Nie wstanę, tak będę siedziała…

W święta nie sypało, sylwester też bez śniegu… Właściwie to tego pięknego styczniowego dnia też nie padało – białe meteoryty łomotały bezlitośnie w moje okna, niemal całkowicie zniechęcając do wyjścia z domu. Na szczęście ta mała cząstka człowieczeństwa, która we mnie pozostała i bynajmniej nie miała ochoty spędzić piątkowego wieczoru w domu, wzięła chyba górę. I tak oto wpełzłam do klubu Rotunda. W tym momencie ukazał się widok porównywalny ze sceną urodzin Bilba we Władcy Pierścieni – na sali naliczyć można było przynajmniej miliard obszytych do nieprzytomności katan, trzydzieści dwa i pół tysiąca spodni moro i dwadzieścia siedem i dwie trzecie ważących tonę New Rock’ów. Kraków nawet i bez maczet przygotowany był na koncert zespołu Turbo.

IMG_1037.JPGAle nie tak szybko, bo jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy… Na początku swoją obecnością zaszczycił nas Crowd. Na temat tego zespołu nie będę się może zbyt wylewnie rozpisywała, straciłabym już wtedy chyba na stałe łatkę recenzenckiej kosy, którą przyczepiono mi po życzliwej wymianie zdań z perkusistą jednej z polskich black metalowych grup. Tak czy owak, Crowd ze swoim sześcioutworowym setem zaprezentował się naprawdę bardzo porządnie, nie pozostawiając żadnych złudzeń, czy aby moja recenzja ich EP-ki nie była przez przypadek zbyt entuzjastyczna. Nie, na pewno nie była. Definitywnie. Można nawet powiedzieć, że na żywo, biorąc pod uwagę ilość entuzjazmu wkładanego w grę i nieco jezusowaty wygląd Piotra Sobczaka, Crowd sprawia wrażenie bardziej rzeczowego zespołu niż tylko w wersji audio…

IMG_0740.JPGJednak nie ze wszystkimi było równie dobrze. Do zespołu Nonamen nie przekonałam się nigdy, także wtedy, gdy widziałam ich, kiedy supportowali Norwegów z Uburen. Teraz już wiem, że nie zaskarbią sobie mojego serca. Nie dałabym się przekupić cukierkami, dyskografią Modern Talking ani kartami z piłkarzami Realu Madryt. Po prostu nie i koniec – muzyka grupy wydaje się dosyć nudna i przewidywalna (choć osobiście uwielbiam brzmienie skrzypiec, tylko to zapewne uratowało mnie przed szaleństwem), a poza tym niezbyt dopasowana do profilu psychologicznego głównej gwiazdy wieczoru, czyli Turbo. Po trzech utworach stwierdziłam, że już wystarczy i, ostentacyjnie odwróciwszy się  na pięcie, wyszłam – tak, wiem, po tych słowach mogę już nie pokazywać się na mieście…

IMG_1556.JPGZ kolei Turbo, mimo swojego statusu na polskiej scenie metalowej, nigdy nie wydał mi się jakoś monstrualnie godny uwagi. Byłam więc autentycznie zdziwiona, gdy zobaczyłam rzucających i gniotących się fanów, gotowych stracić obie ręce i nogę, byle stać jak najbliżej sceny i odpowiednio dać wyraz swojemu uwielbieniu. Ale cóż, ja, kiedy byłam mała, spałam w skarpetkach na rękach, to inni mogą szaleć za Turbo, prawda? Ostatni album zespołu, Piąty Żywioł, szczególnym żywiołem dla mnie się nie okazał, a już na pewno nie piątym. Wyłapałam jednak z niego kilka ładniejszych kwiatków z nadzieją na to, że usłyszę je na żywo – jednym z nich było Serce na Stos („nasz życia los, na stos, na stos” – przepraszam, to nie to…) odznaczające się wyjątkową metalową przebojowością. Nie pomyliłam się – i chociaż publiczność okazała się średniej jakości kompanem do pomocy wokalnej, to kawałek ten zabrzmiał naprawdę dobrze. Przy okazji należy też napomknąć o oświetleniu, które wzmagało jeszcze wysublimowane doznania estetyczne wiążące się z  percepcją owego występu (mam nadzieję, że udało mi się zabrzmieć inteligentnie), które migało i mrygało wtedy, kiedy powinno. Kolejną ofiarą upatrzoną przeze mnie na Piątym Żywiole było Myśl i walcz, którym zespół koncert rozpoczął.  Można powiedzieć, że podczas tego piątkowego koncertu Turbo zagrało co najmniej 40% wszystkich swoich utworów, jakie udało im się nagrać. Miałam bowiem tę nieprzyzwoitą przyjemność usłyszeć niemal cały przekrój osiowy kariery grupy – od Ostatniego Wojownika, przez *brak odpowiedniego epitetu* Jaki był ten dzień, na średnio już zaskakujących Dorosłych dzieciach na bisie kończąc.

IMG_1495.JPGI tu właśnie z tymi bisami zaczęła się sprawa szalenie zabawna. Zależy dla kogo, znaczy się. Ale dla mnie na pewno. Otóż mniej więcej w 1/3 występu grupy nieludzko zaczęły boleć mnie nogi. I plecy. Ogólnie rzecz biorąc, czułam się jakbym była 50 lat starsza. W końcu znalazłam przyczynę tej nieznośnej dolegliwości – zespół grał już 1,5 godziny i nie sprawiał wrażenia, jakby miał kończyć. Nie ma sprawy, jestem cierpliwa, zamieniam się w słuch. I otóż niedługo potem panowie ukłonili się i zaczęli zbierać zabawki. I to był błąd. Po tym zespół dwa (jeżeli dobrze liczę) razy wychodził i grał monstrualne, keksowe, długaśne riffy. I w tym momencie padłam. Na twarz.

Może i się krzywię i narzekam, ale w krzyżu mnie już nie łupie, jestem więc gotowa na trzeźwą konkluzję – jako osoba, której bliższe kontakty z zespołem Turbo odbywały się poprzez kilkuminutowe zbliżenia z You Tube, byłam występem zespołu jak najbardziej zachwycona. Tej mocy i energii, która pozwoliła spojrzeć z nieco innej perspektywy na Piąty żywioł, pozazdrościć mogłaby niejedna metalowa grupa – Nonamen powinno zapisać się do nich na jakiś kurs doszkalający…

Więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj.