W czwartek, 13 listopada, w klubie Fabryka wystąpił Triggerfinger, a jako support pojawił się krakowski Straight Jack Cat. Dzień wcześniej przeszedłem się na koncert Jacka White’a – super produkcja, świetne aranżacje, na scenie 7 osób. Triggerfinger potwierdziło jednak tezę, że less is betterJack White wypadł przy nich blado, bez wyrazu. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.

Na początek – to, co nasze. Straight Jack Cat to ostatnio prawdziwe krakowskie gwiazdy. Mają na koncie sukcesy w Must Be The Music; supportowali Comę, występowali przed T.Love, a podczas czwartkowego koncertu – przed belgijskim Triggerfinger. Widać u nich doświadczenie, jakie zyskali dzięki poprzednim sukcesom – w zachowaniu na scenie, a przede wszystkim w samym graniu. To już zupełnie inny zespół na żywo niż rok temu. Co zagrali? Materiał z wydawnictw o spektakularnych tytułach: EP1 i EP2. Mieli pół godziny i, jak na doświadczony support przystało, publikę  w te 30 minut „kupili”. IMG_1683.JPGNa szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem Michał Zachariasz obsługujący zarówno gitarę, jak i samozwańcze „organy hammonda”, oraz Damian Szafran – to w nich drzemie duża część energii, jaką ten zespół prezentuje na scenie! Jedyny zarzut – panu oświetleniowcowi się chyba przysnęło przez pierwszą część koncertu, bo światła zmieniły się może ze dwa razy.

Triggerfinger. Nigdy wcześniej nie słyszałem ich muzyki, nie widziałem na żywo, jedynie słyszałem komentarze od znajomych – możemy zatem spokojnie przyznać, że byłem nastawiony obiektywnie. Gdy wychodziłem z Fabryki tamtego wieczoru, jedyne, co miałem w głowie, to – WOW, WOW, WOW. Dawno nie widziałem tak dobrego koncertu. Dawno żaden zespół mnie tak pozytywnie nie zaskoczył i nie wywarł tak silnego (pozytywnego!) wrażenia. Ostatnio pojawiła się moda na bycie na siłę „vintage”, na przywoływanie brzmienia z lat 70. nawiązującego do klasycznych zespołów, takich jak Led Zeppelin.IMG_1757.JPG Wiele zespołów próbuje to mniej lub bardziej skutecznie stosować, np. Rival Sons. Jednak Triggerfinger robi to najlepiej ze wszystkich. Niby jest to tylko trio, ale brzmią jak zespół z co najmniej dwoma porządnymi, solidnymi gitarami. Jest to w dużej mierze zasługa basisty, który na swoim sprzęcie wykręca tak niesamowicie przestrzenne i mocne brzmienie, sprawiając, że bas jest już nie tylko basem, ale pełni też rolę drugiej gitary. Co jest nietypowe u Belgów, to ustawienie na scenie – perkusja na bardzo wysokim podeście, na samym przedzie, na środku. Najwidoczniej bębniarz chce mieć jak najbliższy kontakt z publiką!

IMG_1870.JPGZaczęli od Black Panic, następnie And There She Was, Lying In Wait, nie zabrakło I Follow Rivers (który, moim zdaniem, był najsłabszym punktem całego koncertu) ani All This Dancin’ Around. Dominowały utwory z promowanego krążka By Absence Of The Sun, które na żywo wypadają świetnie. Był też kawałek mocno bluesowy, inspirowany samym Son Housem. Triggerfinger nie ma wielkiej produkcji, nie ma wielkich aranży, jest to jeden z tych zespołów, które po prostu wychodzą na scenę i dają czadu.

IMG_1894.JPGTriggerfinger to nie jest światowa gwiazda ani zespół szeroko znany w Polsce. Dlatego frekwencja mnie zadziwiła. Ponad 300 osób – to naprawdę dużo jak na krakowskie realia i fakt, że grali również w Warszawie i Poznaniu. Organizacyjnie, jak to w przypadku Klubu Fabryka oraz Knock Out Productions bywa – bez zarzutu. Dobra akustyka, bez żadnych opóźnień, nie mam się do czego przyczepić.

Dlaczego trio wypadło lepiej niż siedmioosobowy Jack White? Bo było to naturalne, bo było to rock and rollowe, bo było to nieprzewidywalne, bo była w tym potężna dawka energii, bo było to żywe, bo tutaj publika była częścią koncertu, a nie tylko widownią. Gdyby Triggerfinger zaczynało w latach 70., z największym spokojem oglądalibyśmy ich dzisiaj koło Free, KISS, The Who czy innych zespołów, których niezapomniane występy na żywo przeszły już do legend.

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj