Gdyby kilka miesięcy temu ktoś kazał mi podać skojarzenie ze słowem „pętla”, z pewnością odpowiedziałabym: „tramwaje!”. Ten tekst nie będzie jednak o krakowskiej komunikacji miejskiej. Nie będzie też o zawiązywaniu butów, kokardach, etc., ale o zespole Pętla, którego koncert odbył się we wtorek w Zaścianku, w ramach festiwalu DachOFFka.

Festiwalu nie będę przedstawiać. Każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co muzycznego dzieje się w Krakowie, powinien orientować się, czym jest DachOFFka. Mało kto jednak miał już okazję słyszeć o Pętli. Muszę przyznać, że aby napisać o nich cokolwiek, trochę się wcześniej przygotowałam. Szukałam intertekstualności i… voila! Sama nazwa zespołu budzi zainteresowanie. Marek Hłasko napisał kiedyś opowiadanie Pętla. Zainspirował się nim Wojciech Hass i w latach pięćdziesiątych nakręcił przejmujący, depresyjny film pod tym samym tytułem. Równie depresyjne są teksty autorskich piosenek Pętli. Chociaż podoba mi się instrumentalna część twórczości zespołu, wydaje mi się, ba!, jestem przekonana, że to w zagmatwanych, ciężkich tekstach drzemie jego potencjał. Sam wokalista stwierdził na koncercie po jednym z numerów: „To było smutne, ale my nie mamy wesołych piosenek”. I bardzo dobrze, szkoda tylko, że we wtorek wokal był tak słabo słyszalny…

Obiły mi się o uszy głosy, jakoby łatwo było natknąć się w muzyce Pętli na podobieństwa do Comy. Z tego powodu na ostatnim koncercie skupiłam się nieco bardziej i zasadniczo stwierdzam, że oprócz jednego z refrenów – o spadaniu – nie rzuca mi się w uszy wiele cech wspólnych. Pierwsze co słyszę w piosenkach Pętli, to coś na kształt emocjonalnego rozedrgania jak u Noir Desir, którego jestem wielką fanką. Zdaje się, że słyszę całkiem celnie, bo wymieniają francuski zespół jako jedną ze swoich muzycznych inspiracji. Tragiczna postać francuskiej sceny, Bertrand Cantat (wokalista Noir Desir), śpiewa w jednej z piosenek, że jest (dosłownie) bukietem nerwów. Ja też jestem, może nie całym bukietem, ale jakimś jego fragmentem, gdy słucham Pętli na żywo. Mam wrażenie, że nie tylko mi udzieliło się na koncercie emocjonalne rozedrganie, ale część publiczności wydawała się być nieco zdezorientowana. Nie wiem, czego się spodziewali, ale na pewno zaskoczył ich fakt, że w końcu zamiast onomatopei i obcojęzycznego gruchania, tudzież wrzeszczenia dla ogłuszenia słuchających i odwrócenia ich uwagi od słów, pojawia się w tekstach treść. W dodatku niezbyt łatwa w odbiorze. Wśród moich ultra-obiektywnych spostrzeżeń, znalazł się jeszcze nurtujący fakt, że Pętla zapiera się rękami i nogami, żeby nie śpiewać w języku angielskim, choć to przecież „jedyny klucz do kariery”. Ciężko mi stwierdzić, czy to dobre posunięcie. Wiele z krakowskich zespołów zdecydowało się przynajmniej na alternatywną wersję swoich piosenek, ale czy jest to niezbędne, żeby zyskać przychylność odbiorców? W końcu nie wszyscy łapią w lot angielskie słówka, a przecież czasem przydaje się też rozumieć, nie tylko intuicyjnie odgadywać, o czym jest kawałek, hmm? Szczególnie, kiedy w grę wchodzi poezja śpiewana.

Rozglądałam się po sali; oprócz studentów rozentuzjazmowanych otwarciem nowego sezonu grillowego, udało mi się zaobserwować kilka skupionych twarzy. Może bardzo chcieli wyglądać na koneserów rocka, a może, tak jak mnie, zaintrygowały ich teksty, bo nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że przy muzyce Pętli można się po prostu beztrosko bawić. Kiedy już uda im się nagrać płytę, czego życzę, nikt nie będzie jej używał jako tła do niedzielnego obiadu. Niejedna ość mogłaby stanąć w gardle. To dobre utwory do słuchania późno w nocy, kiedy niewytłumaczalne podenerwowanie nie daje zasnąć. Pojawia się wtedy potrzeba przeżycia czegoś intelektualnie lub emocjonalnie intensywnego, a może po prostu lirycznego i bodźcem do tego mogą być właśnie teksty Przemysława Wątorka w aranżacji Pętli.

Przy moim stoliku siedziała wcześniej dziewczyna z radia. Zostawiła na nim kartkę z pytaniami do zespołu. Jedno z nich miało dotyczyć piosenki Czyż nie dobija się koni? i jej związku z filmem Pollacka. To chyba najbardziej oczywisty trop. (Odkąd dotarłam do pisanej wersji tekstów, czuję się jak Sherlock). Sporo ludzi oglądało wyśmienitą Jane Fondę w roli zdesperowanej Glorii tracącej wiarę w sens własnej egzystencji, gdy okazuje się, że zawziętość i determinacja nie zapewniają wcale upragnionej nagrody. (Nawiasem odsyłam do bezbłędnego pierwowzoru literackiego McCoy’a). Ciekawe natomiast, ile osób na widowni zastanawiało się, o co chodzi, kiedy przyszła kolej na piosenkę, w której refrenie pojawia się stwierdzenie: „Normalnie Leto jesteś zwyczajnym delegatem[…]”. Mnie ono zaintrygowało i powiem Wam, że to całkiem interesująca historia z tym Leto, bryłami życiorysów i Sailorem. Czekam, aż kolejne perełki zostaną przez chłopaków z Pętli wyłowione w strumieniu kulturowych informacji i przetworzone na muzyczne danie główne w ich tęgich głowach.

Tymczasem, po koncercie odbyło się głosowanie o formule „jestem na tak/jestem na nie”. Z pewnym uradowaniem odkryłam, że po stronie niezadowolonych zaplątał się tylko jeden samotny krzyżyk. Pewnie jego autor, oszołomiony słońcem, które namieszało w sprawie pierwszego dnia wiosny, liczył na piosenki o kwiatkach i motylkach, ewentualnie o miłości na plaży w niedzielny poranek, a tu spadanie, samotność i egzystencjalizm w pełnej krasie, aż do efektu gęsiej skórki.

Wracając do domu, zaczęłam się zastanawiać czy pisać o tym wieczorze i co świadczy o sukcesie koncertu lub jego braku. Bisy? Rozchodząca się, nucąca publiczność, której jest więcej i więcej z występu na występ? Satysfakcja zespołu? Nie wiem, czy muzycy Pętli byli usatysfakcjonowani, ale ja na pewno nie wychodziłam z Zaścianka w wisielczym humorze;). Po raz kolejny podekscytowałam się i naładowałam dobrą muzyką, której nie da się chyba przedawkować.

Paulina Lipiec