Ludzie Ziemi

Na poletku grania ilustracyjnego i instrumentalnego nie jest wcale łatwiej niż w dziale piosenkowym. O wymyślenie czegoś nowego jest trudno, coraz trudniej; nie sposób więc się dziwić, że nie robią tego również Ludzie Ziemi. Podróż przez ich króciutki – bo trwający niecałe 15 minut – premierowy materiał to bynajmniej nie rąbanie dżungli maczetą, a raczej ścieranie umiarkowanie grubej warstwy kurzu. Bardziej istotny jest wszakże fakt, że pomimo iż mówimy o zaledwie kwadransie muzyki, jest to porcja wystarczająca, aby wrażenia i życzliwość słuchacza zdążyły przebyć drogę od lekkiego, ale jednak – podekscytowania, po dudniące rozczarowanie.

Instrumentarium wytłuszcza oczekiwania. Dwie gitary, wiolonczela, perkusja, bas, sample. Toż to można, panie, grać i grać. I gra, nasz kwintecik, instrumentalizuje, nieśmiało i skromnie (bardzo) tortoisując. Brzmi dumnie – i w zasadzie tylko brzmi. To zawsze miło i zacnie, gdy ktoś wybiera się na przechadzkę w te rejony mapy, niemniej przy otwierającej płytkę Polce uśmiech wypełza mi na ryj nie tylko z uszanowania dla samego faktu tegoż. Żadne kosmiczne, supernaturalne rzeczy się tu nie dzieją, Chopin nie podrapałby się w zadumie w emigracyjną brodę; świeżość tracka jest jednak spora. Coś szczególnego – niekoniecznie odkrywczego, ale jednak szczególnego – zarysowuje się na wysokości 1:03, gdy nad światem przedstawionym rozpościera się nagle pierwotna, pachnąca słomą i stodołą taneczność. Przesterowana gitara bronuje zmarzniętą po zimie i wczesnej wiośnie glebę, podczas gdy wiolonczela i wiosła wycinają hołubce w rześkim powietrzu. Zamykam oczy, oglądam Konopielkę. Wiem, że jestem wzięty z zaskoczenia, ale zacność jest – i to jest bezapelacyjnie.

Wpisane w katarynkowy sampel Sny Janusza, po niezobowiązującym masażu ze stłumionych gitarowych nutek, nabierają poważnych kształtów po około minucie, gdy track obejmuje w posiadanie trójkowa, przyjemna progresja. Futrzanej czapy uchyla i kłania się rok 1998, TNT, Francja – Brazylia 3:0. Dołączają pozostałe instrumenty i całokształt paradoksalnie jawi się natychmiast wyraźnie słabiej. Przygotowany przez Polkę słuchacz nie daje się tym razem zaskoczyć i nadstawia ucha cokolwiek czujniej. Patent z utworu otwierającego jest w dużym stopniu powielony, jednak nadal jest dobrze. Nie nokautująco – and far from it – ale dobrze. Przyzwoicie. Do czasu. Na wysokości 3:26 Sny Janusza, jak i cały album, nieodwracalnie przestają działać i kwintet nie naprawia go już do końca – a więc przez pozostałe 6 minut.

Problem z Ludźmi Ziemi polega na tym, że brzmią jak band, w którym przypadkiem (a przypadków, jak wiadomo, nie ma) zawieruszył się ziom z osiedlowej kapeli hard rockowej. Siema, Gremlin. Skoro już jesteś, to pograj z nami, właśnie robimy płytkę. Gremlin ochoczo podchwytuje temat i nieśmiało, bardziej lub mniej w tle, ale jednak w chuj nieznośnie napierdala w każdym numerze. W Polce patent ten sprawdza się wybornie, podsycając skoczno-taneczny potencjał tracku; Sny Janusza natomiast spycha nieuchronnie swoim bzyczeniem i rzężeniem w rejony uczęszczane przed laty przez kielecki Ankh. Tortoise – Ankh, Parker – Gremlin, Ferguson – Smuda. W czwartej minucie drugiego tracka Gremlin nie wytrzymuje i przejmuje kontrolę nad utworem, natychmiast zrównując go z ziemią, czy raczej – z ugorem. OK, zaczynało być nudnawo, ale nie było bezsensownie. A jednak. Ósma minuta piętnastominutowego materiału, wyłazi indolencja formalna kwintetu. Utwór nie rozwija się w jakąkolwiek – lepszą, gorszą, najgorszą – stronę; miast tego, kończy się upiornymi jękami, generowanymi przez triumfującego Gremlina.

Albumik finalizuje Przeklęty, numer słaby, słabiutki do kwadratu, sześcianu, wyświetlający wszystkie grzechy Ludzi Ziemi, dające się wychwycić na podstawie tak krótkiego materiału na wielkim, srebrnym ekranie średnicy pośredniej planetoidy. Zespół przez cztery minuty znęca się, dosłownie, fizycznie i okrutnie nad śmiertelnie nudną progresją C# B C, nie docierając, co mało zaskakujące, absolutnie nigdzie. Na mizerniutkie rusztowanie nakładane są kolejne i kolejne warstwy, w tym wywołująca jedynie półgębkowy uśmiech politowania rozdzierająca i dramatyczna partia wiolonczeli; nie są one jednak w stanie przesłonić brutalnej prawdy, że w Przeklętym dzieje się wyłącznie klujące i przeraźliwe Nic, i to Nic na wylot. Na wysokości 2:43, kiedy pusty jak głąb młodej kapusty łeb utworu jest już wystarczająco złachany, aby dokonać jego litościwej dekapitacji, kropkę, zarówno trackowi jak i całemu albumowi, stawia specjalista w tej dziedzinie – niezrównany Gremlin, powielając i tak niemiłosiernie już pognieciony temat utworu za pomocą przesteru gitary, pasującego do całości niczym walec do kawioru.

Ciężko powiedzieć o Ludziach Ziemi cokolwiek konstruktywnego. Z 15 minut do słuchania nadaje się połowa; momenty jednak są. Merdam ogonkiem na myśl, że kwintet może wysmażyć nam w przyszłości bardziej lub mniej odległej coś smacznego. Patrząc jednak realnie, na skutek wspomnianego niedowładu formalnego, może jednak równie dobrze skończyć się na stanie obecnym, a więc na ładnie – choć nie zawsze gustownie – przyozdobionych wydmuszkach utworów. Następnym razem więcej niż osiem minut zacności, zamawiam. I małe frytki. Aha, i pomysłów więcej. Pomysłów!

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

ludzieziemi.bandcamp.com