Chee-Psy – Epizod IV

Zanim KSM poprosił mnie o zrecenzowanie płyty zespołu CHEE-PSY, wcześniej wiedziałem o tej formacji jedynie tyle, że startowali w konkursie na support przed Soundgarden na Oświęcim Life Festival oraz usłyszałem ich w piękne lipcowe popołudnie w Radio Kraków jadąc samochodem. Supportu nie wygrali, a ich numer w radio, zanim rozpoczął się na dobre, przerwały reklamy…

Postanowiłem, że dopóki nie przesłucham ich płyty i dopóki nie sporządzę odpowiednich notatek-wrażeniówek, nie chcę wiedzieć nic ponad to, co o nich wiem (czyli nic). Działanie to było celowe, żeby swoich odczuć związanych z ich muzyką nie zaburzyć wiedzą na temat jak kolesie wyglądają, skąd pochodzą, ile mają lajków na fejsie, jak wygląda ich strona WWW, co jedzą na śniadanie, gdzie pracują lub gdzie strzygą swoje PSY. Dlatego ta felietono-recenzja, pozostanie niezmącona muzycznie przez okołomuzyczne ploteczki wyłapane w necie.

Płytę przesłuchałem wielokrotnie i prawda jest taka, że za każdym razem miałem po tej lekturze inne odczucia. Od zadowolenia, że wpadł mi w ręce kawałek niezłej muzy i ciekawego klimatu, przez obojętność, po zniechęcenie i zmęczenie tym materiałem. Po pierwszym przesłuchaniu (w środku lasu, z dala od cywilizacji, podczas rąbania drwa do kominka) album wydał mi się niezłym kąskiem i nie mogłem się doczekać drugiego przesłuchania, już z ołówkiem w ręku, by móc zanotować najważniejsze spostrzeżenia i refleksje. Drugie przesłuchanie mnie rozczarowało i sporządzone notatki raczej wskazywały, że smażony ziemniak okaże się bardziej przygniłym kartoflem. Następne spotkania z tą muzyczną lekturą przynosiły kolejne skrajne emocje. Niezależnie od wszystkiego – przynosiły jakieś emocje. A to już chyba coś?

Prawie godzinny album otwiera dobry gitarowy riff – brzmieniowo i stylistycznie przypominający dobre lata Illusion. Motyw intro później pojawia się w wersji skróconej jako lightmotive jeszcze kilka razy podczas czterech minut utworu Puste. Po tym dobrym początku z niepokojem wyczekiwałem na pierwsze spotkanie z wokalem, zwłaszcza że zwrotka niebezpiecznie zwolniła i skierowała się w stronę lekko psychodeliczną. Kiedy wreszcie pojawia się wokal, mam mieszane uczucia. Po takim mocno gitarowym wstępie spodziewałem się bardziej męskiego dobrego bulgotu rockowego, a dostałem w zamian raczej delikatny męski głos śpiewający dość karkołomne konstrukcje poetyckie w języku polskim. Refren przyniósł pewną odmianę – z raczej niekomercyjnej w swym nastroju zwrotki, do wręcz radiowego klimatu spotęgowanego przez „a-a-a” w chórkach. Całość jest dobrze skrojona kompozycyjnie, choć linia wokalna pracuje raczej na dość wąskim spektrum dźwięków, przez co można jej zarzucić brak możliwości, rockowego szaleństwa i nieujarzmionej dzikiej energii.

Drugi numer przynosi pewne zaskoczenie, bo zamiast gitar elektrycznych, które bardzo dobrze rozpoczęły album, pojawia się gitara akustyczna. W piosence Sam dla siebie uwypukla się pewna maniera wokalisty, polegająca na grunge’owym specyficznym traktowaniu samogłosek, choć nie jest ona permanentna. W przypadku słów w języku polskim jakoś mnie to drażni. Molowy to numer. Specyficznie smutny.

Psychodeliczne brzmienie i klimat biorą zdecydowanie górę w Jak Derwisz, którego zwrotka przypomina mi trochę zabawy na próbach, kiedy zespół zaczyna jakiś nowy zapętlony riff, a wokalista wygłupiając się, recytuje jakiś durny tekst. Trochę jak Maleńczuk, trochę jak poezja śpiewana te zwrotki – pomyślałem. Środkowa część bez tekstu zdecydowanie zaśmierdziała, ku mojej uciesze, Alice In Chains. Przedziwny to numer.

Z ciemni rozpoczyna prosty, dość ciemny riff z perkusją-walcem. Pierwszy raz chyba od początku płyty słyszę wokalistę śpiewającego w taki sposób, że można łatwo wychwycić pewne smaczki i wibrato w jego głosie. Zdecydowanie miejscami brzmi jak Robert Gawliński. Podoba mi się ten numer, choć jak chyba we wszystkich numerach ilość treści może zbyt mocno przytłaczać słuchacza. Ale skoro fanom Comy to nie przeszkadza, to może i amatorom chipsów przeszkadzać to nie będzie?

Republika Schizofrenika to punkowe raz dwa trzy cztery z kolejną porcją poetyckiego zacięcia. Przelatuje w dwie i pół minuty bez specjalnych refleksji, prócz jednej – że solówka na gitarze trąci stylistyką Slasha.

Raj Obiecany to kolejny numer, który łączy gitarę akustyczną z elektryczną w dość prostym riffowym uścisku amerykańskiego rock’n’rolla. To udana, szybka kompozycja, w której dzieje się sporo – przejścia, zakręty, zmiana tonacji, solo gitarowe (choć nie najlepsze). Niezły numer.

Tylko nie to – pomyślałem, kiedy usłyszałem linię melodyczną dziewiątego numeru na płycie. I choć mam szacunek do ilości sprzedanych płyt przez zespół Rezerwat, na jego wspomnienie pojawiają się u mnie drgawki i biegunka. Nie mam pojęcia dlaczego zespół CHEE-PSY sięgnął po Zapiekuj się mną. Wolę nie wywoływać wilka z lasu tym pytaniem, bo jeśli okaże się, że ich wybór padł z miłości do Rezerwatu, to ja wychodzę z kina. Liczy się jednak to, że cover jest zrobiony po swojemu, przy jednoczesnym braku mocnego odejścia od oryginału. Jest zagrany szybciej i zdecydowanie bardziej energetycznie niż zaoferowano nam to 27 lat temu.

Przez cały album zastanawiałem się czy CHEE-PSOM nie zrobiłoby lepiej, gdyby wokalista śpiewał po angielsku. Odpadłby mi wtedy problem ze zrozumieniem dość skomplikowanych treści w języku polskim. Czasem po prostu nie rozróżniam śpiewanych przez wokalistę słów, a czasem, wyłapując pewne frazy, po prostu nie rozumiem ich sensu. Bo zakładam, że sens jakiś musi być, nie? Niespodziankę zrobiły mi CHEE-PSY, bo jak na zawołanie kolejny numer to Not Alone w języku angielskim. Niestety, CHEE-PSY pozostaną jedynie czipsami – westchnąłem. Kilka kolejnych siwych włosów pokryło moje skronie. Ciekaw jestem, co powiedziałby native speaker na temat imitującego język angielski szczękościsku wokalisty w tym numerze. Słuchając miałem wrażenie, że może to jest kolejny cover – tym razem naszego polskiego Cochise. Dodatkowo refren śmierdzi na kilometr Alice in Chains (harmonie wokalne) i Pearl Jam (linia melodyczna jak w Even Flow).

Gość w dom przypomniał mi o numerze Pristina Faith No More, najprawdopodobniej za sprawą tylko jednego przeciągniętego dźwięku zagranego na gitarze. Numer płynie. Ze względu na brak hałaśliwego tła można precyzyjnie usłyszeć o czym śpiewa wokalista. Problem jednak miałem ze zrozumieniem samego przekazu, ale ten numer pokazuje kolejną twarz zespołu CHEE-PSY. Swoją lekkością potrafi unieść nad ziemią, by w połowie 4 minuty zrzucić na ziemię brutalnym łubudubu. Kiedy wydaje Ci się, że już nie podniesiesz się po tym jednak dość kiepskim ciosie w nos, końcówka przynosi znowu oddech i koi niczym Garden Pearl Jam.

Angielskie śpiewanie w utworze Jennifer z racji, że nie wymaga plucia zbyt dużą ilością słów w szybkim tempie, wychodzi wokaliście o niebo lepiej niż Not Alone. To folkowy numer rodem z 1969 roku Berta Sommera. W wykonaniu CHEE-PSÓW brzmi bardzo dobrze – niecałe cztery akustyczne minuty z brudną solówką przypadły mi do gustu i po raz kolejny zaskoczyły mnie pozytywnie.

Podsumowując, prawie 60 minut muzyki zaprezentowanej przez zespół CHEE-PSY na albumie Epizod IV, potrafi dostarczyć wielu skrajnych muzycznych doznań. Wokalista jest niczym bard czy kaznodzieja o dźwięcznym głosie a’la Gawliński, z zacięciem do aktorskiego cedzenia poetyckich treści bez wyraźnego rockowego pazura, choć z wyczuwalną lekką „blaszką” w głosie. Przyzwoite i przemyślane gitary o brudnym, grunge’owym brzmieniu w połączeniu z akustycznymi wstawkami prezentują się dobrze. Jednak brak znamion wirtuozerii świadczyć może, że nie są one w stanie przeskoczyć pewnego poziomu technicznego. Początkowo podobała mi się perkusja. Razem z gitarami i basem potrafiła zrobić naprawdę dużo dobrego prostą i równą grą. Jednak po pewnej ilości przesłuchań płyty stwierdzam, że jest ona zbyt toporna i powtarzalna do bólu. Wiadomo, że rock to w sumie proste granie, ale w tym wypadku czasem aż boli brak jakiś wyrafinowanych smaczków, które świadczyłyby o klasie bębniarza.

Dużym atutem w moim mniemaniu jest pewna różnorodność, którą zespół prezentuje. Zarówno od strony doboru repertuaru coverowego (Rezerwat vs Bert Sommer), jak i w samych kompozycjach autorskich CHEE-PSÓW. Rozstrzał pomiędzy punkowym zacięciem, a folkowymi uniesieniami może jednak nie wszystkim przypaść do gustu. Nie zdziwię się jeśli Wasze opinie na temat płyty będą skrajne – od oplucia i zmieszania z błotem po docenienie i polubienie Epizodu IV.

CHEE-PSY są jak… czipsy. Mają wszelkie predyspozycje by stać się popularną przekąską. Potrafią wysmażyć swoje riffy na gorącym tłuszczu, ale i potrafią je przyrządzić jedynie lekko spryskując niewielką ilością oleju. CHEE-PSY uzyskują poszczególne smaki swojej muzyki dzięki doborowi przypraw i aromatów, którymi mogą przypodobać się różnym smakoszom ziemniaczanych frykasów. Jednakże nie należy zapominać, że badania wykazały, że regularne spożywanie chipsów ziemniaczanych znacznie zwiększa ryzyko choroby serca, jak również wywołuje przewlekły stan zapalny w organizmie. Sęk w tym, że miłość też bywa chorobą serca. Sami musicie zatem zdecydować o jaki zawał przyprawi Was słuchanie CHEE-PSÓW.

ZBuK

korekta: Igor Goran Kadir

Zapraszamy na fanpage zespołu