Ta. No i co tu naskrobać. Poprosili, a we łbie nic. Rum średnio pomaga, póki co.

A może to niepoprawnie pisać o odurzaniu się w kraju wartości, świętych głów i niepokalanych posłanek? Ale zaraz, zaraz – wódka legalna przecież! Ee, no to można. Pijmy bracia, bo legal jest. Palenie zielonych rzeczy – be, fu i ajajaj. Bo gdzie by tam? Co proboszcz powie? Pewnie nic, będąc zajęty wakacjami na Kanarach z matką swoich dzieci. Tu na miejscu plebania się buduje za reszty z emerytur. On ma i tak swój zapasik Sinsemilli w silosie za domem. Dr Greenthumb jako żyw!

Żeby nie było, co pewnie będzie wielkim faux pas, a już na pewno jest passe, pisze to gość wierzący i nawet w miarę praktykujący. Zważywszy na obecne standardy zaliczam pewnie właśnie dobrą bekę w światku bohemy pięknego miasta królów, ale co mi tam. Ani ja stąd ani mnie to koło ch…a lata. Chociaż w sumie niejeden powie, że bliżej mi raczej do obsady MONARu, a już na pewno jestem szatanistą.

Bycie chrześcijaninem nie zamyka oczu na czysto ludzką małość. Wręcz przeciwnie – o ile ktoś skumał w ogóle o co kaman w tych testamentach. Dżizas był akurat całkiem radykalny. Polecam opowieść jak wbił do świątyni, a tam handel max. Ciekawe co by powiedział jakby zajechał do Lichenia? Przybiliby go jednak na krzyż bez procesu, a potem handlowali dalej Matko Bosko z odkręcaną głową. KaDeTe! KaDeTe!

No ale ja tu nie bedę nawracał nikogo. W końcu ma być o muzyce. Czyli: sex, drugs & rockandroll.

Jako, że param się tym szczęśliwie 21 lat, mając 31 – cóż mógłbym rzec? Muzyka pięknym i jedynym czystym jest bytem. Co sprawia że nagle 90 tysięcy ludzi z całego świata przyjeżdża
zobaczyć jak kilku kolesi coś sobie gra? Te 90 tysięcy luda przez 2, 3 godziny stanowi rodzinę – przeżywając niezapomniane chwile, radości, wzruszenia, śmiejąc się z czerstwych dygresji lidera bandu. Ale nawet grając w Tychach, Okunince czy Piwnicznej dla 20 osób – coś powoduje jedność obecnych. Coś sprawia, że widz jest wciągnięty w misterium.

Można się spierać o religie, przekonania czy gusta muzyczne. Czasem jednak uczestniczy się w koncercie, który nie jest tzw. wykonem (cholernych hiciorów szemranego „miłośnika dzieci”, co to się lubił za jajca łapać, o którym wszyscy zapomnieli i wyszydzali – no ale nagle umarł i szaaał – Król!!! Wizjoner!!! Chociaż żadnej piosnki sam nie naskrobał – no ale jedziemy go, na orkiestrę, MDK zarobi). Nie jest to też pseudo-artystowska (jakże krakowska to domena), refleksyjna i grafomańska muzyka kredowych wnętrz ze wszelkimi pasterskimi odniesieniami. Nie jest to również pretensjonalny zlot śmietanki „muzyki improwizowanej” we wspomnianych kredowych kazamatach.

W zamian jest to koncert kilku ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Może to są starzy wyjadacze, którzy nie zapomnieli jak dawać czadu. Może to młodziaki, którzy grają 2 koncert w życiu. Jest szansa, że grają za darmo (w Krakowie rzecz niemal pewna), za piwko (to już na pewno nie drugi koncert) lub nawet za kasę (wyższa półka – ciężkie negocjacje).

Istotne jest czy muzyka, która dociera do uszu jest szczera, wywołuje emocje i czy wyrywa widzów ze strefy komfortu. W 3 nutach można zawrzeć ten sex, drugs & rockandroll.

Podsumowując już powoli (rum się skończył) – czymże jest rockandroll? Nieistotne są teraz etykietki dziennikarskie. Jeśli coś ma pierwiastek czadu – wchodzę w to. Czy to filharmonia, audytorium Maximum, dworzec w Kutnie czy jam session w bloku o 5 rano – jak jest szczerze to nikt tego nie podrobi. Zatem czy kto gra super technicznie na garach, czy rzęzi mu nienastrojona gitara czy refleksyjnie pochyla się nad fletnią pana tudzież innym rożkiem angielskim to nieistotne. Jeśli są emocje to już, finito, basta!

Sex, drugs & rockandroll może być jednym dźwiękiem. Dlatego chodźcie na koncerty, lepsze, gorsze ale chodźcie. Jest szansa, że przeżyjecie coś ciekawego.

In nomine patris, 666.

Łukasz Krzywicki (Uda)