Zdarzają się takie rozmowy, których nie chce się kończyć, w których nie ma wymuszonych pytań, które nawet nie mają znamion wywiadu, a raczej toczą się jak pogawędka trzech znajomych. Taka była rozmowa, którą przeprowadziłem z gitarzystą i perkusistą Triggerfinger. Dzięki temu, przed Wami ciekawa konwersacja o tym, jak dużym przypadkiem było nagranie I Follow Rivers, o tym, ile kosztuje dzień w trasie koncertowej, jak to jest zagrać przed The Rolling Stones, jak dostać dotację w Belgii i dlaczego nie jest to takie dobre jak się wydaje; dlaczego nie warto nagrywać koncertów na telefon, dlaczego granie coverów jest bardzo rozwijające i nie jest powodem do wstydu oraz wiele innych ciekawych historii i tematów. A na rozgrzewkę krótsza, ale równie ciekawa, rozmowa Kasi Cieniawskiej z Markiem z Straight Jack Cat, które wystąpiło tego wieczoru jako support.
Straight Jack Cat
Na początek – jak wrażenia po koncercie?
Świetnie! Wydawało mi się, że będzie zimno… ale jak przyszli ludzie – to było ciepło. Lubię grać, jak jest ciepło.
Rozgrzali się – i ludzie, i wy. Tym razem był to jednak inny support, bo przed gwiazdą zagraniczną, a nie polską.
Pierwszy raz nam się to zdarzyło. Mogę powiedzieć, że było bardzo miło, kulturalnie i na poziomie europejskim.
Początkowo nazywaliście się inaczej. Potem zmieniliście nazwę na obecną – Straight Jack Cat. Skąd pomysł na zmianę?
To było bardzo dawno temu. Kiedyś graliśmy inną muzykę – instrumentalną, bardziej progresywną. Potem poszliśmy w stronę bardziej piosenkową, więc nazwa też się zmieniła.
W tym roku dostaliście się do finałów Must Be The Music. Jaką naukę wynieśliście z programu?
Był to sposób na zrobienie nowoczesnej demówki, wizytówki. Wiadomo, jeśli posłalibyśmy płytę do jakiejś wytwórni, to pewnie trafiłaby prosto do zmielenia i nic by się z tym dalej nie wydarzyło. Natomiast, dzięki telewizji, mogło o nas usłyszeć szersze grono osób. To po pierwsze, a po drugie pojawili się wokół nas ludzie, którzy mogą nam w jakiś sposób pomóc. I pomagają.
W dzisiejszych czasach słowo „komercyjny” ma pejoratywny wydźwięk. Większość zespołów nie chce być określane takim mianem. Co o tym sądzisz?
Lubię cytat Franka Zappy: „Muzyka dzieli się na dobrą i złą”. A nie na komercyjną i niekomercyjną. Ja uwielbiam na przykład Rihannę, bo jest świetnie wyprodukowana. Lubię Madonnę, późny Fleetwood Mac i Abbę. Lubię pop. Tylko dobry pop. Nie lubię złej muzyki.
Dobry pop, czyli jaki pop?
Dobry pop, czyli taki pop, który ma jakąś wartość. Jest na przykład przemyślany albo dobrze wyprodukowany, na jakimkolwiek poziomie niesie emocje. Wykonawca przekonuje mnie do siebie, jest autentyczny w tym, co robi. Frazesy to są… Przecież to oczywiste.
A wy jesteście komercyjni?
Oczywiście, że tak. Jesteśmy komercyjni w chuj (śmiech).
Oprócz udziału w MBTM byliście zwycięzcami Emergenza Poland, Rock May Festiwal, Megafon i innych festiwali. Jakie macie plany na następny rok?
W związku z tym, że wygraliśmy kilka konkursów, mamy dużo godzin w studiach do wykorzystania. Będziemy siedzieć i nagrywać. Na wiosnę trasa po całej Polsce.
Do tej pory udało wam się supportować między innymi Comę, T. Love i Tymona Tymańskiego. Czy supportowanie jest ważne dla młodych zespołów?
