Bad Light District – Science of dreams

Jak na uczonego męża przystało, wysłuchanie najnowszego krążka Bad Light District poprzedziłem gruntowną kwerendą blogów muzycznych. Szablony i klisze są wszak podstawowym narzędziem recenzenckiego rzemiosła, a i dyskretnym plagiatem można się w chwili niepewności podeprzeć. Tym bardziej, że choć płyta zatytułowana Science of dreams ujrzała światło dzienne przed zaledwie dwoma miesiącami, to już zdążyła niejaki odzew w Internetach wzbudzić. A miejscami wręcz i zachwyt. Lektura obiecywała dzieło ponadprzeciętne, a może i wybitne, prawdziwą muzyczną ucztę. Ktoś się nawet w trakcie tego ucztowania, pardon my French, „zesrał”.

Serio? No to challenge accepted. Dla obcowania z wielką sztuką warto zaryzykować mimowolną defekację. Czterdzieści dwie i pół minuty później – bo tyle trwa krążek BLD – żywiołowego wytrysku treści jelitowych szczęśliwie nie zaobserwowałem. Szczęka natomiast opadła nisko. Niziutko. Krótko mówiąc: trzecia płyta w dorobku formacji dowodzonej przez Michała Smolickiego jest po prostu świetna. Pod niemal każdym względem.

Po pierwsze – jest Nauka właśnie klasyczną, długogrającą płytą. Nie przypadkową zbieraniną „numerów”, ale dziełem przemyślanym i stylistycznie spójnym. Posiadającym wewnętrzną logikę i nielichą dozę dramaturgii. Wciągającym i przykuwającym uwagę od pierwszego do ostatniego z ośmiu wyjątkowo równych pod względem jakości utworów. Zero wypełniacza. Cholera jasna. Czy na pewno mówimy o produkcji współczesnego, polskiego zespołu muzycznego? Z Krakowa?

Po drugie – składają się na Naukę znakomite, dojrzałe kompozycje. Wielowarstwowe, a jednocześnie proste. Niepiosenkowe (zwrotka-refren-przejście-nuda-przełącz), ale niechaotyczne. Powiem więcej: proporcjonalne i pozostawiające wrażenie kompletności. Poszczególne elementy – majestatycznie oszczędne i transowo precyzyjne bębny, ciepło warczący, pulsujący bas, chłodne, perliste melodie, gitarowe plamy, echa i sprzężenia – splatają się w harmonijną, organiczną całość, która w niczym nie przypomina sztucznych, mechanicznych układanek serwowanych ongiś przez zespół z Mysłowic. Zazdroszczę BLD muzycznej wyobraźni i umiejętności aranżacyjnych.

Warstwa śpiewana? Wprawdzie Michał Smolicki nie powala ani oksfordzką angielszczyzną, ani operowymi możliwościami wokalnymi, ale wykonuje swoją melancholijną, oniryczną, shoegazową robotę tak, jak należy. To mógł być najsłabszy element płyty – Polacy śpiewający po angielsku budzą zazwyczaj bojaźń i drżenie (lub torsje). Jednakowoż dzięki umiejętnemu wykorzystaniu tego, co Matka Natura dała, oraz nienachalnemu, bezszwowemu wpasowaniu się w całość ciepły i niski wokal Smolickiego jest właśnie taki, jaki w tej muzyce być powinien. W każdym razie nie piszczy i nie chrypi. Zaś muzycy grają swoje – bez szarżowania i wirtuozerskich popisów. Melodyjnie, oszczędnie, z groovem, zarazem precyzyjnie i na luzie – a przede wszystkim razem, a nie obok siebie. Słychać, że w BLD chodzi o zespół i o piosenki, a nie o jednostkowe ego tego czy innego operatora instrumentu.

Po trzecie – realizacja dźwięku. Czyli to, co w 99% przypadków zarzyna choćby najlepszy polski zespół. Nauka i pod tym względem pozytywnie zaskakuje. Nie ma tu żadnych haj-fajerwerków, plaginów, wokoderów i przepompowanych efektów. Nie ma też taniej imitacji „garażu za milion dolarów” (bez miliona nie zabrzmi się jak Czarne Klawisze albo Jacuś Biały, serio). I nie ma amatorki. Brzmienie jest ciepłe, miękkie, analogowe i organiczne. To z jednej strony zasługa zespołu – wszak płytę zarejestrowano na żywo w ciągu kilku dni, z drugiej – efekt starań realizatora i współproducenta płyty. Marcin Prusiewicz wykonał swoją pracę zgodnie z najlepszymi wzorcami ze szkoły Steve’a Albiniego. Wpuścił zespół do studia, ustawił mikrofony, a potem pozwolił chłopakom grać po swojemu, dyskretnie, acz profesjonalnie czuwając nad całością. I zmiksował tak, że słucha się płyty BLD całkowicie bezboleśnie, wręcz z przyjemnością. Mimo sporej ilości ścieżek i smaczków udało się zachować selektywność i harmonijne proporcje. Brawo, Marcinie.

Czy Bad Light District ma szansę zdobyć większą popularność? W stacjach radiowych takiej muzyki poza autorskimi audycjami o północy się nie gra. Utwory nie są popowo „singlowe”. Nie będzie raczej tysięcy odsłon na YouTube i gimbofejmu. Chłopaki nie mizdrzą się do publiczności, nie gonią trendów, nie próbują być na siłę fajni i przebojowi. To dobrze. Bo – wnosząc z muzyki – nie o to im chodzi. Zresztą i tak nie mają (jeszcze?) menedżera. Mogą wszakże – jeśli utrzymają dotychczasowy poziom – zapracować na renomę i szacunek. Mój już zdobyli.

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu