W ciągu ostatnich paru lat występy trójmiejskiej Ścianki stały się prawdziwymi rarytasami. W 2006 roku pękł kręgosłup skłóconego zespołu, gdy klawiszowiec Jacek Lachowicz i basista Andrzej Koczan zdecydowali się odejść. Siłą rozpędu, a raczej jej resztkami i w fatalnej atmosferze kwartet, praktycznie nie widząc się w studiu zarejestrował ostatni album „starej” Ścianki, Pan Planeta – album trudny i gęsty, co wprawdzie w kontekście wcześniejszych dokonań zespołu nie może stanowić zaskoczenia. W przeciwieństwie jednak do starszych pozycji w dyskografii Ścianki, Pan Planeta nasączony był po brzegi energią negatywną, destrukcją, hałasem i ewidentnie obecnym swądem rozpadu. Koczana zastąpiono basistą szczecińskiej formacji Kristen, Michałem Bielą. Z klawiszy zrezygnowano. Kwartet przeobraził się w trio, a sama Ścianka, chcąc nie chcąc, wstąpiła na nową drogę życia.

Od tego momentu zespół wyraźnie wyhamował. Maciej Cieślak, spiritus movens przedsięwzięcia zaangażował się w Kings Of Caramel (z Bielą), Cieślaka i Księżniczki oraz założoną przez siebie wytwórnię My Shit in Your Coffee, Biela wciąż dowodził Kristen. Po 2006 roku „nowa” Ścianka wydała na świat tylko jedną EP-kę (Secret sister, 2007), będącą swobodnym i lekkim połączeniem jazzu z muzyką filmową. Sporadyczne koncerty były jednak wypełnione zupełnie nowymi kompozycjami, znacznie bardziej garażowymi i mniej psychodelicznymi niż te pochodzące z czasów poprzedzających trzęsienie ziemi. Bootlegi krążyły po sieciach P2P i Youtube, a nowy, wyczekiwany materiał obrósł przez lata kożuchem mitologicznej tajemniczości.

Mamy jednak rok 2011, siedemnastolecie istnienia Ścianki i koniec oczekiwania. Zapowiadana przez Cieślaka od jesieni sesja nagraniowa doszła do skutku późną zimą. Trio zarejestrowało, jak przyznają sami muzycy, horrendalną ilość materiału. Cieślak zresztą ostrzegał: Tym razem nagramy wszystko. To będzie nasz Revolver, albo Biały Album, gdzie każdy utwór jest z innej parafii. Album ma być dwupłytowy. Taka ilość materiału z pewnością wynagrodzi pięcioletnie oczekiwanie na pełnowymiarowy album tego wyjątkowego zespołu. Pytanie tylko, czy zniesiemy ten nadmiar szczęścia. Too much love will kill you. A kto jak kto, ale Ścianka potrafi dziurawić przestrzeń dźwiękiem. Z jednej strony trudno usiedzieć na tyłku, z drugiej – strach się bać. Album pilotuje złowieszczo i bezlitośnie surowy, przywołujący na myśl dokonania The Stooges utwór Shifting the night for tomorrow, udostępniony przez zespół w sieci w maju.

Bez wątpienia załoga Cieślaka to jeden z najważniejszych polskich przedsięwzięć muzycznych ostatniego dwudziestolecia. Debiut formacji, Statek komiczny Ścianka był w 1998 roku jak ożywczy sztorm, przewracający rozgrzane leniwym słońcem parasolki i parawany, rozstawione gęsto po opustoszałej plaży rodzimej muzyki alternatywnej. Było surowo, brudno, absurdalnie, z humorem i z kopytem. Album był zdumiewającym konglomeratem piosenek (Sopot), psychodelii (Transatlantyk), garażowego czadu (Skuter) i czysto awangardowych erupcji (Czerwone kozaki, Historia pięciu pracowników Instytutu Badań Kosmicznych, zbiegłych w kwietniu 1973 roku z terenu zakładu w Beskidzie Wschodnim i tam kompletnie zdziczałych). Zaskoczony i nieprzygotowany na zmianę pogody szołbiznes obsypał Statek nagrodami i nominacjami. Ścianka zamaszyście wkroczyła do świadomości słuchaczy w charakterze czegoś dziwacznego, ale zasadniczo rock’n’rollowego. Nikt nie mógł spodziewać się tego, co nastąpiło później.

Ścianka podpisała kontrakt z BMG i w 2001 roku wypuściła na rynek następcę hitowego debiutu. Dni wiatru nie były jednak hitowe w żadnym tego słowa znaczeniu. O ile Statkiem kosmicznym Ścianka zespół zaskoczył i zainteresował, to drugim albumem chwycił mózgi słuchaczy w garść i wyżął je, z powstałej w ten sposób szarawej substancji sporządzając wino musujące. Na Dniach wiatru nie było nawet pół grama tego, czym debiut buchał po same brzegi i czego mniej więcej można było się spodziewać. Od początku do końca Dni unurzane były w bezkompromisowej chabaninie transu, ambientu, muzyki konkretnej i nie-wiadomo-czego-jeszcze. Dwa zwodnicze single, senno-koszmarny Latający pies i rozmarzone Iris sleeps under the snow zupełnie nie oddawały introwertycznej i depresyjnej zawartości płyty, zawartości totalnej. Heroiczny wręcz bastion sztuki, wybuchł Rafał Księżyk w recenzji dla „Anteny Krzyku”. Dwiema pierwszymi płytami Ścianka zrobiła historię i jeśli ktoś tego nie dostrzega, powinien oddać swój zmysł percepcji do odpowiedniego komisu.

Białe wakacje, drugi nagrany dla BMG album zespołu ukazał się rok później, naturalnie nie mając stylistycznie nic wspólnego z poprzednikiem. Płytę wypełniały zwiewne harmonie i wiosenne piosenki. Na powrót zrobiło się trochę rock’n’rollowo, jednak tym razem w hipisowskim sosie. Całość bardzo pachniała Jackiem Lachowiczem i charakterystyczną dla tego artysty nieco senną, letnią psychodelią, którą to tezę miały potwierdzić dwie późniejsze solowe płyty Lachowicza – Jacek Lachowicz (2004) i Za morzami (2007), nawiązujące do stylistyki Białych wakacji w sposób zdecydowany. Należy też w tym miejscu wspomnieć, że Wakacje i Dni wiatru przedzieliło wydawnictwo krótkie, acz kuriozalne, zatytułowane Sława EP i zawierające wyłącznie covery. Czyje? Jak to czyje? Sławy Przybylskiej, Deep Purple, Lou Reeda i Johna Lennona. Czyż to nie oczywiste? Dziś Deep Purple to dla mnie debilizm, wyjaśniał Cieślak, choć wcale nie musiał. Smoke on the water w wersji Ścianki, oparty na chamskim, dyskotekowym bicie sunął naprzód po purpurowych torach niczym wysmarowany farbami o wszystkich kolorach tęczy pociąg-impreza w towarzystwie kosmicznych odgłosów fliperów i gier z automatów. Ścianka.

Osobiście ostatni raz widziałem Ściankę na żywo w warszawskim CDQ w przededniu wydania Pana Planety i nie był to widok przyjemny. Skłócony, poirytowany swoją obecnością zespół męczył się, męczył słuchaczy i wyżywał się na instrumentach, transponując swoją frustrację do postaci nasączonego jadem, niesłuchalnego noise. Grał dla Państwa i napierdalał zespół Ścianeczka, pożegnał się ze stołeczną publicznością Cieślak i szybkim krokiem opuścił scenę. To był jednak inny czas, inne powietrze, to była inna Ścianka.

Co będzie z zespołem? Cieślak przebąkuje coś o zakończeniu działalności. Czy mu wierzyć – nie wiadomo. Jeśli Ścianki nie złamał 2006 rok, to co mogłoby to uczynić? Może po prostu czas? To jednak nie ma znaczenia. Niezależnie od dalszych, niezapisanych jeszcze rozdziałów historii Ścianki, jeśli ktoś nie pojawi się 23 października w Masadzie, będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie. Proszę Państwa, Ścianka. ŚCIANKA. Historia.

Kuba  Sieńczyk (Uda)

ŚCIANKA
23 X 2011, 20:00
Kraków, Masada ul. Skawińska 2
support: Cinemon