Cholernie ważne moim zdaniem. Przynajmniej dla zespołów na takim etapie, jak my teraz. Jest to dla nas pierwsze regularne zetknięcie się z dużą sceną i z profesjonalnym, wielkoscenicznym ogarnianiem koncertów. A jest to inna bajka niż granie po małych klubach. Każdy koncert z Comą to dla nas kolejny krok milowy. Bardzo dużo się uczymy.
Co wam dają takie supporty? Czego konkretnie się uczycie?
Myślę, że to raczej nie zainteresuje czytelnika. Chodzi o techniczne sprawy, o odsłuchy douszne, o nagłośnienie, o porządek na scenie i porządek w wykonywaniu zadań. To już nie jest wolna amerykanka. Tu wszystko musi się zgadzać.
Przed kim chcielibyście zagrać support?
Przed George’em Michaelem. O! To też jest przykład dobrego popu!
To po jednej stronie mamy George’a Michaela , a po drugiej – ktoś, przed kim nie zagralibyście nigdy?
Na pewno nie chcielibyśmy zagrać przed Jackiem White’em.
Na zachodzie zespoły płacą, by być „Opening Act” – to znaczy towarzyszyć sławnym zespołom w ich trasach koncertowych, supportować ich. Zapłacilibyście za support jakiejś gwiazdy?
Nie. Nie mamy z czego (śmiech).
A gdybyście mieli z czego… ?
Nie, też nie. Mamy to szczęście, że nie musimy płacić, a supporty się zdarzają. Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba robić swoje, być dobrym w czymś, prezentować jakąś wartość i wtedy ktoś być może będzie chciał zagrać z tobą support, tak jak się to zdarzyło u nas.
Czy łatwo wam jest złapać kontakt z gwiazdami?
Nie miałem do czynienia z wieloma, ale Ci, na których się natknęliśmy, są bardzo w porządku.
A Triggerfinger? Udało się już przełamać lody?
To są w ogóle już nasi ziomale. Zaraz idziemy na browara (śmiech).
Jesteście aktualnie w trasie. Graliście już między innymi w Łodzi, we Wrocławiu, w Szczecinie. Przed wami jeszcze siedem koncertów. Jak życie w trasie? Sex, drugs and rock’n’roll?
Gdzie… skąd! Trzeba się wyspać, bo przed nami długa droga. Musimy być wypoczęci.
Grzeczni z was chłopcy.
Tak, to jest praca. Nie jakieś tam harce…
Przyznaliście kiedyś w jakimś wywiadzie, że ludzie są „rozczarowani”, że da się z wami normalnie porozmawiać i że potraficie „sklecić parę zdań”. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że scena zmienia ludzi?
Wydaje mi się, że to zależy od człowieka wyjściowo, od tego, jaki ma charakter i w co jest uwikłany karmicznie. Ale nie chciałbym wchodzić w psychologię, bo nie znam się na tym jakoś super dobrze.
Ostatnio wydaliście drugą epkę, macie w planach trzecią.
Tak jest! Albo na wiosnę, albo nawet na późną zimę.
Dlaczego nie płyta? Dlaczego same epki?
To pozwala ludziom być na bieżąco z naszym materiałem. A longplay i tak wydamy. Na jesień przyszłego roku.
A słuchacie innych krakowskich zespołów? Jaki jest dobry pop krakowski?
Cinemon mówi, że grają pop. Raw pop co prawda. Jeśli tak jest, to są w tym dobrzy.
Co sądzisz o podpisaniu kontraktu z wytwórnią? Wy nie należycie do żadnego majorsa.
Majorsa nie, ale podpisaliśmy kwit z taką małą, sympatyczną wytwórnią – Jazzboy Records z Warszawy. Tam ludzie pomagają nam pchać ten wózek.
A gdyby trafił ci się kontrakt, może nie z majorsem, ale z prężnie działającą, dużą wytwórnią – byłbyś skłonny go podpisać? Clock Machine podpisali i ich płyta wylądowała w Biedronce.
Nie dbam o to, gdzie wylądowała płyta Clock Machine. Wiem, jak działa kontrakt i wiem, że na pewne decyzje nie masz wpływu. Ale hej! Przecież Clock Machine nie grają disco polo. Grają swoje. Dobrze, że w Biedronce sprzedawana jest dobra muzyka! A wracając do meritum – wolę klimat mniejszych wytwórni. Ma się bezpośredni kontakt z pracującymi tam ludźmi. Można się z nimi zaprzyjaźnić i ta relacja jest inna niż z bezosobową korporacją.
Dzięki za wywiad!
Triggerfinger
Jesteście rockowym zespołem, którego największym przebojem jest cover popowej artystki Lykke Li I Follow Rivers. Jak się z tym czujecie? Jak do tego doszło?
Ruben Block: Tak, to prawda, ale to wszystko dlatego, że stacje radiowe w Belgii, zresztą chyba nie tylko tam, mają pewnego rodzaju politykę wewnętrzną, zgodnie z którą grają tylko określone rodzaje muzyki. I Follow Rivers był odpowiedni dla jednej z największych belgijskich rozgłośni i nagraliśmy go tak naprawdę przez przypadek. Nigdy nie planowaliśmy wydawania go jako singiel. Nagraliśmy go, bo takie wymogi miała tamtejsza staja radiowa, która powiedziała nam: możecie przyjść i zagrać swój własny numer, ale musicie również zagrać utwór, który znajduje się w aktualnym zestawieniu TOP 50, a tam dominują raczej popowe numery. Więc musieliśmy coś wybrać. Zagraliśmy i dopiero potem wszystko nagle ruszyło. Ludzie zaczęli wstawiać naszą wersję na Facebooka, twittować, polecać innym i chcieli go mieć dla siebie, chcieli go kupić! I dopiero wtedy podjęliśmy decyzję o nagraniu tego utworu profesjonalnie.
Czyli zrobiliście to tylko dla radia?
Ruben: Nie nazwałbym tego w ten sposób. Każdy robi promocję dla swojej płyty, i to była jej część. Poszliśmy do radia, by zagrać jeden z naszych utworów. Powiedzieli nam, że, oprócz tego, musimy zagrać cover, więc to zrobiliśmy. Poza tym… Fajnie jest grać covery! (śmiech)
Mario Goossens: Dokładnie! Poszliśmy tam zagrać jakiś fajny cover, który okazał się, totalnie nas zaskakując, wielkim hitem! Otworzył przed nami bardzo wiele możliwości, i to w dodatku na całą Europę; to między innymi dzięki niemu mogliśmy tu przyjechać i zagrać, oraz, co najważniejsze, pokazać szerszej publiczności, co normalnie gramy! (śmiech) I tak, to prawda, wszyscy robią z tego coś wielkiego, że jesteśmy zespołem, który stał się popularny dzięki coverowi, ale nasza odpowiedź jest zawsze taka sama. Jaki był pierwszy hit Jimmy’ego Hendrixa?
Hey Joe.
Mario: No właśnie. Wielu artystów na początku grało covery – Presley, Stonesi – wymienić można bez końca. To jest pewnego rodzaju tradycja w muzyce! Nie wiem, dlaczego ludzie robią teraz z tego tak wielką aferę, to niedorzeczne.
Też tego nie rozumiem. Ale może dlatego że mamy XXI wiek? I ci wielcy przeciwnicy chcą zmian?
Ruben: Nieprawda! Czy Ci ludzie słyszeli, że Jack White gra Jolene? (Przyp. red. : utwór amerykańskiej artyski country Dolly Parton). Przecież to był bardzo znany przebój The White Stripes!
Mario: Foo Fighters kilka tygodni temu grali u Jimmy’ego Fallona War Pigs z repertuaru Black Sabbath. Wszyscy tak robią i naprawdę nie ma w tym nic złego! A co więcej! Mówiłeś, że staracie się pomóc młodym kapelom z tego miasta… Wiesz, co by było dla nich świetną lekcją? Sumienne nauczenie się i zagranie jakiegoś coveru. Pomyśl, ile mogliby z tego się nauczyć? Usłyszeć, jak grają najwięksi, jak tworzyli, jakie są struktury największych przebojów, jak pisze się teksty… I wiele więcej. Jest to bardzo inspirujące i uczy kreatywności, a jednocześnie bardzo proste. Po prostu siadasz i grasz! My też tak robimy, nawet na soundcheckach. Któryś z nas zacznie grać coś, co wszyscy bardzo lubimy, i dołączamy się. Kochamy to robić!
I to właśnie pokazuje, jak daleko jest Polska za krajami Zachodu. U nas wyśmiewają tych, którzy grają covery na swoich koncertach, uważając, że jest to słabe.
Ruben: Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Cover musi być ciekawy i dobrze zagrany. Wkładasz w niego cząstkę siebie, część swojego własnego stylu. Dla ciebie jest to bardzo inspirujące, jeśli uczysz się grać czegoś, dokładnie tak, jak w oryginale. Ale dla innych już nie. Oni to znają i chcą usłyszeć w odświeżonej wersji. Dlatego jeszcze bardziej rozwijające jest, gdy dodajesz tym cudzym utworom coś od siebie. Wtedy innym też się podoba.
Dobra, przejdźmy dalej, bo będziemy gadać do nocy! (śmiech) Wasza druga płyta to nagranie koncertowe. To niespotykane i dość ryzykowne posunięcie. Dlaczego się na to zdecydowaliście?
Mario: By pozbyć się wytwórni płytowej (śmiech).
Ruben: Nie chcieli dać nam porządnego kontraktu. A to dziwne, bo sprzedaliśmy dość dużo egzemplarzy pierwszej płyty. To, co zaproponowali nam przy drugiej płycie, było jeszcze gorsze niż przy debiucie! W życiu nie podpisalibyśmy czegoś takiego. Wdaliśmy się w lekką kłótnię. Musieliśmy wydać jeszcze jeden album, ale na szczęście nie było doprecyzowane w pierwszej umowie, jaka to ma być płyta. Więc zdecydowaliśmy się na wydawnictwo koncertowe.
Mario: Zapisane było, że trzydzieści procent płyty musi być inne niż poprzednia. Dodaliśmy więc kilka nagrań studyjnych, w większości coverów, i byliśmy wolni.
A tak naprawdę okazało się, że wyszła bardzo dobra płyta!
Ruben: To prawda. Fajnie jest nagrywać albumy koncertowe.
To może DVD?
Mario: Rozmawialiśmy o tym, ale póki co nie jest to naszym priorytetem. Wolę, by ludzie przyszli na koncert i zapamiętali to jako coś specjalnego, a nie oglądali nas w telewizorze.
Jakie jest Wasze zdanie na temat nagrywania koncertów komórkami i innymi wynalazkami? Gdy zamiast rąk w górze są telefony?
Ruben: Po pierwsze, każdy powinien robić to, na co ma ochotę. Aczkolwiek jest to trochę dziwne, nie uważasz? Widzisz ludzi, którzy trzymają te komórki, by nagrać coś, ale w tym samym czasie nie skupiają całej swojej uwagi na koncercie. Nawet jeśli mówią, że tak, to kłamią. Manewrują coś przy tych mini kamerach, by nagrać całość, by było stabilnie, by była ostrość i tym podobne. Tracą część koncertu! I jeszcze jedna rzecz. Będąc na koncercie, masz najlepszą możliwość słuchania muzyki. Gramy na żywo, jesteśmy na scenie, jest ruch, jest energia, jest cała produkcja, światła, ty też tam jesteś, możesz stanąć w dowolnym miejscu, możesz być pod sceną, możesz być z tyłu – czego chcieć więcej? Dlaczego chcesz coś przegapić tylko po to, by nagrać sobie fragment, który potem obejrzysz w znaczenie gorszej jakości albo nigdy? (Przyp. red. – Ruben imituje tutaj dźwięk, jaki jest nagrywany przez telefony). Przecież nie o to chodzi… O wiele cenniejsze są wspomnienia. Jeszcze piękniejsze, a nawet romantyczne jest to, że z biegiem lat to wspomnienie się zmienia, rozmywa i powoli oddala. Wtedy nabiera jeszcze większej wartości… Zostają tylko fragmenty, które najbardziej zapadły ci w pamięć. Czasami zapamiętujesz koncerty lepszymi niż były one naprawdę, i tylko ty wiesz, dlaczego. W takich wspomnieniach jest magia, której nie odnajdziesz na filmiku z telefonu. Wszyscy żyjemy z telefonem w ręku przez całą dobę, sprawdzając maile i inne rzeczy. Czasami naprawdę mam już tego dość, po prostu go wyciszam i odkładam. Zrobiłem tak dzisiaj i dzięki temu mogłem się rozkoszować pięknymi krajobrazami w waszym kraju, słuchając muzyki.
Może dotrze to w końcu do ludzi… Graliście jako support Within Temptation oraz The Rolling Stones. Ci pierwsi grają zupełnie inną muzykę niż wy. Jak się tam dostaliście i jakie były reakcje ludzi na facetów w garniturach? (śmiech)
Mario: To był pomysł naszego angielskiego przedstawiciela. Na początku pomyśleliśmy – nie, to nie może zadziałać, to jest zbyt dziwna kombinacja. Ale wyszło dobrze. Ich publiczność patrzyła na nas jak na wariatów, ale po 40 minutach naszego występu wszyscy zmieniali podejście. Udało nam się ich „kupić”. Bawili się, mimo że dalej było to szalone! Nawet sam zespół okazał się być naszymi fanami. Chcieli nas wziąć na trasę. Jesteśmy inni niż większość zespołów, zawsze wydajemy się nie pasować nigdzie, bo ludzie nie wiedzą, czego się po nas spodziewać, co o nas myśleć. Ale pod koniec zawsze wychodzi to świetnie, jako udane kombinacje. I to jest właśnie piękne w muzyce.
A jak The Rolling Stones? Udało wam się ich poznać?
Mario: Nie, oczywiście, że nie. Nie możesz ich poznać. To jest wręcz niemożliwe (śmiech). W Hyde Parku graliśmy na bocznej scenie, ale u nas, w Belgii, graliśmy dokładnie zaraz przed nimi. I to dopiero było coś. Przecież to jest The Rolling Stones – największy rock and rollowy zespół na świecie! To był jeden z najpiękniejszych momentów w naszej karierze.
Nie jesteście najmłodszym wiekowo zespołem, chyba się zgodzicie (śmiech). Czy jest w was coś z „Sex, Drugs and Rock’n’Roll”?
Ruben: A co widzisz? (śmiech) Jemy zupę, Mario ma dużo seksu, bo jego dziewczyna dzisiaj przylatuje (śmiech). A narkotyki są w muzyce. Nie ma historii. Nudny zespół (śmiech).
Kolejna część będzie trochę o biznesowej stronie. Żyjecie z muzyki? Bo w Polsce jest bardzo ciężko.
Ruben: Wydaje mi się, że w Belgii jest całkiem dobra sytuacja dla młodych zespołów. Aczkolwiek powoli zaczyna się robić coraz ciężej i ciężej, bo teraz nikt już nie zarabia na sprzedaży płyt, wszyscy kopiują, ściągając czy streamują – więc pod tym względem naprawdę zaczyna być ciężko. A zespołów przybywa, więc kolejnym problemem jest znalezienie sobie miejsca na koncert, bo terminów praktycznie nie ma. Ale myślę, że mimo wszystko w Belgii jest na pewno łatwiej niż u Was.
W Skandynawii muzycy dostają dotację od rządu na pokrycie kupna instrumentów, zapłacenia za salki prób itd. Czy rząd w Belgii też pomaga muzykom?
Ruben: Tak, ale szykują się u nas bardzo duże cięcia budżetowe, więc kultura na pewno na tym ucierpi. Możesz dostać dotację, jeśli jesteś w stanie udowodnić, że przez dany okres zagrałeś określoną ilość koncertów ze stałym dochodem, a przytrafił ci się miesiąc, w którym nie wyrobiłeś tej stawki – wtedy rząd finansuje ci brakujący przychód. Czyli dochodzimy do sytuacji, w której rząd jest twoim zabezpieczeniem. Niestety, powoli się z tego wycofują, więc będzie coraz ciężej. Jestem w stanie to zrozumieć w pewnym sensie. Kultura powinna być finansowana, bo jeżeli nie będzie, to niektóre formy sztuki, gatunki muzyczne nie będą mogły istnieć. Na przykład opera – przecież taki rodzaj widowiska pochłania więcej kosztów niż wynosi przychód z samych biletów. Bardzo cieszy mnie fakt, że te najbardziej kosztowne formy sztuki nadal istnieją. Normalnym wydaje się stan, gdy muzyk zarabia mega duże pieniądze i nie dostaje żadnych dotacji. Jednak wszyscy się chyba zgadzamy, że te dotacje są niezbędne, aby te najmłodsze zespoły jakoś funkcjonowały. Ale z drugiej strony… My pochodzimy z czasów, kiedy takie formy pomocy nie istniały. I nasunął mi się następujący wniosek. Dobrze, gdy istnieją dotacje, by ułatwić życie muzykom i sprawić, by się rozwijali, ale to też może mieć bardzo negatywny wpływ na muzykę. Zespoły mogą się tak przyzwyczaić do takich grantów, może to ich tak rozpieścić i rozleniwić, że nie będzie im się nawet chciało ćwiczyć ani pracować na swoją karierę. Będą brali, ale nie dawali nic od siebie.
Mario: Gdy my zaczynaliśmy, musieliśmy sami znaleźć salkę prób, załatwiać sobie koncerty. A teraz? Zespoły idą do organizacji, która robi to za nich. Wszystko jest zamieszczone na stronie i nie muszą niczego szukać sami. www.poppunt.be – na tej stronie możesz znaleźć wszystko, z czym wiąże się bycie muzykiem. Informacje o menadżerach, kontraktach, po prostu wszystko. I oni ci w tym pomagają dodatkowo. Coś jak wy tutaj robicie, z tego, co opowiadałeś; tyle że na większą skalę. Oni nawet organizują koncerty tym zespołom z całego kraju! My nie mieliśmy takiego wsparcia. Wiedzieliśmy tylko, gdzie można grać w naszej okolicy i tyle. Takie były nasze początki. Gdy nie graliśmy koncertów, pracowaliśmy, by mieć z czego zapłacić za struny, transport – dzisiaj już tak nie ma. Tylko raz, w całej naszej karierze, dostaliśmy dotację od rządu, na pokrycie kosztów podróży za granicę.
Ruben: Wiadomo, że koncerty za granicą są wielokrotnie droższe. Tutaj nic nie zarabiamy. Raczej tracimy. Musimy opłacić trójkę technicznych, wynajem autokaru. Bycie na takiej trasie kosztuje nas dwa, trzy tysiące euro dziennie. Ale to tak działa. Dla nas to jest inwestycja. Oczywiście, w innych miejscach zarabiamy, np. w Belgii. Wracając do dotacji, którą dostaliśmy – wiązało się z tym wiele formalności. Musieliśmy dostarczyć bardzo szczegółową rozpiskę, gdzie gramy, w jakich klubach, jakie są koszty dzienne, jaki jest koszt całej trasy i wiele innych rzeczy.
Mario: Jesteśmy w trasie ponad 2,5 miesiąca. Od października do połowy grudnia. I przez cały ten okres nic nie zarobimy. Ale doskonale to rozumiemy. Na tym polega promocja, budowanie swojej marki, krok po kroczku. Następnym razem, jak przyjedziemy do was, może będzie inaczej.
Ruben: Sami świadomie zadecydowaliśmy o tym. Mogliśmy pojechać we trójkę, bez technicznych i ekipy. Ale przecież wtedy stracilibyśmy na jakości. A chcemy pokazać wam jak najlepszy koncert. Musi być świetny dźwięk, światła. Jeśli by tego nie było, ludzie nie przyszliby więcej na nasz koncert, bo oni też słyszą, jak coś brzmi dobrze, jak coś wygląda dobrze. Jeśli wyglądałoby przeciętnie, to cała inwestycja byłaby skazana na porażkę. Ludzie, którzy z nami jeżdżą, znają nas doskonale; przed trasą robimy masę prób, z pełnym nagłośnieniem, wszelkie szczegóły są dopracowane. Próbujemy wiele różnych możliwości, tylko po to, by znaleźć tą najlepszą.
Pochodzicie z małego belgijskiego miasteczka Lier. Śledzicie tamtejszą lokalną scenę muzyczną?
Ruben: Nie mieszkam tam już niestety, ale często słucham nowych zespołów. Belgia to małe państwo, więc nie jest tak trudno być na bieżąco. Ludzie polecają sobie nawzajem młode zespoły, więc tak, jestem na bieżąco z tym, co się u nas dzieje.
A bierzecie te mniej znane zespoły jako supporty?
Mario: Tak, ostatnio nawet zabraliśmy dwa zespoły na całą trasę po Niemczech. Jeśli tylko pozwalają nam na to możliwości logistyczne i finansowe, to bierzemy. Z drugiej strony, są kraje, w których nie jesteśmy zbyt popularni, np. Polska, gdzie bardziej opłaca nam się wziąć lokalny zespół jako support, który również ściągnie publiczność, i wtedy wszyscy na tym skorzystamy.
Graliście na Sziget Festiwal, jak wrażenia? Widziałem zdjęcia z wielką publiką, więc na pewno było to niezapomniane przeżycie.
Ruben: Tak, tak, to był świetny festiwal. Bardzo chcielibyśmy zagrać u Was, na Przystanku Woodstock! Widziałem kilka filmików i ten tłum naprawdę robi wrażenie.
Jakie są Wasze inspiracje i jak, w trzech słowach, opisujecie swoją muzykę?
Mario: Wpływy? Way too much (Przyp. red. – z ang. „za dużo”, ale zmieścił się w 3 słowach) (śmiech).
Ruben: Muzyka, książki, filmy, sztuka, podróżowanie. Wszystko, co nas otacza. Słuchamy naprawdę wielu różnych rzeczy. Czasami ludzie podchodzą do nas i pytają się: łał, ty naprawdę tego słuchasz? (śmiech) Dobra muzyka to dobra muzyka, dobra książka to dobra książka, niezależnie od tego, do jakiego gatunku ją zaliczasz. Muzyka? Rock and Roll – specjalnie dla ciebie, w trzech słowach (śmiech). I masz rację, czasami naprawdę śmieszne rzeczy wychodzą, jak zespoły próbują się opisać w jak największej ilości gatunków. Na pewno musisz być bardzo pomysłowy, by w ogóle wymyślić takie połączenia (śmiech). Ale żyjemy w wolnym świecie. Niech każdy nazywa się jak chce. To tak, jak było z muzyką stonerową. Przed stonerem była po prostu muzyka rockowa. Black Sabbath mieli ciężkie riffy, ale i tak nazywali się zespołem rockowym. To wszystko ewoluuje. Tak jak powiedziałeś, zespoły wymyślają te dziwne określenia, ale tak naprawdę robią to tylko po to, by się wypromować! By wypromować sobą coś nowego, zyskać nową publikę. Ale i tak w końcu wszystko sprowadza się do muzyki rockowej.
I czasami wychodzą z tego śmieszne rzeczy (śmiech). Jakie jest wasze zdanie na temat Spotify i innych podobnych serwisów?
Ruben: Z jednej strony, jest to interesujące. Mam konto i często korzystam ze Spotify. Mnie bardzo podoba się fakt, że w tak łatwy sposób możesz przejść z jednego artysty do drugiego, czasami w zupełnie inny styl muzyczny. Jest to też bardzo użyteczne, gdy jesteś w trasie i nie musisz brać ze sobą całej torby płyt. Jest to jednak system, który nie wróży niczego dobrego dla biznesu muzycznego. Ludzie, którzy dostarczają muzykę, czyli Ci, którzy sprawiają, że cały ten system funkcjonuje, nie dostają za to żadnych pieniędzy. I to jest absurd. Ci ludzie, którzy to wszystko stworzyli, podsuwają innym myśl, że muzyka powinna być darmowa. I nikt nie musi za nią płacić. Przecież istnieje darmowa wersja Spotify, a 10 euro miesięcznie to co to za pieniądze? Za tak wielką bazę? W sklepie za 10 euro kupisz dwie płyty. A tu masz cały katalog, setki tysięcy utworów.
Wychodzi na to, że kupujesz dwie płyty na miesiąc, a w rzeczywistości słuchasz utworów z kilkuset płyt, za które w rzeczywistości nie zapłaciłeś i której twórca nie dostaje z tego tytułu ani grosza.
Ruben: Używam Spotify, ale tylko po to, by przesłuchać daną płytę, a potem iść i kupić ją w sklepie. I by mieć przy sobie całą moją bibliotekę płytową z domu. Podsumowując, jest to interesujący system, ale nie działający tak, jak powinien. A wręcz działający na szkodę artystów. To tak, jakby ktoś w pewnym momencie zadecydował – będę produkował chleb za darmo. A piekarnia ma mi go dostarczyć i nie dostać za to godziwej zapłaty. Absurdalne. Nagranie dobrej płyty kosztuje bardzo dużo. Nie wiem, co się z tym stanie w przyszłości. Kiedyś przegrywało się kasety, zbierało pieniądze na kupno jednego albumu, potem przegrywało się znajomym… Wtedy też kopiowało się rzeczy. Ale w momencie, gdy miałeś na tyle pieniędzy, by kupić sobie płytę, to ją kupowałeś! Jak idziesz do teatru, to kupujesz bilet. Jak idziesz na koncert, to też kupujesz bilet. Ludzie dalej chcą płacić za koncert, ale za płyty już nie. Absurdalne. Ani ty, ani ja się z tym nie zgadzamy, ale nic nie możemy z tym zrobić. Nie zmienimy tego systemu. Ale za to sprzedajemy dużo gadżetów na koncertach.
I moje ostatnie, standardowe pytanie. Gdybyś miał teraz 15, 16 lat, zaczynał grać na gitarze, czy dalej robiłbyś to, co robisz?
Ruben: Nie mam pojęcia. Szczerze. Nie mam pojęcia. Całe moje życie to zbieg wielu różnych wydarzeń, które sprawiły, że jestem tu, gdzie jestem, i że możemy sobie porozmawiać. Gdybym zaczął teraz, na pewno wyglądałoby to zupełnie inaczej. Może nawet nie grałbym takiej muzyki, jaką gram teraz? Może nie spotkałbym tylu ludzi, którzy sprawili, że jestem tutaj?
Mario: A tym bardziej w dzisiejszych czasach. Może zostalibyśmy DJami? (śmiech)
A co sądzicie o tym, że dzisiaj wszystko możesz nagrać przez komputer? Nie sądzicie, że zabija to trochę duszę muzyki?
Mario: Zależy, co chcesz osiągnąć.
Ruben: Niektórzy ludzie są naprawdę kreatywni w używaniu tego wszystkiego. Kiedyś myślałem podobnie jak ty, że to nie jest aż takie super jak granie na prawdziwych instrumentach. Ale widziałem wiele osób, które robią niesamowite rzeczy na tych przyrządach! Muzyka elektroniczna chociażby. A są wśród nich tacy, którzy fatalnie grają na prawdziwych gitarach czy perkusjach. Jeśli potrafisz tego używać, rób to.
Dzięki wielkie za rozmowę.
Dzięki
więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj