Game metal, humourcore, mathcore, porngrind – nazwy gatunków muzycznych z dnia na dzień stają się coraz bardziej wymyślne i, tu znaczące spojrzenie na ostatni z wymienionych, patologiczne. Dlatego też określenia pokroju „blackened metalcore” w odniesieniu do zespołów występujących w Jazz Rock Café nie zrobiły na mnie dużego wrażenia. Aha – stwierdziłam beznamiętnie – fantastycznie. Ale wiadomo, zagraniczne zespoły, zgniły Zachód, przejść się zawsze warto…

Jednak zanim przejdę do puenty, zacznę może od tego, co może nieco zaburzyć obiektywizm percepcji całego widowiska – otóż wypełnione ludźmi wnętrze przypominało przejście graniczne w Angoli w latach 70’, a raka płuc można niemalże wyłapywać siatką z powietrza… i co poradzisz? No nic nie poradzisz, bo to nazywa się klimat. A na początku o klimat usiłowało zadbać Fleshworld. „Nasze” Fleshworld, co doskonale było słychać, było najbardziej metalowym zespołem, swoim ciężarem bijącym na głowę współwięźniów z innych składów. W brzmieniu kapeli, w natłoku prawdziwie ciężkich dźwięków, dosyć trudno doszukać się jakiegoś elementu alternatywności w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Od czasu do czasu coś tam na początku pobrzęczy, pobuja, ale poza tym niewiele tego jest. Tym większą zatem radość sprawia, gdy ten element się pojawi. Co prawda, większość z ich utworów brzmi momentami monotonnie, ale z taką siłą przebicia, jaką wyrobił sobie zespół, nie powinno być to powodem do zmartwień. Wielkie brawa należą się także wokaliście Coffinfish, który zastąpił regularnego frontmana Fleshorld – naprawdę, sama bym tego lepiej nie zrobiła.

Z kolei muzykę When Icarus Falls znałam już wcześniej, ich EP-ka Circles to kawał dobrej muzyki. Łatka gatunkowa oficjalnie przypięta grupie według mnie średnio oddaje jej prawdziwego ducha. Połączenie Deafheaven i Agalloch z lekką nutką shoegaze’u jest chyba znacznie bardziej adekwatne i prawdziwe, choć dynamika, z jaką Szwajcarzy występują na żywo, nadaje im nieco hardcore’owej otoczki. Wspomniałabym też o wyglądzie muzyków, ale w przypadku zagranicznych gości słowo „hipster” odmieniane mogłoby być przez wszystkie przypadki, a ja bardzo chciałabym podchodzić do wszystkiego z „przyjemnym spokojem”. Trzymając się jednak głównego wątku powiem, że When Icarus Falls zagrało. Fantastycznie, energiczne i bezpretensjonalne, co, będę sądzić wszystkich swoją miarą, przypadało publiczności do gustu. Tylko punktualności daleko było do tej wyznaczonej przez szwajcarskie zegarki.

Gazers. Nazwa niezbyt fortunna, nie polecam robić literówek w Google Grafika… Ale to właśnie ten francuski zespół zrobił tego wieczoru prawdziwą furorę. Właściwie należy zastanowić się dlaczego. Co prawda, muzyka Gazers jest niezła, ale za ósmy cud świata uznana być nie może. Myślę, że to kwestia kontaktu z publicznością, który ten zespół złapał niesamowity. Że tak powiem, elegancja-Francja. Melodyjne riffy i miotający się po „scenie” (cele więźniów politycznych w Chinach są pewnie większe – kochacie te moje porównania…) wokalista pozwalały nieznacznie odwrócić uwagę od kilku muzycznych niedociągnięć.

A na deser The Prestige. Swoja drogą, był taki film – David Bowie tam grał – coś się tam teleportowało, wynajdywało żarówki, magiczne sztuczki… to nie na moją głowę. Zresztą muzyka The Prestige też nie jest łatwa w odbiorze. Od razu powiem, że gatunki muzyczne prezentowane w czasie tego koncertu nie należały do moich ulubionych, ale brzmienie zespołu to coś unikatowego. Bardzo klimatyczne, a nawet bajkowe utwory mieszające się czasem w jeden, niemal psychodeliczny strumień dźwięków, nadały występowi grupy jakby tajemniczego i „zamglonego” klimatu. Nie mogę jednak popaść w skrajność i nie wspomnieć o tych cięższych aspektach brzmienia zespołu. Jest to jakby zamienienie sytuacji z Fleshorld. Bowiem w przypadku The Prestige to ta warstwa typowo metalowa jest ukryta za zasłoną atmosferycznych dźwięków. Zapewne dzięki temu występ Francuzów okazał się godnym zakończeniem wieczoru.

Właściwie to dobrze, że ostatni z zespołów prezentował nieco inną interpretację gatunku muzycznego, bo inaczej całość zlałaby się w wielką, bezkształtna masę. Każda z grup zagrała bardzo solidnie, bez zbytnich rewelacji, ale też bez zrobienia z siebie muzycznego ignoranta – ot, przyjemny koncercik, przyjemny wieczór, królowa jest zadowolona…

LINK DO KONCERTU Z RELACJI: http://krakowskascenamuzyczna.pl/2018/koncerty/the-prestige-gazers-fleshworld-when-icarus-falls/