W styczniu, wchodząc do studia, za które posłużył im salon w domu w Izdebniku, odgrażali się, że już w marcu wypuszczą nową płytę. Później miało to nastąpić w czerwcu. Z czasem styczniowe żarty o premierze w marcu… przyszłego roku stawały się coraz prawdziwsze. Udało się jednak zdążyć zamknąć całoroczną pracę przed końcem 2013. W efekcie zespół Cinemon zaprasza na koncert 11 grudnia do Alchemii, gdzie w towarzystwie The Silver Owls będą promować owoc tejże pracy – album Perfect Ocean.

Więcej o koncercie: Cinemon – premiera Perfect Ocean (+ The Silver Owls)

 

Nagraliście płytę. Bądźcie szczerzy – co o niej myślicie? Najlepsza z dotychczasowych? Jesteście z niej dumni? A może chcielibyście coś w niej jeszcze zmienić, coś poprawić?

Kuba Pałka: Gdy pracuje się w studiu nagrań, zawsze mówi się, że można to nagrać lepiej. I tak też jest w tym przypadku. Wiele specyficznych i losowych rzeczy poskładało się na produkcję tego materiału. Ale finalnie muszę powiedzieć, że ta płyta jest taka, jaka właśnie powinna być. Nie chcę nic poprawiać ani zmieniać. Jestem z niej dumny na 120%. Zrobiliśmy ją sami – od muzyki aż po okładkę w wersji fizycznej. Chyba jest to powód do dumy, prawda?

cinemon-press-2013-photo-1-small-band

Oczywiście że tak. Po prostu wiele osób często czuje niedosyt po skończonej pracy, dąży czasem do niemożliwej perfekcji.

Michał Wójcik: I dokładnie o tym jest ta płyta.

Kuba: Perfekcja – to właśnie do niej dążyliśmy… Tytuł mówi sam za siebie.

I stąd właśnie ten tytuł, czy jeszcze coś się z nim wiąże?

Michał: Życie i działania wokół płyty zdają się potwierdzać jej temat. Z wszystkim chciałoby się lepiej, sprawniej, ale jest dokładnie jak jest. Wiele rzeczy jest innych, niż planowaliśmy. Bardzo dużo energii poświęciliśmy – czego może nie słychać – na być może nieistotne detale, po to, żeby była doskonała. A jest jaka jest. Jak Kuba mówi, dla nas to 120% NAS. A może nawet 200%? Ale nie jest to w żadnym wypadku doskonałe. I nigdy nie będzie.

Tytuł płyty to początkowy tytuł trzeciego numeru na płycie – Across The Ocean. To trochę na zasadzie – byliśmy tam, po tej drugiej stronie, widzieliśmy, jak wyglądają te wszystkie idealne rzeczy, wróciliśmy i możemy jedynie zrobić swoje. Na 100% albo na 200%. Ale to zawsze będzie tylko nasze. Malutkie. Na miarę możliwości. Ja tak to wszystko rozumiem.

Dlaczego postawiliście teraz na bardziej wygładzone, popowe brzmienie niż na skomplikowanym pierwszym albumie czy na garażowej EPce?

Michał: Od jakiegoś czasu staramy się robić piosenki. Nie utwory, nie suity, nie godzinne improwizacje, tylko piosenki. I okazuje się to być bardzo ciężkie – żeby w kilkuminutowej, maksymalnie prostej formie, zawrzeć to wszystko, co na pierwszej płycie było w dziesięciominutowym numerze. Fajne ćwiczenie.

Jeśli więc już są to piosenki, to i brzmienie musi być gładsze. Zastanawiałem się długo, w którą stronę iść z produkcją tej płyty – w garażową lub live, czy może jednak nieco wygładzoną. To ostatnie wygrało dlatego, że lubię by płyta, odsłuchana w domu, była gładka. Tego ma się słuchać z przyjemnością, a nie zagryzając zęby. Osobiście po prostu lubię „gładkie” płyty. Lubię być też zaskakiwany na koncertach totalnie inną energią niż na płycie.

Kuba: Niektórzy twierdzą, że lecimy pod publiczkę. Oczywiście, ta płyta jest popowa. Ale nie do końca brzmi jak płyty Michaela Jacksona. Cały ten pop polega na tym, że jest bardzo organiczny. Płyty różnią się od siebie, co według mnie jest raczej zaletą niż wadą. A to, że jest na nich nieco inny styl to kwestia dojrzałości i świadomości muzycznej. Nie mówiąc tu o różnych wpływach muzycznych czy inspiracjach.

Zmieniła was ta płyta? Cały ten proces powstawania, ta samodzielność, ciężka praca?

000011_0Kuba: Po raz kolejny nauczyliśmy się wielu, wielu rzeczy. I dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę powinniśmy robić i na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę. Popełniliśmy wiele błędów, które de facto już wcześniej zrobiliśmy. Prace nad płytą trwały rok z przerwami na urlopy. Napięcie – szczególnie w ostatnich dwóch miesiącach – było tak duże, że zdążyliśmy się pokłócić i jednocześnie pogodzić kilka razy. Stres i satysfakcja w jednym. Następny album będzie jeszcze lepszy. Mnie osobiście ta płyta też zmieniła. Czuję się znacznie silniejszy w dążeniu do celu.

Michał: Mnie osobiście zmieniła bardzo. Rok temu wydawało mi się, że wejdziemy na dwa tygodnie „do studia” – to znaczy do salonu Dominiki – i że dwa tygodnie później materiał będzie gotowy, a płyta „wydana”. Nauczyłem się – ponownie, bo życie mnie tego uczy na każdym kroku – że niektóre rzeczy trwają długo i basta. I choćby nie wiem jak się rzucać i ile energii w to nie włożyć, to one będą tyle trwały. Nie mówię tu o nauce cierpliwości, tylko o tym, że po prostu wszystko idzie po kolei, nie da się przeskoczyć nagle o dwa poziomy wyżej. Trzeba krok po kroku. A ja całe życie chcę po trzy schody naraz. Cenna życiowa lekcja.

Na płycie pojawili się goście: Sylwia Urban, znana na YouTube gitarzystka, która gra solo gitarowe w piosence Ride, z kolei w wersji MP3 albumu jest cover PJ Harvey, w którym śpiewa Zuza Skolias – skąd pomysł na gości i czemu postawiliście akurat na te osoby?

Michał: Lubimy się obracać w damskim towarzystwie.

Kuba: Jeszcze takim damskim towarzystwie. To pytanie jest na osobny wywiad.

Michał: Z Zuzą zagraliśmy wspólnie kilka numerów PJ Harvey na koncercie „Tribute to PJ Harvey” w październiku 2012 roku. Koncert się skończył i zapomnieliśmy o tym fakcie. A w styczniu, na urodziny, dostałem magiczny prezent w postaci DVD Live Cinemon. Był tam też klip z koncertu z Zuzą. Okazało się, że całkiem fajnie to grało… Sprzęt był już rozłożony, więc w charakterze totalnego bonusu „od strzała” nagraliśmy Perfect Day. Zuza zaśpiewała. I mamy takie ładne coś, co całkiem fajnie, zupełnie niechcący, wpisało się w konwencję. Jak się udało – każdy może ocenić sam. Ja osobiście jestem fanem Zuzy. A z Sylwią było prościej – wiedziałem, że chcę w Ridzie solo na slidzie, a ja i slide to trochę jak ja i skrzypce.

Kuba: Gdy Zuza Skolias pojawiła się na próbie do koncertu „Tribute to PJ”, to nie wiedziałem co powiedzieć. Kontrast tak się zwiększył, że musieliśmy to jakoś wykorzystać. Sam koncert był dla mnie doskonały. Nie mogliśmy tego tak zostawić. Cieszę się, że udało się nagrać z Zuzą ten numer. A co do Sylwii – jestem jej fanem. Umie grać slide jak Gilmour. Była to idealna osoba.

A wracając do okładki, którą też sami stworzyliście – dlaczego Morze Bałtyckie?

Kuba: Morze Bałtyckie to jakby substytut Oceanu. Czasami ciężko osiągnąć swój ideał, więc musi wystarczyć coś, co jest tu i teraz. Morze jest małe, a Ocean wielki. O całej tej skomplikowanej drodze w życiu opowiadają utwory na naszej płycie (np. Across The Ocean). Ta okładka to samo życie. Morze rzuca na kolana, gdy się je widzi po dłuższym czasie nieoglądania. Bywa wzburzone lub spokojne. Jak z emocjami i uczuciami.

Na support w czasie koncertu promującego płytę wybraliście zespół The Silver Owls, który odbiega przecież stylistyką od Cine. Skąd ten wybór?

000012Kuba: Lubię taki klimaty. To była moja propozycja. Uwielbiam muzykę folkową tego typu. Kojarzy mi się z zachodem lub z uwielbianą przeze mnie Norwegią. Poza tym SO to świetny zespół i mimo że nie ma w nim perkusisty, to świetnie rozgrzewają publiczność. Pamiętam taką sytuację na ostatnim koncercie urodzinowym KSM-u. Po wielu cięższych zespołach zagrali lżejszy, a jednocześnie jeden z najlepszych koncertów.

Michał: Zespół na wspólny koncert – niech będzie, że support – to u nas zawsze problem. Graliśmy z różnymi bandami i niby „każdy odpowiada za siebie”, ale potem są sytuacje, kiedy moi koledzy narzekają, że wybraliśmy niepasujący band, albo gdy nasza publiczność po prostu wychodzi z koncertu, który im się nie podoba. A to jest niefajne. Dla nas jako organizatorów i dla kapeli, która gra z nami. Dlatego tym razem bardzo dużo uwagi poświęciliśmy temu, z kim zagrać… I tak, The Silver Owls to inna bajka. Ale jednocześnie absolutnie świetna kapela. Jeśli oni się nie spodobają naszej publiczności, to chyba pora zmienić publiczność.

Czy stawiacie na oryginalność? Bo chociażby pomysł na winyle (zwłaszcza białe), albo pocztówki z kodem do ściągnięcia mp3 jest dość oryginalny. W swoim „bio” na stronie piszecie, że zespół od początku chciał, żeby było „inaczej i nietypowo” i choć od tamtego czasu wiele się zmieniło – chociażby skład – to założenia pozostały te same?

Michał: Proszę cię, mamy morze na okładce. Jaka to oryginalność? Oryginalność winyli polega na tym, że taka jest teraz moda, a nie każdego stać. My się poważnie zadłużyliśmy i zamiast wakacji pyknęliśmy sobie trzysta winyli. Kartki pocztowe – to akurat jest fajne i koresponduje z naszą „analogowością”. Takie połączenie światów – niby digital, ale jednak fajny gadżet „w realu”.

Myślę, że teraz ideą przewodnią jest raczej po prostu granie, a nawet DOBRE GRANIE. Nie ORYGINALNE granie. Oryginalność sama w sobie nie jest wiele warta, nawet dzisiaj, kiedy „wszystko zostało już powiedziane”. Nie obchodzą mnie jakieś nowe myśli, kierunki, eksperymentowanie. Chcę robić fajne piosenki i zagrać je tak, żeby ludzie wyszli po koncercie weselsi. Mam w dupie oryginalność. W tym temacie jednak trochę się zmieniło od 2005 roku.

A winyle, kartki, CD, kasety, cały PR – to fajna i bardzo przyjemna robota. Dużo w tym siedzę i to jest przyjemne. Ale cały czas koliduje mi to z „po prostu graniem” – za bardzo mnie ten PR pochłania. Czasem gubi się meritum – czyli granie. I jeśli mogę zdradzić swoje plany na 2014 – to chciałbym trochę, dla odmiany, pograć. To przyjemne jest, tak mi się wydaje.

A jak już grać, to lepiej na dużej czy małej scenie? Co wolicie? W filmiku przedstawiającym powstawanie płyty Kuba Tracz powiedział, że woli grać dla znajomych, dla mniejszej publiczości, bo tworzy to taką bliskość, intymność… A jak to jest z wami?

cinemon-press-2013-photo-10-smallKuba: Mała scena jest super. Wtedy jest idealny przepływ energii między nami. W związku z tym, że gramy w trio, to rozstawiamy się w jednym rzędzie. Każdy jest z przodu. Uwielbiam grać w trio, bo wtedy nie muszę oglądać czterech liter wokalisty. Na dużych scenach też ustawiamy się w rzędzie. Koncerty bardzo nas spajają. Małe sceny są o tyle milsze, że dają taki sympatyczny kontakt z publicznością. Oczywiście bywa, że publiczność wchodzi mi w bębny i to wtedy nie jest fajne.

Marzy wam się sława na skalę światową? Do jakiego punktu w karierze dążycie? Macie jakiś jasno wyznaczony cel, który chcielibyście osiągnąć?

Kuba: Pytanie jest tak spektakularne, że nawet nie wiem, co mam odpowiedzieć. No, jak już wreszcie dopłyniemy do horyzontu tego oceanu, to będziemy sławni. A czy będziemy sławni, zadecyduje los lub nasi przyszli i obecni fani. Jeśli na koncert do Alchemii przyjdzie sto pięćdziesiąt osób, to już mogę poczuć się sławny. Inna rzecz jest taka, że nie po to gramy, żeby grać pod ratuszem na rynku.

Michał: Chciałbym móc zagrać trasę po Polsce czy po Europie, taką, by na każdy koncert ktoś przyszedł i fajnie się bawił, a my spalibyśmy w fajnych hotelach i mieli miękkie ręczniki. I to jest mój osobisty poziom docelowy. Kariera światowa – w sensie jeżdżenie po świecie i granie koncertów – chyba nas interesuje. I tak naprawdę cały czas to robimy. Graliśmy w Norwegii, w Austrii, na Słowacji. W 2014 trzeba będzie coś do tej listy dorzucić, bo dawno nigdzie dalej nie byliśmy. Kariera światowa w sensie pierwsze strony gazet i pudelek.pl nie jest realna, a nawet jeśli by była, to chyba nie do końca byłoby to TO.

Więc to właśnie chcielibyście dostać od Świętego Mikołaja? To są wasze marzenia?

Michał: Ja bym chciał kasę, nie oszukujmy się, kasa jest fajna. Jakbym miał kasę, to resztę sobie sam już zrobię – bo przecież robię cały czas, na miarę swoich skromnych możliwości. Z kasą zrobiłbym lepiej i szybciej i nie męczyłbym się tak z pewnymi tematami. Więc napisz wszędzie – może ktoś usłyszy – „MICHAŁ CHCE KASY I TO JEGO NAJWIĘKSZE ŻYCZENIE EVER”. A bardziej serio – wszystko idzie swoim tempem i swoimi drogami. Prezenty od Mikołaja nic tu nie zmienią. Dojdziemy tam, gdzie mam dojść, skończymy tak, jak mamy skończyć. A co to oznacza – nie mam pojęcia.

Kuba: Zespół to jedno, a inne osobiste marzenia to drugie. Kasy nie potrzebuję. Przecież mam jej za dużo.

Kończy się rok 2013, jak byście go podsumowali?

Michał: Ja jestem bardzo zmęczony. Chciałbym trochę reorganizacji. Był to bardzo pracowity rok. Postanowienie na 2014 – mniej energii, więcej efektów. I kolejna płyta.

cinemon-press-2013-photo-12-smallKuba: Zagraliśmy trochę koncertów. Nie udało się osiągnąć naszego założenia, bo brakło nam… wszystkiego. Ale było dużo konkursów. Wygraliśmy RimFest – to było niesamowite, zagraliśmy na Festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu, dostaliśmy wyróżnienie na konkursie Skrzydlate Wiosło – po główną nagrodę jeszcze się zgłosimy! No i… było studio. Kilka wycieczek koncertowych. Jest płyta. Jest dobrze.

Michał: I FAMA, Kuba, FAMA. Wygraliśmy FAMĘ. To też było fajne.

Kuba: No FAMA, wow. W to też nie mogę uwierzyć. Mam całą ścianę w dyplomach. Serio.

Mogę wam jedynie pogratulować tego i życzyć, żeby kolejna ściana zapełniła się w podobny sposób. Gratulacje za dotychczasowe osiagnięcia i powodzenia na przyszłość.

Kuba: A dziękujemy. Mam jeszcze w głowie kilka do zaliczenia…

 

Rozmawiała: Paulina Hołobowska, studentka UJ. Wywiad przeprowadzony w ramach współpracy KSM i Instytutu Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Album Perfect Ocean można zamówić w pre-orderze tutaj.
Utworów z najnowszej płyty Cinemon posłuchacie tutaj.