Są wykonawcy, którzy grając covery, nie wiedzą zbyt dużo o ich autorach. Są też tacy, którzy zanim zagrają czyjś utwór, grzebią w Internecie, chcąc znaleźć możliwie jak najwięcej informacji na temat autora. Takim właśnie artystą jest Willy Blake. Jego występy to nie tylko muzyka, ale również spora dawka faktów i ciekawostek dotyczących starej, amerykańskiej muzyki. Lubimy pasjonatów, którzy chętnie dzielą się swoją wiedzą. Postanowiliśmy więc objąć naszym patronatem jego koncert, który odbędzie się w najbliższy piątek w Ośrodku Kultury im. C. K. Norwida. W bardzo przyjemnej księgarnio – kawiarni Massolit spotkałem się z Willym, by porozmawiać o koncercie, bluesie, misji i kilku innych rzeczach.

Przygotowując się do tego wywiadu, zauważyłem, że jest o Tobie bardzo mało informacji w internecie. Zacznę więc od oczywistego pytania: dlaczego Willy Blake?

Nie wiem dokładnie. Prawdopodobnie wziąłem imiona od takich bluesmanów jak Blind Blake albo Blind Willy McTell i połączyłem je w jedno. Nie miało to nic wspólnego z poetą i malarzem, Williamem Blakem. Chciałem, by to brzmiało po prostu bluesowo.

Dlaczego jest tak mało Ciebie w internecie?

Jestem dość kiepski w zarządzaniu tym wszystkim. Mogłoby być tego więcej. Jeżeli coś się pojawia, to jest to na ogół nagrane bez mojej wiedzy, a ja to potem znajduję. To, co jest pokazuje jakiś obraz tego, co robię. Będzie tego więcej, bo mam obszerny materiał nagrany ze studia filmowego w Katowicach. On jest jeszcze nie zmontowany, ale na pewno się trochę tego wkrótce pojawi. Moja dziewczyna zarządza moim fanpejdżem na fejsbuku i tam się to ukaże.

Nie licząc kilku występów z Willy, Take Me Back – występujesz głównie sam. Dlaczego? Zespół daje przecież możliwość wzmocnienia brzmienia.

Owszem, ale gram najczęściej wersje, które były wykonywane przez takich pieśniarzy lub bluesmanów jak Woody Guthrie czy Robert Johnson. Oni wykonywali na ogół swoje utwory solo. Oczywiście, istnieją nagrania Woody’ego Guthrie czy LeadBelly’ego z zespołem, ale zwykle byli to soliści. Moją ideą jest pokazywanie, jak brzmiały te utwory na oryginalnych instrumentach, takich jak banjo, mandolina. Moje koncerty mają bardziej taki charakter edukacyjny. Chcę zapoznać publiczność z tym brzmieniem, ze starymi utworami.

Cieszę się, że o tym wspomniałeś bo zauważyłem, że ta edukacyjna część Twojej działalności jest bardzo ważna. Masz poczucie misji?

Mam poczucie pewnej misji. Chcę się podzielić tym, co ja lubię, tym, co mi się podoba, bo wiem, że tego typu utwory są obecnie niemalże nieznane.  Chodzi też o brzmienie. Pragnę ludzi z tym zapoznać i wiem, że to, co robię, jest o tyle ciekawe, że zwracam uwagę nie tylko na to, jak ten numer był grany albo jak gitara była nastrojona, ale również na to, dlaczego ten utwór powstał i kto go wykonywał. To jest dla mnie bardzo ważne. Nie tyle moja osoba jest ważna na koncercie, ile wersje danych utworów, dlatego staram się mówić, czyją wersję gram, kiedy ta wersja była nagrana albo jakie są jej korzenie. Jest to ważne i pozwala bardziej zbliżyć się do danego utworu.

Dużo spędzasz czasu na wyszukiwaniu i aranżowaniu tych utworów?

Na aranżowaniu tak, jak najbardziej. Trzeba poświęcić temu dużo czasu. Wielu z tych wykonawców miało dość specyficzny styl gry i strojenia gitar, ale to też nie jest tak, że mogę zagrać każdy z tych utworów, które bym chciał. Niektórych rzeczy nie mogę przeskoczyć, ale staram się dotąd ćwiczyć, aż można coś o tym powiedzieć i zagrać to publicznie.

Z jaką reakcją publiczności się spotykasz? Część z nich przecież przychodzi dla rozrywki.

Nie koncertuję aż tak dużo, żebym mógł jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć, ale ostatnio gram w Wielkim Kanionie, co miesiąc, i zauważyłem, że ci sami ludzie przychodzą na moje występy i widzę, że ich to ciekawi. Ja z kolei osobiście muszę popracować nad zapowiadaniem danych utworów. Różnie mi to wychodzi. Łatwiej czasami jest mi coś wykonać niż o tym opowiedzieć. Ludzi czasami interesuje samo brzmienie. Spotykam się czasem z tym, że ludzie wiedzą, co gram i to nie jest tak, że tej muzyki nie ma kompletnie. Po prostu jest ona skierowana do o wiele węższego grona odbiorców. Ja mam nadzieję, że jeżeli dany koncert jest dobry, to ludzie to w jakiś sposób zapamiętują. Nie wiem, czy traktują to jako rozrywkę. Bardziej jako ciekawostkę.

Czy myślisz, że zarażasz tą miłością do bluesa?

Staram się, ale czy zarażam? Tego nie wiem.

Czym różni się dla Ciebie granie na ulicy od grania w lokalach?

W graniu na ulicy czuję się bardziej komfortowo. Jest to też jakiś stały zarobek.  Teraz, niestety, trzeba płacić za dane miejsce. Na koncert trzeba się bardziej przygotować, trzeba mieć jakiś określony plan występu. Na ulicy można skończyć, kiedy się chce; zacząć, kiedy się chce. Tym to się w zasadzie różni. Dla mnie jest ważne, że grając na ulicy, mam codziennie kontakt z tym instrumentem i jest to też pewna forma ćwiczenia.

Skąd czerpiesz wiedzę na temat tych utworów i ich wykonawców? Łatwo do tego dotrzeć?

Oczywiście, że całą wiedzę czerpię z internetu. Jest łatwo dotrzeć do tych informacji. Można też znaleźć dość dobre transkrypcje. Ostatnio zaopatrzyłem się w mandolinę, żeby grać kawałki, które były wykonywane przez skrzypków, na przykład z Kentucky. Okazuje się, że dość fajnie to brzmi. Ja, niestety, nie nauczyłem się grać na skrzypcach. Zastępuje mi to mandolina, bo stroi się ją w zasadzie tak samo. Można więc dotrzeć do sporej ilości informacji. O wiele więcej jest materiału o amerykańskiej muzyce ludowej w internecie niż o polskiej. Kiedyś, z ciekawości, sprawdzałem, czy są jakieś transkrypcje do muzyki góralskiej i jest tego bardzo niewiele. Jeżeli chodzi o amerykańską scenę folkową to istnieje o wiele więcej i nagrań i transkrypcji.

Z czego to wynika?

Prawdopodobnie z tego, że tam jest po prostu więcej ludzi. Być może tam też prężniej to działa, ale nie jestem tego pewien, bo nie byłem nigdy w Stanach.

Nie wydaje ci się, że my, jako naród, wstydzimy się swoich muzycznych korzeni, w przeciwieństwie do Amerykanów?

Tak mi się czasami wydaje, ale ja wychowałem się na Podhalu, gdzie dość powszechnie działają zespoły góralskie. Sam się o to otarłem, jako dziecko. Myślę, że w takich regionach ludzie traktują to jako coś naturalnego. Być może z zewnątrz to wygląda tak, że ludzie się wstydzą. Ja wychowałem się w domu, gdzie ojciec był prezesem Związku Podhalan i nieraz go widziałem w stroju góralskim, moje siostry należały do zespołu Robcusie, dzieci tańczyły w strojach góralskich. Ja też, jako dziecko, występowałem w jasełkach w góralskim stroju. To było coś zupełnie naturalnego, ale mnie to jakoś wówczas nie porwało. Trochę żałuję, bo miałem okazję uczyć się gry na skrzypcach, ale jako dziecko nie byłem tym zainteresowany.

I skąd się wziął ten blues?

To była jakaś naturalna droga, która zaczęła się od wczesnych nagrań Rolling Stonesów, później był Bob Dylan. Zafascynowało mnie przede wszystkim brzmienie jego głosu i gitary. Następnie zacząłem się interesować tym, na czym on się wzorował. Tak dowiedziałem się, że inspirował  się  on m. in. Woodym Guthrie, ale z kolei muzyka Woody’ego Guthrie była inspirowana muzyką innych śpiewaków folkowych i tak dalej. Oczywiście Robert Johnson, później antologia muzyki amerykańskiej i cała rzesza innych wykonawców. Tak jest do tej pory.

Ile masz utworów w repertuarze?

Nie jestem w stanie tego policzyć. Jest tego bardzo dużo. Mój repertuar się zmienia. Ostatnio na koncercie wykonywałem takie utwory, których nie grałem od dwóch albo trzech lat. Wróciłem do nich. Mam transkrypcje do utworów Roberta Johnsona, który jest uważany za niezwykle finezyjnego wykonawcę i postanowiłem, że skoro są one aż tak dobre, to chcę poświęcić na nie więcej czasu i dopiero ostatnio na koncercie wykonałem po raz pierwszy From Four ‘Till Late nuta w nutę, tak jak właśnie chciałem to wykonać. To może nie ma dużego znaczenia dla publiczności, ale dla mnie to ma ogromne znaczenie. Daje mi to radość i satysfakcję, że udało się coś wykonać tak jak chciałem.

Masz jakieś utwory, które lubisz bardziej?

Oczywiście, ale różne utwory lubię w różnych momentach.

Są takie bez którego nie wyobrażasz sobie koncertu?

Są, aczkolwiek ostatnio nie wykonywałem utworu North Country Blues, chociaż wydawało mi się, że ten utwór pasuje do każdego występu. Od nowego roku włączyłem dużo nowych rzeczy albo takich, których nie wykonywałem od dawna, a które kiedyś były gwoździem programu. Wróciłem też do Boba Dylana. Kiedyś nie wyobrażałem sobie bez niego występu. Później trochę go zaniedbałem, ale teraz wracam do jego utworów.

Dużo grywasz poza Krakowem?

W zeszłym tygodniu grałem w Krynicy Zdroju. To był występ dla zamkniętego grona – lekarzy urologów. Zaproponował mi to mój znajomy, który też jest lekarzem. Wcześniej grałem w Konstancinie, w swojej rodzinnej Rabce, ale też w Częstochowie, Ostrowcu Świętokrzyskim czy nawet w Londynie, gdy tam byłem. Problemem jest na ogół to, że żeby zagrać gdzieś dalej, to trzeba tam dojechać, a ja nie lubię grać, kiedy jestem niewyspany. Ale żyję z tego, więc jeżeli trzeba, to jak najbardziej gram. Dobrze wspominam taką mini trasę koncertową, którą grałem w Kotlinie Kłodzkiej. To były trzy koncerty. Zwłaszcza w Kłodzku się bardzo fajnie ten koncert udał, ale w Dusznikach i w Polanicy Zdroju, gdzie spędzałem wakacje, też się fajnie grało.

Czy masz jakieś plany wydawnicze?

O dziwo jestem wykonawcą, który takich planów nie ma. Nie bardzo wiem, jak te utwory dobrać, co powinno się znaleźć na takiej płycie. Część tych nagrań oczywiście istnieje, ale albumu w planach nie mam kompletnie.

Czy taki album nie pomógłby Ci w Twojej misji promowania tej muzyki?

Z pewnością, ale wersje, które wykonuje, są tak zbliżone do wersji oryginalnych, że moim zdaniem lepiej kupić płytę z wersjami oryginalnymi niż słuchać kogoś, kto stara się te wersje odtworzyć. Być może dlatego nie czuję potrzeby wydawania płyty.

Porozmawiajmy o piątkowym koncercie. Dlaczego wybrałeś to nietypowe miejsce?

Miejsce z jednej strony nie jest typowe, ale z drugiej strony bardzo lubię grać w domach kultury, bo tam najlepiej sprawdza się to, co próbuję robić. Grałem w kilku domach kultury. Dotychczas najlepiej mi się grało w domu kultury na Piaskach Nowych, a to być może nawet bardziej nietypowe miejsce niż w Nowej Hucie. Owszem, ludzi było tam niewiele, ale udało się to, co chciałem tam osiągnąć. Nie wiem, czy to jest nietypowe miejsce, bo nie ja je wybrałem. Wybrała je moja znajoma z Rabki, która pracuje w tym domu kultury od niedawna i ona zaproponowała mi koncert i zajęcie się jego organizacją. Ja tylko powiedziałem: „Nie ma problemu, zagram”.

Coś specjalnego na ten koncert planujesz?

Planuję utwór Ommie Wise, który będzie wykonywany na mandolinie. Wszystkie specjalne rzeczy, które planuję, były wykonane ostatnio w Wielkim Kanionie i to będzie taka powtórka, ale oprócz tego będą jeszcze dwa lub trzy utwory, które są stosunkowo nowe w moim repertuarze. Ommie Wise jest najnowszy, ale będzie też House of the rising sun. Ja to gram w wersji Woody’ego Guthrie. Brzmi on dość archaicznie. Nie jest grany w tonacji molowej, ale durowej, przypomina bardziej nagrania z lat 20. i 30. niż późniejsze wykonania Boba Dylana czy The Animals. Na tym koncercie będą również zdjęcia. Różnica będzie polegała na tym, że dotąd na koncertach po prostu w tle leciały slajdy, które nie były powiązane z danymi utworami, tak teraz do konkretnych utworów będą slajdy i będę mógł coś powiedzieć o danym wykonawcy, o danym utworze czy o czasie, w którym powstał. To będzie w zasadzie ta główna wyjątkowość.

zapraszamy na fanpage artysty.

zdjęcie pochodzi z archiwum artysty i zostało wykorzystane za jego zgodą.