Pewnie zastanawiacie się, jak spędzić ostatni piątek przed świętami. Kilka fajnych koncertów się zapowiada. Na przykład na jednym z ostatnich koncertów w Kocie Karola zagrają PurpleHaze Ensemble, Inverted Mind i Sun Dance. Skład niezły, więc postanowiliśmy objąć ten koncert naszym patronatem i, przy okazji, porozmawiać z chłopakami z Sun Dance.

Zacznijmy od początku i idei. Skąd pomysł na takie, a nie inne granie?

Jacek Szczepan: Z inspiracji muzycznych przede wszystkim. Pomysł na takie granie wynikł w 2011 roku. Spotkaliśmy się na imprezie z Jankiem (Gajewskim, wokalistą – przyp. red.) i Adamem (Gajewskim, gitarzystą – przyp. red.) zupełnie przypadkiem. Słuchaliśmy wtedy głównie muzyki stonerowej i southernowej.
Jan Gajewski: Był to akurat taki okres, że miałem wielką fazę na Kyuss i Corrosion of Conformity. Stwierdziłem, że muszę znaleźć ludzi do takiego grania. Spotkałem wtedy na jakiejś imprezie Jacka, zaproponowałem mu granie i tak to się w sumie zaczęło. Po różnych zmianach w składzie dotrwaliśmy do dzisiaj.
Adam Gajewski: Gram z chłopakami od pół roku, chyba nawet niecałe, ale powiedzmy, że wspierałem ich od początku. Potem jak dołączyłem do składu i zacząłem się uczyć utworów, to coś mi zaświtało, że niektóre zagrywki znam i się zorientowałem, że to chyba moje nawet (śmiech).

Ciężko jest grać taką muzykę w Polsce? Nie spotkamy jej na pierwszych stronach gazet czy w ramówkach stacji radiowych. Z jakim przyjęciem spotykacie się podczas występów?

Jacek: Raczej z dobrym, co nas buduje i motywuje. Nie ukrywajmy, że po to się przecież robi muzykę, żeby mieć jakieś audytorium. Jest w porządku. Im bardziej się angażujemy, im więcej gramy koncertów, tym jest lepiej. Dużo jeszcze pracy przed nami. A czy jest ciężko na rynku muzycznym? Oczywiście, że jest. Takiej muzyki nie puszcza się w radiu na co dzień, więc trzeba samemu działać na początku. Liczymy, że może kiedyś ktoś nas wyłapie i pomoże w tym wszystkim.
Jan: Nie jesteśmy ortodoksyjni. Nie gramy tylko stoneru, zadymionego, wolnego grania. Dużo się bawimy stylistyką, bo ja na przykład często używam screamu, co zaczerpnąłem z Pantery, czy hardcoru. Spotykamy się z dobrymi opiniami po koncertach, więc daje nam to naprawdę dużo motywacji do działania. Poza tym, dobrze się nam występuje na scenie razem.

Wydaliście ostatnio EPkę. Co dalej? Koncerty, trasa, może długograj?

Jacek: Jeśli chodzi o długograj, to chcielibyśmy trochę jeszcze ujednolicić materiał. Kawałki, które nagraliśmy na Valley of Fears, powstawały w różnym czasie, w okresie od 2011 do 2013. Chcieliśmy pokazać, jak brzmimy i dokąd zmierzamy. Są kawałki z początków zespołu, udoskonalone i przearanżowane przez Adama po jego dołączeniu. Trasa? Jestem w trakcie jej organizowania, ale są to jak na razie pojedyncze występy. Graliśmy w Sosnowcu, potem mamy zaproszenie na mini festiwal w stylu Soulstone Gathering, który organizowałem w Krakowie. Może coś jeszcze w Katowicach. A potem dopiero na wiosnę. Ale myślę, ze taka 3-dniowa trasa w marcu jak najbardziej. Myślę nad Lubelszczyzną.
Jan: Staramy się teraz pokazywać nie tylko na koncertach, ale także na mini festiwalach stricte muzyki stonerowej.
Jacek: Chodzi o to, żeby grać z zespołami, które grają mniej więcej to, co my, żeby zyskać odbiór u publiczności słuchającej tego rodzaju muzyki. Graliśmy kiedyś z zespołami podchodzącymi pod hip-hop. Było to jednak naprawdę fajne przeżycie, a publika nas ciepło przyjęła, czego się kompletnie nie spodziewaliśmy.

Padły już dziś takie nazwy jak Kyuss czy Corrosion of Conformity. Spotkałem się jednak jeszcze z porównaniami do Down. To z tych bardziej oczywistych. A z mniej oczywistych nawet do Rage Against The Machine.

Jan: Rzeczywiście. Może coś w tym jest, bo jest jakieś bujanie, jakaś wręcz hip-hopowa lekkość (śmiech). Nie to żebym się specjalnie inspirował, bardzo lubię Rage Against i bardzo mi to pochlebia.
Adam: Praktycznie od zawsze byłem także fanem choćby Limp Bizkit. Aczkolwiek nie myślę o nich, tworząc materiał do Sun Dance. Dlatego być może to porównanie jest w pewien sposób trafne. Jest to jakoś zakorzenione w nas i wychodzi podświadomie.
Jacek: Być może riffy w niektórych kawałkach są w stylu Rage Against The Machine, jeśli chodzi o brzmienie tego wszystkiego. Nie chodzi mi tu o jakieś kopiowanie czy stricte ustawienie brzmienia na koncertach, ale jak ktoś tak uważa, to spoko. Autorytet jak najbardziej w porządku.

Growlowane wokale nie są tak oczywiste w tego typu muzyce. Skąd na to pomysł?

Jan: Zawsze byłem wielkim fanem Phila Anselmo i Pantery. Dążyłem do tego, żeby się nauczyć screamować. Zacząłem od heavy metalowego falsetu, z tego schodziłem coraz niżej, aż w końcu powstał z tego taki fajny false chord. Zacząłem screamować w moim poprzednim zespole, L.Y.N.X. Stwierdziłem, że to będzie taki fajny smaczek, łączyć te 2 różne style wokalne – czysty śpiew ze screamem.
Jacek: Fajna jest ta gradacja napięcia w Sun Dance. Zwrotki są bardziej melodyjnie, a refreny z metalowym pierdolnięciem.
Jan: Jest w tym łączenie skrajnych emocji. Gniewu, sprzeciwu, z delikatnym wokalem. Dr. Jekyll i Mr Hyde, jak śpiewał Wiśniewski (Adrian Wiśniewski w utworze Konfrontacja (Jekyll i Hyde) – przyp. red.) (śmiech).

Wspomnieliście poprzedni zespół. Co graliście wcześniej? Były to projekty typowo stonerowe czy southernowe, czy coś zupełnie innego?

Jacek: Grałem w kilku zespołach, ale to nie było nic na poważnie. Bardziej hard rock, grunge. Wynikało to z moich inspiracji old-schoolowym hard rockiem i rockiem w stylu Led Zeppelin, Guns ‘n’ Roses. Większość przez to przechodziła w gimnazjum czy liceum. Jeśli chodzi o mocniejszą muzykę, to dopiero Sun Dance i tego się trzymam.
Adam: Z Jankiem graliśmy do tej pory w L.Y.N.X. i w sumie wciąż gramy, tylko teraz szukamy basisty. Jest to granie groove metalowe, post-thrashowe, trochę więcej hardcoru, ale chcemy teraz nieco elektroniki włączyć w to, żeby było śmiesznie. Ja gram jeszcze w RaptureFeast. To takie połączenie metalu z rock’n’rollem, bluesem i rockabilly lat 50. Wiadomo, że trochę muzyki stonerowej też się tam znajdzie, bo gramy jednak ciężej miejscami, aczkolwiek ja zawsze byłem zwolennikiem łączenia gatunków. Zawsze były tam wstawki inspirowane muzyką kompletnie niemetalową. Elementy samby, reggae, to jeśli chodzi o grę perkusji. Moim zdaniem idealnie to siedzi także w cięższej muzyce.
Jacek: Taki eklektyzm jest jak najbardziej wskazany w naszych czasach. Żyjemy w dobie konsumpcjonizmu i globalizacji. Jeżeli tylko mamy możliwość czerpania z różnych kultur i środowisk muzycznych czy nawet światopoglądów, to wydaje mi się to fajne. Nie trzymamy się jednej, wytyczonej ścieżki. Staramy się, żeby to było spójne, ale czerpiemy prosto ze świata wokół nas, a XXI wiek nam to umożliwia. Być może w Sun Dance jeszcze tego aż tak bardzo nie słychać, ale wydaje mi się, że taki kierunek warto obierać.
Jan: Niestety teraz tak jest, że mnóstwo zespołów gra stricte thrash metal czy heavy metal. Zakładają rureczki, białe buty i starają się być jak ci muzycy kilkanaście lat temu. Nie mam nic przeciwko temu, ale wiadomo, że to się znudzi. Warto dodać coś od siebie, zamiast grać to, co Iron Maiden.
Jacek: Jeśli chodzi o Iron Maiden, to już mamy Scream Maker w Polsce i bardzo dobrze im to idzie (śmiech).

Powrócę jeszcze na chwilę do EPki. Zainteresowała mnie bardzo profesjonalna okładka. Skąd wytrzasnęliście tego grafika?

Jacek: Autorem jest Paweł Kuranda, który robił już okładkę do zespołu Adama, RaptureFeast. Podobała nam się jego kreska.
Jan: Ma własny styl, który nam przypadł do gustu. Urządziliśmy burzę mózgów i podaliśmy mu nasze pomysły, a on to przelał na papier. Spotkaliśmy się na imprezie, porozmawialiśmy o naszym albumie, stwierdził, że mu się podoba i było widać, że czuje to, co robi i podchodzi do tego z pasją. Myślę, że okładka się zgrała z zawartością płyty.
Jan: Oprócz okładki mamy rysunek do naszego utworu Jonestown, z podtekstem historycznym. Wydaje nam się, że uchwycił problem tego całego zajścia.
Adam: Za każdym razem, jak rozmawialiśmy z Pawłem, chciał on, żeby wysyłać mu teksty. Jak się przyjrzeć tej okładce, czy tej do RaptureFeast, to każdy element, nawet mały, ma jakieś znaczenie i jest jakimś odnośnikiem do zawartości płyty.

A oprócz nawiązań historycznych, jakie treści chcecie przemycić w tekstach?

Jan: Większość tekstów opowiada o walce człowieka ze sobą samym. Taka jest też idea całego Valley of Fears, gdzie podmiot liryczny zastanawia się, czy czegoś nie zmienić w swoim życiu. Nie idzie mu to oczywiście za dobrze. Boi się tego, co jest po drugiej stronie doliny. Widzi światło i zastanawia się, czy to jest jego światło i czy będzie mógł coś zmienić.
Jacek: Tak jak na okładce. Facet chce wyjść z doliny, wspiąć się, ale ciężko mu to idzie i się zsuwa.
Jan: Sama nazwa zespołu odnosi się do kultury indiańskiej, prerii. Taniec słońca był uroczystością sakralną, która łączyła plemiona w połowie lata. Była to swego rodzaju inicjacja dla młodych Indian.

Jakie są wasze aspiracje? Z kim marzy wam się zagrać?

Jacek: Jeśli chodzi o zbieżność muzyczną, to Down, Black Label Society. Realnie, chcemy się rozwijać i nie grać w klubach dla 10 osób. Chcielibyśmy, żeby to było coś poważniejszego. Marzenia? Ciężko jest jednoznacznie powiedzieć. Stosujemy metodę małych kroczków. Wspinać się powoli, grać na coraz większych festiwalach, koncertach, docierać do większej publiki, a nie cały czas dla tych samych osób i znajomych. Pokazywać się w całym kraju i być może ktoś nas kiedyś zauważy. Codzienną pracą u podstaw dojść do czegoś i rozwijać się.

Odchodząc nieco od tematu Sun Dance. Jacku, jesteś również organizatorem mini festiwalu Soulstone Gathering, którego pierwsza edycja odbyła się we wrześniu tego roku. Zamierzasz to kontynuować? Masz już jakieś pomysły na kolejne odsłony?

Jacek: Tak. Z tym, że nie chciałbym się rozmieniać na drobne i organizować tego typu koncertów co miesiąc, tylko raz do roku, żeby to się powiększało i było w miarę prestiżowe. Nie ma obecnie w Krakowie takiego cyklicznego festiwalu southern/stonerowego. Jeśli chodzi o kolejną edycję, to planuję październik, ale zajmę się tym dopiero na przełomie stycznia i lutego. Mam pomysł na dwudniowy festiwal. Cała idea festiwalu wykrystalizowała się przypadkiem. Zespoły występujące podczas pierwszej edycji – Ethereal Riffian i Somali Yacht Club – odezwały się do mnie z prośbą o zorganizowanie koncertu.

Nieubłaganie kończy nam się rok. Macie jakieś noworoczne postanowienia?

Jacek: Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy. Trochę kiczowate są takie postanowienia. „Z nowym rokiem rzucam palenie”? Nie, nie. Jak chcesz coś robić, rób to przez cały rok, a w Sylwestra wznieś toast za to, co się udało. Nowe cele? Nie. Rozwijajmy się. Chcemy tworzyć więcej zróżnicowanej muzyki. Przede wszystkim stawiamy na rozwój.