotoksowanej płycie zdziadziałego Aerosmith czy innego Bon Jovi.

Stylistycznie plasuje się zawartość Kurantów w okolicach starego, dobrego Seattle sprzed ponad dwóch dekad, miejscami unosi się też nad nią duch wczesnego Hey. Nie jest to jednak imitacja, lecz raczej twórcze nawiązanie. Zresztą muzyka Strachów nie rości sobie pretensji do innowacyjności – o jej wartości stanowią raczej ładunek emocjonalny, szlachetne melodie i unikalny nastrój. Znakiem rozpoznawczym kapeli już są – i mam nadzieję, że pozostaną – rasowe harmonie wokalne (przypominają się Cantrell ze Staleyem, aż się łezka w oku kręci). Podszlifowane umiejętności techniczne, więcej dyscypliny kompozycyjnej i teksty w języku polskim, a przekonacie się że Strach Uszu wyrośnie nam na pięknego, królewskiego łabędzia.

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu