Tak się składa, że 10 grudnia obchodzi urodziny jeden z moich ulubionych wokalistów – Brian Molko. Gdybym była superfanką, pewnie upiekłabym tego dnia tort i spałaszowała go, oglądając kultowy występ Placebo w Angkor Wat. Postanowiłam jednak wybrać się na koncert Sayes oraz Rusty Cage do krakowskiego Klubu Pod Jaszczurami. Nikt przecież nie lubi spędzać urodzin samotnie. Nawet tych cudzych.

Wejście na koncert było bezpłatne, więc spodziewałam się dzikich tłumów. Trochę się  zdziwiłam, gdy weszłam do środka i klub nie różnił się niczym od tego, w jakim kształcie można go zastać standardowo. Kilka osób siedziało przy stolikach i obserwowało muzyków rozkładających sprzęt na scenie. Jedyną zmianą były siedzące przy wejściu dwie dziewczyny zbierające datki dla zespołów grających tego wieczora. Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, z jakim efektem zakończyła się akcja?

Niemalże punktualnie swój występ rozpoczął tarnowski kolektyw Sayes. Z twórczością tego młodego zespołu zapoznałam się dopiero parę dni przed koncertem i byłam ciekawa, jak zaprezentują się w Klubie Pod Jaszczurami. Formacja rozpoczęła swój występ coverem Myslovitz Z twarzą Marylin Monroe. Grupa grała bardzo energetycznie, stopniowo się rozkręcając. W pewnym momencie wokalista został sam na scenie i wykonał akustycznie utwór Salem. Kamil Juszczyk ma bardzo interesującą i oryginalną barwę głosu. Przypomina mi nieco wokal… Briana Molko. Słuchając całego występu, zauważyłam, że muzyka Sayes jest trochę w stylu Placebo. Czyli można rzec, że urodziny swojego idola spędziłam godnie. Przypadek? Tak sądzę.

Muzycy byli dość statyczni na scenie, a kontakt z publicznością utrudniały im ustawione pod sceną stoliki. Większość osób zgromadziło się z tyłu i dlatego byli nieco odseparowani od zespołu. Mimo tego, odbiór muzyki był świetny ze względu na bardzo dobre, jak na warunki klubowe, nagłośnienie. Na końcu koncertu wokalista nieco się rozkręcił, więc pozostał mały niedosyt, gdy nagle ich popis się skończył. Niestety, mimo próśb publiki, dostępny czas nie pozwolił, aby zespół mógł bisować. W ramach rekompensaty, Kamil Juszczyk poczęstował zebranych lizakami. Rozdawania słodyczy po udanym występie nie da się ocenić inaczej niż pozytywnie.

Po chwili, bez zbędnej zwłoki, swój koncert rozpoczęło Rusty Cage. W tym przypadku, na szczęście, byłam bardziej zaznajomiona z tematem. Karierę chłopaków śledzę już jakiś czas i byłam ciekawa, jak ich nowy materiał wypadnie na żywo. Zaczęli od bonusowego utworu Behind the Clouds, który nie został jeszcze nagrany i nie będzie go na najnowszym wydawnictwie. Rusty Cage poczyniło sobie ostro, od początku czarowali nas rasowymi riffami i dynamiczną sekcją rytmiczną. Zresztą przez cały koncert nie spuszczali z tonu i chwała im za to. Na szczęście, od początku imprezy publika zaczęła sukcesywnie napływać. Po wejściu „Zardzewiałych” na scenę była już zadowalających rozmiarów. Wokalista próbował rozkręcić publiczność i zaprosić ją do wspólnego szaleństwa. Chociaż próby gremialnego śpiewania utworu Princess nie należały do oszałamiających, udało się dzięki temu nawiązać kontakt z widownią. Z czasem dość statyczni muzycy (nie licząc, jak zwykle dynamicznego, Arka Żureckiego) zaczęli dzielić się swoją energią. Pod koniec koncertu niespodziewanie na scenie pojawił się Michał Młynarczyk, zasilając szeregi formacji dodatkową gitarą. Wisienką na urodzinowym torcie było Vampire Dance zagrane brawurowo przez Chrisa Juniora, który postanowił na tej piosence podgłośnić swoją perkusję. Niestety, podczas występu Rusty Cage, realizator dźwięku, zniknął niczym Morrissey podczas warszawskiego koncertu i miało to wpływ na pogorszenie się nagłośnienia. Nie był to jednak spadek znaczny, acz wyczuwalny. Na koniec muszę pochwalić jeszcze basistę, Łukasza Wierzbickiego. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że basista jest genialny wtedy, gdy go nie słychać. Podczas występu Rusty Cage był słyszalny idealnie, a dla mnie to spora zaleta.

Koncert Rusty Cage niczym mnie nie rozczarował. Widać, że zespół konsekwentnie kroczy w wyznaczonym przez siebie kierunku. Ich nowe utwory są w stylu czołowych mainstreamowych kapel. Nie jest to jednak żaden zarzut z mojej strony. Podkreślam w tym momencie, iż zespół reprezentuje bardzo wysoki poziom.

Obie kapele sprawdziły się bardzo dobrze. Niestety, publiczności nie udzieliła się energia płynąca ze sceny. Być może należy zrzucić to na karb specyfiki miejsca. Klub Pod Jaszczurami to obiekt, w którym raczej słucha się muzyki przy piwku, a nie skacze pod sceną. Nie podobało mi się też samo podejście klubu do muzyków. Żaden z bandów nie mógł zagrać choćby jednego nadprogramowego utworu ze względu na to, iż po ich występie miało odbyć się karaoke. Trochę szkoda, bo zespoły dały nam potężną dawkę solidnego, rockowego grania i chętnie posłuchalibyśmy ich nieco dłużej.