Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda koncert Rammstein bez ogni, fontann, pontonów, kotłów, miotaczy ognia, penisów i innych efektów odwracających uwagę od monotematycznych i nudnych utworów? Wystarczy, że przejdziecie się na koncert Deathstars! Zanim zahejtujecie mnie na śmierć, przeczytajcie do końca, bo może wcale nie musi być tak źle…
Wpierw jednak support. The Dead and Living. Żywi i martwi – przyjemna nazwa. Musiałem podejść dosłownie naprzeciwko gitarzysty, i to w fosie, by stwierdzić, że gość nie jest Johnnym Deppem, który lekko przytył. Wokalista wyglądający dokładnie jak młodsza kopia Whiplashera (śpiewającego Deathstars). Muzycznie grali dokładnie tak, jak gwiazda wieczoru i Rammstein, więc nie wiem jaki jest sens słuchania dwa razy tego samego. Choć na swojej stronie piszą, że jest to synteza folku, punka, muzyki gotyckiej i rocka (wiadomo: im więcej, tym większa nobilitacja), dla mnie to najzwyklejszy w świecie Industrial / Tanz Metal. Przyjemnie się słuchało, choć był to jeden z tych supportów, do których umiejętności technicznych można by się przyczepić. Wokalista mniej lub bardziej skutecznie próbował nawiązać kontakt z publicznością co, jak dla mnie, jest dużym pozytywem, bo w większości supporty wychodzą, grają i do domu, bez żadnych prób
rozgrzania publiczności, co przecież jest ich zadaniem (chyba, że to znowu moje bycie staromodnym się przejawia).
Deathstars. Zaczęło się niezbyt dobrze. Cały pierwszy utwór bardzo nieudany, z powodu niedziałającego mikrofonu (również tego zapasowego)! Potem wszystko już bezproblemowo. Niestety, ilość dymu na scenie, kolorystyka świateł i stroboskopy baaardzo utrudniały robienie zdjęć. Współgrały one jednak idealnie z muzyką, tworząc metalowo-taneczny klimat. Nie ważne jak bardzo próbowałem, nie mogłem się wyzbyć perspektywy Rammsteina w odbiorze koncertu. Ruchy wokalisty (to machanie głową zsynchronizowane z rękami), brak jakiejkolwiek solówki, utwory w bardzo zbliżonych do siebie tempach, podobny sposób śpiewania… Jedyne co ich odróżnia to brak wyrazistych klawiszy i drugiej gitary. No i oczywiście język – choć wokalista ma taki akcent i manierę śpiewania, że czasami wydaje się jakby jednak śpiewał po niemiecku. Aczkolwiek – podobało mi się. Było to bardzo fajnie zagrane, częste i znaczące wstawki drugiego wokalu też robiły dobre wrażenie. Deathstars to zespół typowo koncertowy. Słuchałem wcześniej ich płyt, lecz na koncercie brzmią o wiele lepiej, na pewno jest to też specyfika tej muzyki. Przeboje takie, jak Blitzkreig (zagrany jako ostatni), Metal (zagrany jako drugi), Cyanide, Tongues czy najnowszy singiel All The Devil’s Toys nabrały zupełnie nowej energii na żywo.
Podsumowując był to naprawdę fajny, a przede wszystkim – inny – metalowy koncert, nie z gatunku ostry head-banging, pogo, a raczej do dobrej zabawy, tańca (gdybyście widzieli tę brun
etkę przede mną!!!). Niestety, rozczarowała jednak frekwencja. W Fabryce było nie więcej niż 200 – 250 osób. Co w sumie ciekawe, bo Rammstein gra w wyprzedanej Atlas Arena – jednak efekty i show robią swoje. Przyczepić się również chciałbym do nagłośnienia, stałem zarówno przy konsoli, z przodu, po bokach i bardzo często zanikała gitara. Nie mogłem również oprzeć się wrażeniu, że koncert jest po prostu za cichy.
Więcej zdjęć z koncertu tutaj