W ramach festiwalu Tak Brzmi Miasto zorganizowaliśmy serię paneli dyskusyjnych, wartsztatów i wykładów. Wiecie o tym doskonale, więc nie będę się rozpisywał. Jeden z nich dotyczył tematu promocji zespołu. Naszymi goścmi byli Jarek Szubrycht (Lux Occulta, T-Mobile Music), Paweł Boroń (Iron Media), Kajetan Balcer (MaxFloRec) oraz panowie z zespołu DispersE (Maciej Dzik, Jakub Żytecki, Rafał Biernacki, Wojtek Famielec). Zapraszamy do obejrzenia zapisu wideo z tegoż panelu oraz przeczytania odpowiedzi, które dostaliśmy od części z gości na piśmie.

[youtube_sc url=”https://www.youtube.com/watch?v=pH-LggJZrXE&feature=youtu.be”]

Czy bez promocji da się przeżyć? Jak ważna jest promocja?

Maciej Dzik: Promocja jest super ważna. Jest nieodłączną częścią prowadzenia bandu. Nawet jeśli muzyka, którą stworzyliśmy jest bardzo wartościowa i powinna zostać zauważona to braki w promocji mogą cały ten sukces zniweczyć. Poza tym płytę wydajemy raz na jakiś czas, podczas gdy promocja jest czymś stałym, co utrzymuje zainteresowanie fanów pomiędzy tymi płytami. Dziś wszelkie narzędzia promocyjne mamy na wyciągnięcie ręki za darmo, tylko trzeba odpowiednio je wykorzystać.

 

Czy jest jeden najważniejszy “składnik” promocji, bez którego nie mogłoby to działać?

 

Kajetan Balcer: Owszem. Ogromne pokłady energii osoby zajmującej się promocją, które w połączeniu z odpowiednią wiedzą, umiejętnościami, a czasem po prostu dobrą intuicją, mają szansę zostać bardzo dobrze spożytkowane.

 

Maciej Dzik: Nie wiem co dokładnie rozumiemy przez składnik promocji. Jeśli mówimy o konkretnym narzędziu to jest to na pewno facebook. Jeżeli nośnik to na pewno materiały wizualne – głównie zdjęcia – najszybciej można je „obejrzeć“. Jeśli składnik rozumiemy jako pewną filozofię to na pewno warto robić promocję ze smakiem, nie spamować potencjalnego odbiorcy.

 

Paweł Boroń: W przypadku branży muzycznej jest nim sam produkt, rozumiany jako muzyka, którą ktoś chce zaprezentować możliwie najszerszemu gronu odbiorcy. Promocja muzyki ma to do siebie, że już ona sama jest elementem promocji. Znamy przecież mnóstwo przykładów, w których ktoś odnosił sukces, nie przykładając palca do jakiejkolwiek reklamy czy PR – udało mu się nagrać tak dobry utwór, że ten rozprzestrzeniał się wśród ludzi tylko dlatego, że im się podobał, stawał się hitem. Muzyka jako produkt, czyli leżakująca na sklepowej półce w formie kompaktu bądź możliwa do kupienia w formacie cyfrowym musi być dobra (co to oznacza, to rzecz jasna zupełnie inna bajka), by odniosła sukces. Nawet, jeśli agencje menedżerskie czy wytwórnie wyłożą olbrzymie środki finansowe na promocję słabej płyty – ta się zwyczajnie nie sprzeda. Aby promocja działała, była skuteczna, niezbędnym składnikiem jest dobry produkt, czyli muzyka, której ludzie będą chcieli słuchać, którą będą się dzielić.

Szczególnie dziś jest to istotne, gdy w dobie „wszechinternetu” można sprawdzić twórczość każdego artysty. Nie da się komuś wcisnąć płyty tak, jak da się wcisnąć kiepską czekoladę w pięknym opakowaniu wartym dziesięć razy więcej, niż ona sama. Dziś mam single, klipy – ich powodzenie decyduje często o komercyjnym sukcesie albumu czy artysty.

Które sposoby promocji są najskuteczniejsze i przy jakim rodzaju artysty/materiału? Czy są jakieś uniwersalnie skuteczne, czy takie które na pewno nie zadziałają przy danym artyście?

 

Kajetan Balcer: Uniwersalnym rozwiązaniem jest content marketing w social mediach. Artysta każdego gatunku muzycznego może być obecny na Facebooku, każdy może prowadzić bloga i odpowiednią treścią (tekstem, audio, wideo, infografiką) budować więź z odbiorcą. Nie ma natomiast jednej, najskuteczniejszej metody promocji. Wszystko jest dla ludzi ale, w zależności od grupy docelowej danego wykonawcy, raz większe nadzieje będziemy pokładać w jednym narzędziu promocji, raz w innym. Poza tym sama promocja to nie wszystko. Najważniejsza jest dobra muzyka, profesjonalizm twórców, o talencie i charyzmie artysty nie wspominając. Oczywiście to idealne składniki promocji. W praktyce często nie jest tak kolorowo. Myślę, że odpowiedni podział zadań wśród osób stojących za karierą wykonawcy i ich odpowiedzialność za wykonywaną pracę mogą okazać się kluczem do sukcesu.

 

Paweł Boroń: To szalenie indywidualna sprawa. Kampania promocyjna jest – a przynajmniej powinna być – ustalana w sposób elastyczny z jasnym określeniem tego, co chce się promować (samego artystę, płytę, trasę koncertową czy wszystko na raz) i jaki cel osiągnąć, czyli do kogo dotrzeć z powyższymi. To decyduje o tym, jak długo trwać będzie kampania i jakimi kanałami czy też, w jaki sposób będzie realizowana. Pomysłów na jej realizację może być nieskończenie wiele – utarło się jednak, że klasyczna promocja, dajmy na to płyty, to: single, zapowiedzi, informacje prasowe, zbieranie patronatów, koncert promocyjny, wywiady i trasa itd., itd., Amen. Na tych składnikach, jak to zostało ujęte w pytaniu, swoje działania promocyjne opiera pewnie dobre 95% zespołów i wykonawców na naszym – i nie tylko – rynku. Rzadziej zdarzają się akcje niestandardowe, takie jak flashmoby, koncerty w nietypowych publicznych miejscach czy niestandardowe formy audio i wideo. O wcześniejszym schemacie można powiedzieć, że jest uniwersalny, zaś dobrze zrealizowany, okaże się także skuteczny. Bo nauczeni są go artyści oraz media, co zapewnia niezakłócony przepływ informacji.

Jaka jest najskuteczniejsza forma promocji? Żadna, jeśli zespół nie jest gotowy na sukces. Niech świadczy o tym to, ilu zwycięzców –  dajmy na to takiego Must Be The Music – jesteśmy w stanie wymienić z pamięci, i ilu z tych których pamiętamy faktycznie jest dziś na jakimś topie? Mnie do głowy przychodzą dwa zespoły. A mamy za sobą 7 edycji programu, który jest przecież liderem oglądalności.

Czy lepiej udostępniać muzykę w sieci, czy skupiać się na promocji nieznanej dla 99% społeczeństwa płyty i wierzyć, że się sprzeda?

 

Kajetan Balcer: Jestem zdania, że najpierw produkt trzeba odpowiednio zaprezentować, by móc zacząć go sprzedawać. Nawet jeśli zrobimy odwrotnie i znajdzie się ktoś, kto kupi tę nieznaną większości społeczeństwa płytę, to prędzej czy później i tak trafi ona do sieci. Lepiej, żeby to twórca (wykonawca, firma fonograficzna, dystrybutor, agencja PR) pierwszy udostępnił muzykę w internecie, proponując jego użytkownikom legalne źródło kultury, aniżeli mieliby to uczynić słuchacze, w dodatku wzbogacając się na czyjejś pracy.

 

Maciej Dzik: Moim zdaniem obecnie płyta ma wartość jedynie kolekcjonerską. Ktoś musi naprawdę lubić zespół bądź dany materiał, żeby płytę kupić, ale najpierw powinna mu się ona spodobać po wysłuchaniu w sieci… Za darmo.

