O tym, że zespół Republika to na mapie polskiej muzyki miejsce bardzo ważne, wie nawet taki zatwardziały punkowiec, jak ja, niegdyś gardzący zespołami puszczanymi w radiu. Niektórzy wręcz twierdzą, że to miejsce najważniejsze. Pierwszy zespół w tym kraju, który miał świadomość tego, że prosty i spójny wizerunek sceniczny jest równie ważny, jak teksty. Zespół, którego proste, a jednak trudne piosenki, były i nadal są hitami. Takimi prawdziwymi, nie wykreowanymi przez sztab marketingowców i gigantyczną, nachalną promocję. Zespół, którego historia skończyła się przedwczesną śmiercią Grzegorza Ciechowskiego, bez którego tego zespołu, najzwyczajniej w świecie, by nie było.
Trzynaście lat po jego śmierci jego byli koledzy z zespołu postanowili pojechać w trasę grając Nowe Sytuacje – wydany w 1983 roku debiutancki album Republiki. Taką też nazwę przyjęli postanawiając nie posługiwać się nazwą starego bandu. Niby nowe, a jednak takich sytuacji było już wiele, że wspomnę chociażby o The Doors of 21st Century czy trasę Petera Hooka grającego Joy Division. Jedni nazywają to odcinaniem kuponów od dawnej legendy i wieszają na nich psy, inni cieszą się, że mogą usłyszeć te utwory na żywo. Ja należę do tych drugich. Co wcale nie oznacza, że nie miałem żadnych obaw wybierając się na niedzielny koncert do Klubu Studio.
Zanim jednak o tym, czy moje obawy były uzasadnione, kilka słów o supporcie. Zespół Drekoty, bo o nim mowa, to trzy kobiety, z których jedna gra na perkusji, a pozostałe na klawiszach. Instrumentarium Drekotów jest więc dosyć ubogie. Największe wrażenie zrobiła na mnie perkusistka, która nie dość, że wygrywała na pozór proste i mechaniczne, ale tak na prawdę całkiem nietypowe rytmy, to jeszcze bardzo fajnie wyglądała, bo ktoś z obsługi skierował w jej stronę wentylator rozwiewając jej włosy we wszystkie strony. Trzeba przyznać, że dziewczyny mają na siebie bardzo oryginalny pomysł. Dźwięki wygrywane na klawiszach w połączeniu ze wspomnianymi wyżej wygibasami perkusyjnymi i bardzo, ale to bardzo dziwnymi tekstami, tworzyły mieszankę nietypową i nieoczywistą. Grały, jak na support, zadziwiająco długo, bo aż 50 minut i mimo tego, że słuchałem ich z zaciekawieniem, licząc na to, że każdy następny numer będzie dziwniejszy od poprzedniego, to jednak nie mogłem odeprzeć wrażenia, że czegoś tej muzyce brakuje. Niewątpliwie jest to jednak zespół, na który warto zwrócić uwagę.
Po krótkiej, dwudziestominutowej przerwie na scenie pojawiły się gwiazdy wieczoru. Zgodnie z zapowiedziami debiutancki album Republiki został odegrany od deski do deski. Nie zmieniono kolejności utworów, nie zmieniono aranżacji ani instrumentarium. Z jednej strony bardzo lubię dziwne wersje utworów, które znam z płyt. Z drugiej jednak, i pewnie takie były oczekiwania większości publiki, chciałem je jednak usłyszeć w wersji możliwie jak najbliższej oryginałowi. Nowe Sytuacje mają trzech wokalistów. Nie jest to byle kto, bo każdy z nich jest na polskiej scenie muzycznej postacią znaną i znaczącą. Mimo tego, że lubię ich i cenię każdego z osobna, to nie da się ukryć, że ani Tymon, ani Budyń, ani Piotr Rogucki nie mają charyzmy Ciechowskiego. Nigdy nie dane mi było być na koncercie Republiki z Ciechowskim, ale nawet oglądając te koncerty na YT widać jak charyzmatyczny był to facet. Pierwsza moja obawa się więc sprawdziła: trzech skaczących po scenie jegomości nie dorównało jednemu, siedzącemu za klawiszami oryginałowi. Z drugiej strony, czy oni chcieli mu dorównać?
Z całej trójki największe wrażenie zrobił na mnie Budyń. Po pierwsze – sposobem bycia na scenie. Każdy, kto widział go na żywo wie, o czym mówię. Na jego taniec będący połączeniem Iana Curtisa, choroby Parkinsona i odganiania od siebie stada szerszeni patrzyłem z podziwem połączonym z przerażeniem. Wydawało mi się, że każda jego kończyna żyje własnym życiem i nie ma nad nimi kontroli. Do momentu kiedy „zatańczył” solówkę graną przez Zbyszka Krzywańskiego w Arktyce. Przerażająco piękne. Oprócz tańców i przejmujących interpretacji tekstów Ciechowskiego (jako główny wokalista zaśpiewał utwory: Śmierć w bikini, Mój imperializm, Znak „=” oraz My lunatycy) Budyń popisał się również grą na flecie. Podobno obejrzał dziesiątki archiwalnych koncertów podpatrując styl gry Ciechowskiego. Wysiłek się opłacił, bo to jak zagrał w Śmierci w bikini było fenomenalne.
Tymon i Roguc to na tym koncercie dwa różne światy. Pierwszy jest, jak wiadomo, właścicielem dużo niższego głosu i jego interpretacje utworów Nowe sytuacje, Arktyka i Będzie plan brzmiały nieco dziwnie, choć intrygująco. Widać było jednak, że nie czuje się on w tej roli tak pewnie, jak na swoich własnych koncertach. Nadrabiał za to śpiewaniem z wielkim zaangażowaniem chórków we wszystkich utworach, czego nie można powiedzieć o Roguckim, który co prawda w utworach, które wykonywał (System nerwowy, Prąd i Halucynacje) pokazał, że jest świetnym wokalistą i interpretatorem cudzych tekstów, to pomiędzy nimi zachowywał się jak przymroczona alkoholem Kung Fu Panda. Może tak miało być, wszak jest on również aktorem. Jeżeli tak, to do mnie ta rola nie przemówiła.
Brzmieniowo nie podobało mi się wycofanie klawiszy. Na pierwszy plan zdecydowanie wyszła gitara Krzywańskiego, bębny Ciesielskiego i bas Biolika. Wiadomo, że to znakomici instrumentaliści, ale według mnie specyficzne brzmienie Republiki to właśnie partie klawiszowe. Bartek Gasiul zagrał je bardzo dobrze, ale jednak nie były wystarczająco wyeksponowane. Szkoda.
Szkoda też, i tu uwaga do klubu, bądź do organizatorów, że ktoś wpadł na idiotyczny pomysł rozstawienia krzesełek na tym koncercie. To nie Filharmonia. To koncert, bądź co bądź, rockowy. O ile na Drekotach ludzie jeszcze siedzieli, o tyle od pierwszych dźwięków Nowych sytuacji pod sceną było coraz więcej ludzi, a w kulminacyjnym punkcie koncertu stali już wszyscy.
Dosyć jednak tego marudzenia. Pomimo wrodzonego malkontenctwa muszę napisać, że był to wyśmienity koncert. O ile w części głównej, czyli dziesięciu utworów z Nowych sytuacji, wiedziałem czego muzycznie mogę się spodziewać, o tyle zaskoczyły mnie bisy. Bo co to za koncert bez bisów? Trochę kokieteryjnie zapowiedział je Leszek Biolik mówiąc, że nie przewidywali grania dodatkowych numerów, bo projekt ten dotyczy przecież tylko pierwszej płyty Republiki. Ku uciesze zgromadzonej publiczności na deser pojawił się zaśpiewany przez Tymona Kombinat. Owacji nie było końca i… nastąpiło coś, co było według mnie najlepszym momentem koncertu. Zaśpiewany chórem przez wszystkich na scenie i pod nią, monumentalny i przypominający o tym, jakie demony kryły się w tekstach Ciechowskiego, utwór Moja krew. Czy którakolwiek ze współczesnych gwiazd miałaby na tyle odwagi, aby umieścić taki utwór na singlu? Bilet na koncert – 50 PLN; ciarki przez cały ostatni numer- bezcenne.
Autorem wszystkich fotografii jest Leszek Gnoiński i zostały one wykorzystane za jego zgodą.
korekta: Igor Goran Kadir



