Zawsze zastanawiałam się nad fenomenem brytyjskiej muzyki. Dlaczego tak jest, że spora ilość najlepszych zespołów na świecie wywodzi się właśnie z Wielkiej Brytanii? Odpowiedź odnalazłam podczas mojego pobytu w niewielkich angielskich miasteczkach. Każdy pub tętnił tam życiem i muzyką. I to jaką muzyką! Nigdy wcześniej w swoim krótkim żywocie nie widziałam tak zdolnych ludzi brzdękających innym do piwa. Podobny klimat można znaleźć także w Polsce, na przykład w Krakowie. W zasadzie codziennie można załapać się tutaj na jakiś koncert. Niestety, na tym podobieństwa się nie kończą. W obu krajach równie trudno zaistnieć na rynku muzycznym i wybić się z czymś świeżym, nowym. Na Wyspach niegasnącą popularnością cieszą są tzw. tribute band, a w Polsce też jakoś więcej osób gromadzi się w miejscach, gdzie odgrzewa się stare kotlety. Mnogość zalewających nas disco pubów i muzyki tworzonej na jedno kopyto jest zatrważająca. Kultowe powiedzenie z Rejsu, że najbardziej podobają się kawałki, które już się kiedyś słyszało, jest ciągle aktualne. I chyba będzie aktualne już zawsze.
Obietnica spędzenia upalnego wieczoru w Coffee Cargo przy dźwiękach polsko-angielskiej muzyki brzmiała niezwykle kusząco. Wypadałoby teraz porównać polską pogodę z angielską, ale z litości pominę ten aspekt. Paradoksalnie, chyba najczęściej zadawanym mi przez Brytyjczyków pytaniem było: jak wy wytrzymujecie w tym zimnie? Cóż… Wierzcie nam, kochani bracia, jakoś sobie radzimy. Karl jako mieszkaniec Krakowa już chyba przywykł do polskiej pogody i tegoroczne upalne lato zbytnio go nie zaskoczyło. Chociaż nie mógł narzekać na zbyt ciepłe przyjęcie publiczności, która była dość zachowawcza, ale winą za to obarczę zmęcznie tłuszczy afrykańskim skwarem. Karl Culley to z całą pewnością artysta, na którego występ warto się wybrać, nawet jeżeli konsekwencją tego wyboru będzie wygląd kogoś, komu rychło powinien przybyć na ratunek antyperspirant.
Dlaczego warto się pofatygować i posłuchać go na żywo? Niech za rekomendację służy fakt, że Brytyjczyk jest artystą zupełnie samowystarczalnym. Postanowił, że sam będzie sobie sterem, żeglarzem, okrętem, a nawet wędką i rybą. Karl Culley to nie „tylko” wokalista i gitarzysta, czy twórca tekstów. Muzyk gra na swym instrumencie arcytrudną i niezwykle efektowną techniką fingerstyle, która polega na jednoczesnym prowadzeniu melodii, linii basu, podkładu akordowego, a także perkusji. Dzięki temu ma pełną kontrolę nad swoimi utworami, ale i jest za nie w pełni odpowiedzialny. Od A do pięknego, polskiego Żet. Zaskakującym jest, jak wielkie możliwości posiada to niepozorne pudło. Polecam zapoznać się także z innymi stylami gitarowego grania, takimi jak np. lap-style czy slide. Wtedy nagle zasada „cztery akordy i darcie mordy” zaczyna być rażącym niewykorzystaniem potencjału tego zacnego instrumentu.
Karl Culley technikę fingerstyle opanował do perfekcji, dzięki czemu w Cofee Cargo uraczył nas wspaniałą, rytmiczną muzyką. Największy popis umiejętności dał w świetnym Icarus and Whiskey. Nie zachował się jednak niczym tytułowy Ikar i nawet na chwilę nie obniżył swego lotu, lecz cały koncert zagrał na tym samym, niesamowicie wysokim poziomie. Podczas swego występu oczarował mnie także pozostałym repertuarem, zwłaszcza utworami Dragon Kite czy School Of The Heart. Muzyka Brytyjczyka jest naprawdę warta uwagi i jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji zobaczyć go na żywo, to polecam wyszukanie jego filmów na youtube. Co prawda, nędzny to substytut, ale i tak imponuje. To, co ten facet wyprawia z gitarą, jest naprawdę warte uwagi. Dzięki temu, że muzyk ma na swoim koncie już aż cztery wydane albumy (2010: Bundle of Nerves, 2011: The Owl, 2013: Phosphor, 2015: Stripling), gwarantuję, że można spędzić z jego twórczością dłużej niż tylko przysłowiową chwilę.
Gdy Karl zakończył swój występ, niemalże od razu na scenie pojawił się zespół So Flow. W tym przypadku żaden z muzyków nie musiał odwalać całej roboty, każdy odpowiedzialny był tylko za swój instrument. Michał Marczak za klawisze, Mateusz Mazurkiewicz za bas, Artur Starżyk brzdękał na gitarze, a Michał Pamuła zasiadł za perkusją. Natomiast brzmienie urozmaicał Mateusz Czajka podrzucający sample przy użyciu MPC, a całość uzupełnił urzekający głos Karoliny Teernstra. Tutaj muszę podkreślić: wielkie ukłony dla wokalistki. Zawsze deklarowałam, iż preferuję męskie wokale. Muszę przyznać, iż od kiedy zapoznałam się z krakowskimi zespołami, panie zaczynają mnie niejako do siebie przekonywać, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Dzieje się tak dlatego, że tutejsze wokalistki mają zazwyczaj bardzo oryginalne i piękne, mocne głosy. Dlaczego zatem nie słychać tego w mainstreamie? Zmiłuję się i schowam swoje zdanie na ten temat za grubą zasłoną milczenia.
Kolektyw jest bardzo ciekawym i niezwykle jasnym punktem na krakowskiej scenie muzycznej. Odważnie miesza ze sobą jazz oraz elektronikę, traktując to nieco alternatywnym klimatem. Ich twórczość najprościej byłoby nazwać nu jazzem okraszonym ciepłym, soulowym wokalem. Widać tutaj próbę spowinowacenia współczesnych zdobyczy techniki ze starą dobrą szkołą muzyki rozrywkowej. Grupa inspiruje się działalnością takich postaci muzyki elektronicznej jak Chet Faker czy Bonobo. Na naszej scenie rzadko pojawia się taki unikat, w dodatku w formie tak niezwykle przystępnej i lotem błyskawicy wpadającej w ucho. Podczas ich koncertu najbardziej urzekł mnie utwór The River, w którym wokal Karoliny brzmi po prostu przepięknie i coraz głębiej wciąga w muzyczną toń. Dzięki dobrym kompozycjom i nienagannym wykonaniu, publiczność bardzo szybko poddała się klimatowi i zaczęła nieco podrygiwać w rytm muzyki. Niezaprzeczalnym zaproszeniem do tańca jest kawałek Boom Boom, który jest bardzo rytmiczny i chwytliwy. Mocnym punktem jest także Limbo, wykonywane dla odmiany w języku polskim. Jeżeli nie załapaliście się jeszcze na koncert tej zdolnej szóstki, to możecie ich posłuchać na debiutanckim mini-albumie Live Sessions EP. Zespół nagrywał materiał na tzw. setkę, ponieważ chciał zachować klimat starych, oldschoolowych nagrań i odtworzyć jakość wykonania przybliżoną do ich występów na żywo. Jednak aby w pełni odczuć flow zespołu, zalecam udać się na koncert, bo mimo szczerych chęci kolektywu, płyta to jednak nie to samo.
So Flow to zbieranina arcyutalentowanych ludzi, których poczynania śledzą fani krakowskiej muzyki. W zespole można napotkać śladowowe ilości Vallium w postaci Michała Marczaka i Artura Starżyka. Dla niewtajemniczonych – oczywiście nie chodzi o użycie psychotropów przez wyżej wymienionych, ale o całkiem popularny zespół rockowy, który zagrał m.in. na Coke Live Festival, Woodstock czy Slot Art Festival. Jednakże, pomimo sporych sukcesów, grupa zawiesiła swoją działalność pod koniec 2013 roku. Na szczęście muzycy nie opuścili podwojów krakowskiej sceny muzycznej i oprócz So Flow jak feniks z popiołów powstał jeszcze Gypsyandtheacidqueen, który jest projektem gitarzysty Vallium – Jakuba Jaworskiego. Nieprzypadkowo wspominam akurat o tym konkretnym zespole mającym farmaceutyk w nazwie (przecież niemalże każdy krakowski artysta ma jakieś rozwiązane kapele na sumieniu), bo okazuje się, że na koncertach So Flow można spotkać fanów zawieszonego kolektywu. To pokrzepiające, że sympatycy zostają z muzykami, mimo zmian składowych i repertuarowych, ale również cieszy fakt, iż mimo niepowodzeń artyści dalej próbują tworzyć.
Tak właśnie zapamiętałam ten wieczór. Pełen dobrej muzyki, ciekawych pomysłów i genialnych instrumentalistów. Jakieś zastrzeżenia? Żadnych. Może jakieś życzenia? Tak, parę pobożnych. Pierwsze z nich – to chęć usłyszenia Karla w utworze z tekstem w języku polskim. Chociaż wiem, że to karkołomne zadanie. Jednakże skoro był w stanie opanować trudną technikę fingerstyle, zaczynając trenować dopiero po ukończeniu osiemnastego roku życia, to pewnie da radę uporać się z naszym szeleszczącym językiem. Co do So Flow, to mam znacznie prostsze życzenie. Bardzo spodobała mi się kompilacja głosów Karoliny i Artura, dlatego chciałabym usłyszeć więcej utworów, w których gitarzysta zaznaczałby swoją obecność wokalnie.
Kończąc, chciałabym przytoczyć jeszcze jeden wspólny mianownik Polski i Wielkiej Brytanii. Ostatnimi czasy na Wyspach coraz liczniej zamykają puby, a również w Krakowie pod tym względem nie dzieje się dobrze. Być może nie będzie nam dane więcej spotkać się na koncercie w Coffee Cargo czy Fabryce. Nie jest tajemnicą, że deweloperzy „wykurzają” wlaścicieli tych kultowych przybytków. To bardzo przykre, iż Zabłocie traci swój alternatywny charakter. Chyba większość się ze mną zgodzi, że po jakimś czasie ma się już dosyć krakowskiego rynku i z chęcią ucieka się w jakieś nieco zaciszniejsze miejsce, aby spędzić wieczór. Zabłocie było miejscem idealnym: blisko centrum, a zarazem z dala od natłoku turystów. Moim zdaniem Kraków sukcesywnie traci swój charakter i klimat artystycznej bohemy. Rozpadają się świetne zespoły, padają fajne kluby, artyści wynoszą się do stolicy. Nie chciałabym, żeby to miasto szło w kierunku komercyjnego chłamu, a chyba bardzo widocznym tego sygnałem był los, jaki spotkał chociażby kultowy Lizard King. Kraków jest jednym z najmocniejszych punktów na kulturalnej mapie Polski i nie chciałabym, aby to się zmieniło. Pragnęłabym, żeby w dalszym ciągu można było przyjść do Coffee Cargo i posłuchać muzyki. Czasem nawet wykonawców z innych krajów, w których dane nam będzie odkrywać partnerskie i przyjazne nam narody, podobną muzyczną wrażliwość. Dzięki wieczorowi z Karlem Culleyem i So Flow odkryłam, że Polska i Anglia to dwa bratanki – do dobrej muzyki i do pełnej szklanki. Dlatego Panowie i Panie… raise your glass!
więcej zdjęć z koncertu można obejrzeć tutaj.