 

Paweł Boroń: Nadal w Polsce, przynajmniej na tle innych krajów, sprzedaż płyt ma się dobrze i pewnie jeszcze z dobrych 5 lat tak będzie. Nie jesteśmy bogatym narodem i jeszcze mnóstwo dobrych płyt zdąży się wydać, zanim Polacy zaczną wyrzucać wieże hi-fi czy kupować auta z systemem bluetooth czy innym pozwalającym słuchać muzyki skądkolwiek, nie tylko z płyty. Poza tym, według mnie, popularność nośnika nie wynika z pogoni za wygodą, tylko z trendu. Nie zdziwię się, jeśli za rok czy dwa modne staną się na nowo discmany, jak od dłuższego czasu modnymi są ogromne słuchawki, które przecież przez trzy dekady malały. A wówczas płyty będą schodziły, jak podgrzewane chleby w Biedronce. Do sedna, nie przekreślałbym jeszcze formatu CD. W mojej opinii, za wcześnie jeszcze na skupianie się tylko i wyłącznie na Sieci. Owszem, można, a nawet należy, udostępniać tam swoją muzykę. Hip-hopowcy wrzucają nawet całe albumy, które jednocześnie sprzedają na nośnikach fizycznych. Jednak w Polsce, aby zgłosić się na większość festiwali albo ubiegać o patronat w dużym radiu, ciągle trzeba wysłać pocztą płytę.

 

Jak sprawdza się “kupowanie sławy”? Czy spotkałeś się z zabiegami, które opierają się w głównej mierze na zasobności portfela? jaki przynoszą skutek? (płacenie za support, kupowanie lajków)

 

Kajetan Balcer: Spotkałem się z tego typu praktykami, ale sam jestem ich wielkim przeciwnikiem. Podobnie zresztą jak moi koledzy z pracy. Tu sprawdza się stare przysłowie, że „kłamstwo ma krótkie nogi”. Co z tego, że mam milion lajków na Facebooku, skoro zasięg wpisów jest mniejszy niż u tego, który ma ich 100 tysięcy? Co z tego, że mój profil lubią mieszkańcy Malezji, Azerbejdżanu albo Uzbekistanu, skoro i tak nie rozumieją ani słowa w moich wpisach? YouTube? Ok, mogę kupić sobie parę milionów odsłon klipu, ale jeśli później na koncert przyjdzie kilkanaście osób, to przy takiej liczbie wyświetleń osiągnę efekt odwrotny do zamierzonego. Reasumując, jest to po prostu niebezpieczne, ryzykowne i nieetyczne.

 

Maciej Dzik: Uważam, że kupowanie supportów nie jest kupowaniem sławy tylko standardowym zabiegiem na obecnym rynku. Co więcej, wydaje mi się, że jest to wspaniała możliwość. Jeśli zespół jest na tyle zaangażowany, żeby wyłożyć naprawdę dużo pieniędzy na zagranie trasy jako support świadczy to jedynie o ich oddaniu. Z kupowaniem lajków się spotkaliśmy. Sami dwa lata temu padliśmy ofiarą takiego działania. Myślę jednak, że przy obecnych analitykach facebooka nie jest to już popularne rozwiązanie – zbyt łatwo można zweryfikować prawdziwie popularny zespół od fake’owego.

 

Paweł Boroń: Jak wspomniałem – efekt ten zawsze wypada miernie jeśli nie idzie w parze z dobrą muzyką. Dziś już łatwo sprawdzić kto kupuje sobie popularność, a to najczęściej jest dyskwalifikacją na długie lata. Spotkałem się z tym i spotykam nadal, choćby przy okazji konkursów i głosowań internetowych. Spotykam się z sytuacjami, gdy ktoś gra dobrą muzykę, jest popularny, a i tak dopompowuje fejm monetą. Tylko, w takich sytuacjach, po co? Z powodu chorej ambicji? To bardzo ryzykowna gra. Za bardzo.

Jak wybrać singiel?

 

Kajetan Balcer: Nie zjadając wszystkich rozumów. „Przespać się” z potencjalnym singlem, słuchać kilku propozycji singlowych na okrągło, samemu testując, która z nich bardziej „wpada w ucho”, która szybciej się znudzi, ale także… liczyć się ze zdaniem producenta albumu, wydawcy, specjalistów ds. PR, znajomych i… dziennikarzy muzycznych, którzy czasem wiele potrafią przewidzieć, a jeśli sami uwierzą w jakiś numer, to połowa sukcesu za nami.

 

Maciej Dzik: Fajnie jest gdy, o ile to możliwe,  singiel oddaje charakterystykę płyty, oraz ma w sobie coś przebojowego. Warto chyba puścić płytkę znajomym by stwierdzili sami co najłatwiej jest im zapamiętać.

