[…] tutaj u was widzę organizacja szwankuje. Żeby na spotkanie ze mną nie było sali, plakatu, kogoś wprowadzającego, czy nawet publiczności?! 

(zaangażowany poeta, serial: Alternatywy 4)

 

Nie będę krył, że do napisania tego felietonu po części zainspirowała mnie pewna dyskusja wokół artykułu Arkadiusza Hronowskiego, właściciela sopockiego klubu SPATiF, który na facebooku zamieścił istotny wpis dotyczący sytuacji na muzycznym rynku Trójmiasta. W głównej mierze autor skupił się na temacie wynagradzania zespołów i działań (a w zasadzie braku działań) marketingowych tamtejszych klubów muzycznych.

Gdy odniesiemy analogicznie tamtejszą sytuację do naszego krakowskiego, czy nawet szerzej  – małopolskiego światka muzycznego, to niestety dojdziemy do tych samych wniosków.

Nie chcę się jednak rozpisywać w tym momencie zbyt obszernie nad tym zagadnieniem, gdyż swymi trafnymi spostrzeżeniami w tej materii ubiegł mnie Michał Wójcik – por.: „Kto winien: klub czy zespół? Czyli proste rozwiązania trudnych problemów”

Skoro jednak większość klubów, z sobie zrozumiałych względów, nie współpracuje należycie z zespołami w zakresie promocji koncertów i, co za tym idzie, nie jest w stanie wypłacić godziwego honorarium, wypada w większym stopniu zadbać o własną autopromocję na innych płaszczyznach. Wszakże na klubach świat się nie kończy, przynajmniej dopóki, dopóty nie wypracuje się optymalnej strategi zmieniającej ten uciążliwy impas.

Nurtuje mnie jednak pytanie, czy ta sytuacja to nie problem o wiele szerszy, bo może to kultura in genere jest spychana na margines i liczy się tylko jej „towarowość”. Czy w związku z tym jest jeszcze miejsce na prawdziwość i naturalność, czy status muzyka dziś, to rola żebraka wołającego o okruchy oraz o możliwość w ogóle zaprezentowania swej twórczości?

Sprawa warta jest głębokiego namysłu, a może wreszcie konkretnych działań i to zarówno ze strony samych muzyków, jak i organizatorów imprez. Chcąc jednak dogłębnie i rzetelnie eksplorować ten temat, należy przyjrzeć się i zadać sobie pytanie: jakie są oczekiwania i cele zespołów czy solistów stawiających pierwsze… a może i kolejne kroki w branży muzycznej.

Jak powszechnie wiadomo, przyczyny działalności twórczej są rozmaite. Ale bez względu na motywacje podjęcia się tego rodzaju szlachetnej (niektórzy mówią, że nawet boskiej) działalności, każdy artysta chce by jego sztuka wypłynęła na szersze wody. Innymi słowy, chce się „przebić”.

„Przebić się” wbrew pozorom nie jest pojęciem jednoznacznym. Najogólniej rzecz biorąc należy go czytać jako pokonanie pewnej bariery w historii konkretnej grupy czy solisty, za którą jest wymarzone „niebo” muzyczne. Może to być zdobycie ogromnej popularności, pieniędzy z koncertów i sprzedaży płyt, czy uzyskanie względów u płci ładniejszej. Ale może to też być po prostu realizacja swoich artystycznych pragnień, przy niekoniecznie towarzyszącej jej ogromnej popularności. Może to być uznanie u niewielkiej części populacji, ale za to wymagającej, „wyrobionej”, o nieprzeciętnym guście. W historii muzyki popularnej mieliśmy przedstawicieli zarówno jednego i drugiego nurtu. Nieco mniej było takich co godzili i jedną, i drugą stronę. Tutaj oczywistym i najlepszym przykładem są tzw. „późni” Beatlesi – (czyli poczynając od płyty Revolver), którzy nota bene mając genialnego producenta u boku (George Martin) wytyczali nowe ścieżki muzyki rockowej nie tracąc przy tym wielkiej popularności i stając się głosem pokolenia flower power.

Lecz historia Fab Four jest o tyle niezwykła, co raczej nie do powtórzenia w świecie tak ogromnego pluralizmu stylistycznego w muzyce i ogólnie – kulturze. Nie oznacza to, że zawsze „przedmiot artystyczny” kłóci się z „przedmiotem komercyjnym”. Bez względu jednak na którą stronę w swej działalności zespoły przenoszą akcent, próba wybicia się ponad grupę znajomych w popularyzacji swej twórczości jest tym pierwszym krokiem, który trzeba pokonać. I tu pojawia się moment krytyczny – poszerzenia swej rozpoznawalności o rzeszę tych, którzy mogą być potencjalnymi odbiorcami i dalej – fanami zespołu.

GRAMY KONCERT

Najbardziej oczywistym sposobem i prawdopodobnie najstarszym historycznie jest występ na żywo – koncert. O ile jeszcze 15-20 lat temu muzyka rockowa była dominującym nurtem młodzieżowym, to dzisiaj jest tylko po prostu jednym z wielu. Wciąż ważnym, ale już zmuszonym do przedzierania się przez inne gatunki muzyczne. Tym samym publiczność też rozkłada się już inaczej. Ponadto wspominane problemy finansowo-promocyjne na linii: kluby-zespół (znowu odwołam się do artykułu Michała) oraz „psucie rynku” nie ułatwiają zadania już na starcie.

Owe psucie rynku najoględniej mówiąc opisałbym trzema słowami: dewaluacja, redukcja i monopolizacja. Pierwsze pojęcie dotyczy zjawiska bardziej ogólnokulturowego, dwa pozostałe głównie powodowane są czynnikami ekonomicznymi, ale po kolei…

Dewaluacja

Zauważalny spadek wyceny wartości występu live to wprost pochodna dewaluacji samego statusu artysty. Dziś kreatywność głównie ceniona jest jako cecha zawodowa w branżach nie-muzycznych (np. w agencjach reklamowych) i jako taka odarta jest z pewnej magii. W dzisiejszych czasach z oczywistych powodów nieco śmieszny, romantyczny ideał artysty traktowanego niemal z boską atencją, został zastąpiony przez muzycznych techników wykonujących konkretne zlecenia. Idąc dalej – coraz mniej jest zespołów (w rozumieniu grupy przyjaciół), a coraz więcej grup muzycznych formowanych z różnych (często nieznających się między sobą) muzyków w celu realizacji konkretnego produktu muzycznego. Cierpi na tym na pewno spontaniczność i naturalność, nie mówiąc o tym, że muzycy bardziej niż artystami stają się wyłącznie najemnymi pracownikami.

Ale to nie koniec. Przypatrzmy się takim nieco karkołomnym zestawieniom jak rankingi popularności. I tak; w rankingu Forbesa – „100 najcenniejszych gwiazd polskiego show-biznesu” za rok 2012 – pierwszy muzyk to pozycja 15 i jest to Edyta Górniak. Pomijając Dodę i Marylę Rodowicz, pierwszą z krwi i kości (powiedzmy rockową) artystką jest Monika Brodka – pozycja 75 (nota bene same kobiety). Widać więc dosyć wyraźnie, że muzycy w Polsce nie dysponują zbyt wysokim potencjałem popularności, co tam muzycy, artyści, gdyż pierwsza dziesiątka to celebryci, dziennikarze i politycy. Dlatego może ich tak nie lubimy 🙂

Ten spadek wartości muzyka widoczny jest też, gdy przyglądniemy się dzisiejszym sposobom organizacji imprez. Koncert coraz rzadziej jest jedynym i wystarczającym powodem nakłonienia publiczności by ruszyła przysłowiowe 4 litery. Często występ jest tylko przystawką do innych dań, bez których muzyka gorzej smakuje. Innymi słowy: muzyk staje się rekwizytem większego show w harmonogramie organizatora eventu. Staje się elementem spektaklu, ale coraz rzadziej główną atrakcją. Ponadto coraz mniej słyszący naród woli patrzeć. Dziś bez dziesiątek kolorowych led barów, reflektorów PAR, ruchomych głowic itp. świecideł, sama muzyka nie jest w stanie przekonać (wychowanej na kolorowych obrazach monitorów i przekoloryzowanej telewizji) publiki… Oczywiście mam tu na myśli głównie imprezy plenerowe. Koncerty klubowe w przeważającej części zachowują wciąż pewien klimat i intymność.

Chciałoby się powiedzieć „gdzie te czasy”, kiedy na pamiętnym festiwalu Woodstock ’69, przy kilku lichych reflektorach, skromna dziewczyna – Joan Baez przygrywając sobie na gitarze akustycznej, zahipnotyzowała swym głosem tysiące ludzi. Ale nie popadajmy w sentymentalizm… idźmy dalej.

Redukcja

Przegląd dyskusji na temat wynagrodzeń za koncert w klubach, jak i własne doświadczenia wskazują raczej na fakt, że stawki dla zespołów „na dorobku” (no, może z wyjątkiem tych najbardziej początkujących) jak i dla tych nieco popularniejszych lokalnie, bardziej doświadczonych, zasadniczo się nie różnią. Wszyscy też już wiemy, że wynagrodzenia są niższe niż kiedyś były, a na pewno niższe niźli oczekiwane. Muzycy jako grupa generalnie dosyć inteligentna zaczęli sobie w pewien sposób z tym radzić. Skoro klub płaci, dajmy na to 600 zł za koncert, a kiedyś płacił 1000 zł, to by na członka zespołu nie wyszło mniej, redukuje się składy albo zakłada alternatywne projekty, np. dwuosobowe. Redukcja wynagrodzenia implikuje redukcję zatrudnienia. Nie dziwi więc fakt, że duetów pojawiło się w ostatnim czasie wiele. Ten pewnego rodzaju spryt muzyków jest z finansowego punktu widzenia godny uznania i wcale nie oburzający, ale czy zawsze uzasadniony artystycznie? Pewnie różnie to bywa…

Pośrednim reduktorem (tutaj bardziej repertuarowym) krakowskiego rynku muzycznego jest coś, co roboczo nazwałem new wave of british tourists. Koledzy z Wysp, z zasobnym portfelem, od lat stanowią koloryt krakowskich pubów. Choć nie za bardzo znają język polski, a tym bardziej polską muzykę rockową, jako majętni klienci niejako wymuszają na właścicielach klubów obecność anglojęzycznych cover-bandów. Nic w tym złego by nie było, gdyby nie spowodowało to przesadnego rozmnożenia się tego rodzaju bandów, które grają konkretnie pod taką publiczność utwory znane i lubiane, wspólnie śpiewając skądinąd piękne utwory klasyków rocka, soulu, funky etc. Niestety nie służy to rozwojowi lokalnej sceny muzycznej, pomimo całkowitego zrozumienia powodów dlaczego wielu muzyków na to się godzi („bo trzeba z czegoś żyć”).

Monopolizacja

Dalej, w niektórych lokalach obserwowana jest pewna monotonia repertuarowa – na przemian te same zespoły. Poniekąd wynika to z zapotrzebowania repertuarowego (patrz wyżej) i pewnie też takie zmonopolizowanie jest bezpieczniejsze dla klubu („lepiej niech grają Ci sprawdzeni od lat”) ale znów – czy rozwojowe?

Warto w tym miejscu sobie zadać pytanie, ile krakowskich zespołów rockowych ma obecnie status tzw. „gwiazdy”? Oczywiście zdając sobie sprawę z tego, że cała machina muzyczna, media komercyjne to głównie Warszawa. Dziwi jednak fakt, że z miasta artystów tak niewielu teraz „gra w pierwszej lidze” (mam na myśli zespoły, nie muzyków sesyjnych, czy towarzyszących). Kraków stał się dosyć hermetyczny, zamknął się w ofercie turystycznej – bezpiecznej, sympatycznej, ale zbyt mało odważnej, nie popychającej naprzód. Nie prowokuje/inspiruje tak bardzo jak to jest konieczne, by głos prowokacji czy inspiracji obiegł cały kraj, pomimo, że na scenie obecnych jest wiele atrakcyjnych propozycji.

Zostawmy już kluby muzyczne, gdyż to nie jedyne miejsce umożliwiające prezentacje własnej twórczości na żywo. Istnieją przecież:

INSTYTUCJE KULTURY

Wszelakiej maści ośrodki kultury niejako programowo powinny wspierać raczkującą rodzimą twórczość. Trzeba przyznać, że najczęściej z tej misji jak dotąd się wywiązywały. Dni miast, przeglądy zespołów amatorskich, WOŚP – to świetne okazje do prezentacji własnego dorobku, ale i czasem nie najgorszego zarobku (poza mam nadzieję WOŚP-em). Niestety i tu od niedawna zaczęło się coś zmieniać. Coraz częściej obserwuje się zastępowanie profesjonalnych zespołów muzycznych, które z powodzeniem mogły pełnić rolę supportów uznanych gwiazd – tworami zespoło-podobnymi. Chodzi tutaj o wysyp grup powstałych z naprędce zebranych muzyków, którzy akompaniują finalistom, półfinalistom, ćwierćfinalistom telewizyjnych show muzycznych (por. koncerty Michała Szpaka). Jakość takich przedsięwzięć często pozostawia wiele do życzenia, gdyż są to często występy oparte na pośpiesznie przygotowanych coverach (rzadko uczestnikom tv-show daje się możliwość prezentacji autorskich utworów), a cała zabawa polega na zobaczeniu jednorocznego celebryty z odległości 5 metrów i całkiem na żywo (choć może nie całkiem, bo często z pół-playbacku). W świecie kreowanym przez media, jak wiadomo, niekoniecznie chodzi o jakość… ale dziwi fakt, że instytucje kultury, które raczej nie powinny poddawać się ślepym modom i dyktatowi telewizji, zatrudniające często specjalistów w dziedzinie kultury, idą po najmniejszej linii oporu. Na szczęście nie w każdym ośrodku tak jest, dlatego wciąż warto tam kierować swe płyty z nadzieją, że komuś się spodobają. Dodatkowo pojawia się szereg inicjatyw oddolnych, powstają stowarzyszenia kulturalne, które kreują trochę dodatkowego ruchu na scenie muzycznej.

FESTIWALE

Festiwale i przeglądy to kolejne okoliczności do pokazania się. Jak wspomniałem, często organizowane przez instytucje kultury i stowarzyszenia, ale nie tylko. Udział w tego rodzaju eventach to dobry krok, szczególnie kiedy zostanie się jeszcze laureatem – wiadomo, CV wtedy lepiej wygląda. Ponadto ma się kontakt z innymi grupami muzycznymi, coś się podpatrzy, wymieni doświadczenia, czasem przywiezie jakąś nagrodę. Zwycięstwo w festiwalu ma też swoje znaczenie i przynajmniej w pewnych przypadkach robi na niektórych wrażenie. Ilość organizowanych przeglądów i festiwali rockowych jest naprawdę duża, więc jest szansa odnalezienia się w rzeczywistości festiwalowej na terenie każdego województwa, bez potrzeby wyruszania na drugi koniec kraju.

INTERNET

Dzisiaj większość kapel decyduje się na autopromocję swej twórczości „w sieci”. To teraz jedna z najskuteczniejszych metod promocji, ponadto nie kosztuje nic albo niewiele. Strona www, strony fanowskie na serwisach społecznościowych to nie tylko możliwość pokazania swych dokonań, ale też i okazja bezpośredniego kontaktu ze swoimi fanami, a fani mają znajomych, itd… Zasięg przekazywanych treści jest dużo większy, informacje z życia zespołu czy zapowiedzi koncertów szybko trafiają do potencjalnych zainteresowanych.

POZOSTAŁE MEDIA

Wciąż można jeszcze liczyć na bardziej tradycyjną formę promocji – a więc na radio i telewizję. O ile z radiem sprawa jest stosunkowo prostsza, tzn. by zaistnieć na antenie lokalnych stacji wystarczy czasem po prostu w odpowiednie ręce wysłać płytkę. Z tymi ogólnopolskimi jest oczywiście trudniej, nie mówiąc o komercyjnych, gdzie nowe, nie wspierane przez potężną wytwórnię zespoły raczej nie mają czego szukać. Do telewizji stosują się analogicznie te same zasady, natomiast zaistnienie w którymś z popularniejszych programów telewizyjnych (niekoniecznie tematycznie muzycznych) przekuwa się na dużo większą popularność, tudzież świadczy już o popularności.

CROWD-FUNDING

Stosunkowo młodym w Polsce, ale coraz bardziej popularnym sposobem na nie tylko już promocję, ale i na realną i wymierną pomoc w realizacji muzycznych planów zespołu jest zjawisko crowd-fundingu. Polega ono na inwestowaniu środków pieniężnych fanów zespołu na płytę ulubionego wykonawcy. Sukces w „zbiórce” mierzony jest głównie ilością inwestujących fanów – czyli im więcej ludzi zainwestuje przysłowiową złotówkę, tym tych złotówek będzie więcej. Jednocześnie wymusza to na twórcach pewną aktywność promocyjną w sieci, by inwestorzy nie zapomnieli o swoim zespole oraz czuli sens niemal bezinteresownej pomocy. Najpopularniejszym serwisem tego typu w Polsce stał się Megatotal. Warto wspomnieć, że w ten sposób uzbierano już na ponad 100 płyt różnych wykonawców.

MENADŻER

Praktykowanym przez wiele zespołów działaniem jest „zatrudnienie” menadżera. Osoba taka odciąża zespół od pewnych formalnych załatwień, zajmuje się umowami, negocjacjami, organizacją koncertów, pozyskiwaniem sponsorów i fanów. Oczywiście nie każdy zespół stać na taki luksus, często menadżerem staje się najaktywniejszy członek bandu, tym niemniej zaangażowany menadżer z dobrymi kontaktami może się okazać nieocenioną pomocą.

Koniec końców punktem wyjścia każdej promocji musi być dobry produkt, który chcemy zaoferować, a w naszym przypadku dobra muzyka, w którą sami wierzymy (ciężko promować coś, w co się nie wierzy). Choć każdorazowo „nóż się w kieszeni otwiera”, gdy muszę mówić „produkt”, określając tym rzeczownikiem przedmiot sztuki, by nie powiedzieć górnolotnie, że dzieło sztuki – ale w tych właśnie kategoriach trzeba traktować nasze dokonania. Chcąc je spopularyzować w przeładowanej śmieciami informacyjnymi rzeczywistości, musimy je reklamować, respektując prawa kapitalistycznego rynku.

Dlatego należy chyba życzyć każdemu muzykowi najpierw dobrej sztuki, potem dobrej promocji, a na końcu docenionej sztuki…

 

Może któregoś dnia twoje nazwisko znajdzie się na afiszach:

Dzis wieczór gra Johnny B. Good

dawaj dawaj Johnny, dawaj dawaj…

Chuck Berry – Johnny B. Good

Paweł Korta