 

Paweł Boroń: Niektórzy mają tak zwanego “czuja”, ale rzadko się to zdarza i zazwyczaj radzę skorzystać z dwóch sposobów, gdyż twórca po wielomiesięcznej pracy nad materiałem traci dystans do swego dzieła i, o ile jest w stanie wskazać utwór, który dla niego jest hitem płyty, o tyle nie zawsze, a najczęściej w ogóle, nie jest to kawałek cieszący się popularnością wśród słuchaczy. Do rzeczy: sposób nr jeden – warto zaprezentować kilka utworów o potencjale ludziom. Znajomym, którzy będą mogli ocenić je profesjonalnie. Najlepiej, jeśli ma się jakichś znajomych wśród dziennikarzy muzycznych – ci doskonale wyczuwają chemię pomiędzy artystą a słuchaczem, bo właśnie w tym „pomiędzy” stoją. Nawet, jeśli nie ma się znajomych, warto spróbować wysłać do kilku dziennikarzy takie utwory z prośbą o pomoc. Gwarantuję, że pomogą, a przy okazji będzie to doskonały pierwszy krok w kampanii promocyjnej. Sposób drugi – jeżeli zespół gra koncerty, powinien zwracać uwagę na reakcję publiki na poszczególne utwory. Ludzie sami podpowiedzą, który kawałek nadaje się na singiel. To dobry i bardzo często stosowany sposób – istnieje jednak pewna pułapka. Nie zawsze utwór sprawdzający się na koncertach, dobrze wybrzmi w radio. Najlepiej wiec skrosować obie metody.

Jaką moc promocyjną ma teledysk?

 

Maciej Dzik: Obecnie chyba coraz większą. Jeśli jest ciekawy, mimo nawet mniej ciekawej muzy może zaistnieć na Youtubie, choć oczywiście lepiej żeby jakość obu szła w parze. Wiem, że agencje bookingowe bardzo patrzą na ilość teledysków, ich jakość i liczbę wyświetleń. Teledysk pozwala też widzowi utożsamiać się z artystą poprzez zapamiętanie jego osoby, wpływa to na pewno na lojalność fanów.

 

Które przeglądy i festiwale są najskuteczniejsze? Przy jakich artystach?

 

Kajetan Balcer: Charakter danego konkursu lub festiwalu musi odpowiadać charakterowi wykonawcy. Ten sam lub bardzo bliski gatunek muzyczny i akceptowalne cele. Na każdym etapie kariery będzie to inny przegląd, a artysta będzie mieć w związku z udziałem (lub wygraną) w nim inne możliwości rozwoju.

 

Paweł Boroń: To trudne pytanie. Rynek festiwalowy w Polsce rozrósł nam się szalenie. Wciąż jednak większość z tych imprez stawia na sprawdzone, czyli popularne zespoły i artystów. Trudno zatem traktować festiwale jako miejsce promocji w taki sposób, że chciałoby się decydować: „ok, gramy tak i tak, więc najlepiej będzie pokazać się na deskach Off Festiwalu czy Woodstock. Jedziemy”. Większość zespołów wysyła zatem swoje oferty gdzie się da z nadzieją, że załapią się gdziekolwiek. Co także nie jest dobrym pomysłem. Na pewno należy celować w taką imprezę, w którą dobrze wstrzeli się stylistyka twórczości. I próbować, próbować, próbować… Czasem można stać się gdzieś odkryciem roku po dziesięciu latach wspólnego grania.

Nie chcę wskazywać festiwali czy przeglądów, które są – jak to ujęto w pytaniu – najskuteczniejsze. Każdemu przyświeca inna idea, każdy ma inny klimat i każdy niesie ze sobą inne szanse tudzież ich brak. Co ważne jednak, w przypadku mniejszych wydarzeń, warto przed wysłaniem zgłoszenia popytać się o doświadczenia zespoły, które pojawiały się na nich w latach poprzednich. Znam festiwale i przeglądy, które odbywają się do dziś i do dziś z edycji na edycję poszerza się grono formacji czy wykonawców wracających stamtąd w atmosferze rozczarowania, zażenowania czy nawet z poczuciem bycia oszukanym.

Ile godzin dziennie spędzasz na “promocji”? W jaki sposób, jakimi kanałami?

 

Maciej Dzik: Myślę, że maksymalnie godzinę dziennie na promocje zarówno siebie jak i bandu. Ten czas obejmuje opiekę nad facebookiem, mailem, instagramem, obrabianie zdjęć oraz filmów. Jest to dosyć naturalny proces, gdyż jest dużo fajnych rzeczy którymi chcielibyśmy się podzielić z fanami.

Czy są koncerty, których nie warto grać?

 

Kajetan Balcer: Każdy koncert niesie za sobą jakąś wartość. Nawet w sytuacji, kiedy pod sceną nie ma ani jednego słuchacza. Korzyść z koncertu jest taka, że muzycy zespołu mogą uczestniczyć w dużej, profesjonalnej próbie, kolejny raz przećwiczyć swoje umiejętności, „dotrzeć się”, a przecież „trening czyni mistrza”. Poza tym podróże kształcą, prawda? No ale faktycznie zdarza się, że po prostu różne czynniki (ekonomiczne, kulturalne, etyczne, osobiste, a nawet polityczne) wskazują, by pewne wystąpienia sobie darować. 😉

 

Maciej Dzik: Uważam, że czasem warto obiektywnie popatrzeć na plusy i minusy i może się okazać, że jednak lepiej poćwiczyć te parę godzin więcej niż zagrać koncert którego nikt nie usłyszy. 🙂

 

Paweł Boroń: Poza sytuacjami wyjątkowymi, nie warto grać tych, które nie są warte – czyli, za które zespół nie otrzyma wynagrodzenia. Trzeba szanować siebie: swoją pracę, inwestycję i czas.

Gdzie jest granica pomiędzy spamem a promocją?

 

Kajetan Balcer: Granica jest cienka. Prowadząc komunikację marketingową należy „wyczuć” odbiorcę komunikatu. Rozsyłane komunikaty należy odpowiednio rozłożyć w czasie, nie wysyłać odbiorcy informacji, których wiadomo, że nie chce on otrzymać. Nie traktować skrzynek mailowych odbiorców jak prywatnych skrzynek testowych. Prędzej czy później każdy na własnej skórze przekona się, gdzie ta granica leży.:)

 

Maciej Dzik: Granica jest cienka i zależy to głównie od tego jak dużo mamy do zaoferowania naszym fanom. Fajnie, gdyby większość treści jaką wypuszczamy niosła za sobą jakiś sens, by była atrakcyjna. Moim zdaniem im większy band tym więcej może postować, gdyż fani czekają na każdą treść, jednak na samym początku dobrze być oszczędnym.

 

Paweł Boroń: Zasadniczo trudno ocenić. Jeśli zespół czy wykonawca jest na totalnym topie, media będą chętnie interesować się nim tydzień w tydzień. Czy to będzie spam? Dopóki będą rosły odsłony poszczególnych artykułów czy wywiadów to nie. Granica jest zatem uwarunkowana od popularności i chłonności odbiorcy. Mało znane zespoły czy wykonawcy powinny wyczuwać złoty środek w częstotliwości komunikowania do mediów, bo są w momencie, w którym tylko one mogą zyskać, jeśli informacja o nich trafi do któregoś z wydań. Redakcja liczy na odsłony, kliki. Dlatego, z miejsce mała rada – jeśli już uda się takiemu zespołowi czy artyście nakłonić redaktora, dziennikarza czy „newsowca” danej redakcji do opublikowania informacji na jego temat bądź wywiadu, powinien stanąć na uszach, żeby jak najwięcej osób publikację zobaczyło. Namawiać kolegów, rodzinę – zupełnie, jakby chodziło o smsy w finale MBTM. Gwarantuję, że jeśli redakcja zauważy ruch przy tym materiale, z publikacją kolejnego nie będzie kłopotu.

Jaką najbardziej nietypową formę promocji stosowałeś?

 

Kajetan Balcer: Jeśli o niej napiszę, może już nie być nietypową.:-) To bardzo dobre pytanie sprawdzające kreatywność uczestników panelu. Niech każdy sam sobie odpowie, jak nietypowo można by promować muzykę. 🙂

 

Maciej Dzik: Nie stosowaliśmy chyba szczególnie nietypowych form promocji natomiast zauważyliśmy, że materiały zabawne szczególnie uaktywaniają naszych fanów. Zawsze otrzymujemy największy feedback na śmieszne zdjęcia, filmy. Ostatnio filmik, na którym po prostu się wygłupiamy miał około 30 udostępnień, to naprawdę dużo jak na naszą skalę.