Prawdopodobnie większość z was wie, a przynajmniej powinna wiedzieć, że Smingus wydał nowy album. Wydawnictwo nosi tytuł Black Diamonds i można je nabyć również na winylu. Po koncercie premierowym, który odbył się 22 listopada, w Teatrze Barakah (relację możecie przeczytać tutaj), nasza wysłanniczka – Katarzyna Cieniawska, rozmawiała z zespołem o crowdfundingu, różnicy w graniu koncertów w Polsce i za granicą, ale przede wszystkim, o nowej płycie zespołu.

 

Jak wrażenia po koncercie?

Dave Molus: Jesteśmy zmęczeni.

Thymn Chase: W bardzo pozytywnym sensie.

Dave: Moim zdaniem poszło bardzo dobrze. Mogłem tylko nie zmieniać struny. Wtedy część akustyczna poszłaby pewnie lepiej (śmiech).

Thymn: To taki smaczek.

Na Facebooku nazywacie się „Don’t ask Smingus”. Na płycie jest już tylko „Smingus”. Jak się w końcu nazywacie?

Dave: Smingus.MG_1448.jpg

Skąd ta zmiana?

Chris Bodzon: Będziemy teraz rozmawiać z ludźmi.

Kim jest „Smingus”?

Dave: To jest każdy z osobna. To wariat, którego trzeba w sobie obudzić.

Thymn: Wszyscy jesteśmy Smingusami.

Od wydania waszej pierwszej płyty minęły 4 lata. Dlaczego kazaliście fanom tak długo czekać na kolejny album?

Thymn: To długa historia. Po pierwszej płycie dużo koncertowaliśmy, wyjeżdżaliśmy w trasy. To trwało około dwóch i pół roku. Potem, oczywiście, zaczęliśmy tworzyć nowy materiał, komponowaliśmy i budowaliśmy koncepcję na nowy album. Szukaliśmy też miejsca do nagrań, bo chcieliśmy, żeby było to zrobione zupełnie inaczej niż pierwsza płyta. W końcu znaleźliśmy fajne studio – w lesie, na Dolnym Śląsku. To był właśnie początek Black Diamonds. Nagrywanie płyty też trochę trwało.

Dave: Około trzech, czterech miesięcy przed nagrywaniem mieliśmy dopracowane wszystkie piosenki. Myśleliśmy, że jesteśmy gotowi. Parę dni przed wejściem do studia wysłaliśmy te utwory do właściciela studia. On powiedział, że nie jesteśmy gotowi, ale i tak powiedzieliśmy sobie: „jedziemy z tym”.

Thymn: Myślę, że warto podkreślić, że sami go produkowaliśmy. Pomógł nam nasz kolega z Londynu, który jest realizatorem. Dzięki niemu osiągnęliśmy odpowiednie brzmienie, zrealizowaliśmy swój pomysł. Zajęło nam to trochę czasu, ale jesteśmy zadowoleni z efektów.

Dave: Ta muzyka nie zestarzała się przez te dwa lata. To nie jest tak, że wszystko musi być modne. Ta muzyka jest twarda, ma charakter. Warto czekać dwa lata, jeżeli muzyka jest dobrze zrobiona. Szybciej zrobilibyśmy pewnie techno (śmiech).

Czy wasze brzmienie zmieniło się od wydania pierwszej płyty?

Tomek Zapala: Bardzo się zmieniło. Wydaje mi się, że pierwsza płyta była mniej spójna, pomimo tego, że jednak bazowała na tych akustycznych brzmieniach. Zrobiliśmy ją szybko, spontanicznie i bez głębszego zastanowienia. To było świeże. Nikt nikogo nie kontrolował. Każdy miał jakiś pomysł i płyta wyszła sama z siebie. W przypadku drugiej płyty – dużo więcej czasu spędzaliśmy razem.

Dave: Czasami nawet za dużo (śmiech).

MG_1427.jpgTomek: Przy pracy nad drugą płytą David, który jest liderem, przejął inicjatywę kontrolowania całego albumu. Narzucił pewien pomysł, który my zrozumieliśmy, poczuliśmy podczas wspólnej gry, zrozumieliśmy, o co mu chodzi. Dzięki temu udało się stworzyć spójny, klimatyczny materiał. Jestem zmęczony po tym całym nagrywaniu.

Dave: Była jeszcze jedna, duża zmiana. Na pierwszej płycie mieliśmy też innego basistę. Chris Bodzon ma już swój wiek, jest doświadczony. Wie, jak to wszystko działa. Mieszkał w Stanach, więc ma inną perspektywę na muzykę, inaczej ją czuje. Miał swoje, nie wiem jak to się mówi?, pomysły, rady…

Chris: Impact.

Dave: O! Impact! That’s a big word, Chris! (śmiech) Mieliśmy więc takiego trochę profesora, który nam radził, pomagał.

Chris: Basista, który był przede mną, nie był cały czas w zespole. Grał tu, grał tam. To w porządku, ale wtedy nie było szansy na to, o czym mówił Tomek – na wytworzenie więzi między członkami, na zbliżenie się. My natomiast z chłopakami spędziliśmy parę lat ze sobą. Znamy się jak łyse konie. Naturalne rzeczy zaczynają się dziać z muzyką. Pojawia się Rhodes, pojawia się Rickenbacker, Gibsony się pojawiają i zaczynamy brzmieć inaczej. Nie sterujemy tym, to się dzieje naturalnie.

Dave: Jesteśmy dla siebie jak rodzina. Znamy siebie, swoje problemy. Gdy ktoś ma ciężki czas i coś się zmienia u niego w życiu, to my o tym wiemy i nie naciskamy na niego, tylko pasujemy. Staramy się być wyrozumiali, wspieramy się nawzajem.

Tomek: Jak jeden nie może, drugi pomoże! (śmiech) Ciężko byłoby robić taką intymną i osobistą muzykę, będąc ze sobą w złych relacjach.

Wróćmy do waszej płyty

Chris: Właśnie! To wszystko zrobiliśmy w naszych domach, u Jarka w studiu. Mam nadzieję, że ta płyta sprzeda się tak dobrze, że następną zrobimy z takim uczuciem, z jakim gra się dla stu tysięcy osób.

Jak określilibyście Black Diamonds?

Thymn: Jak przez mgłę (śmiech). To śmieszna historia, bo jeden z pierwszych kupców z Polak Potrafi, który dostał płytę w MP3, wysłał mi SMSa, że słucha płyty, jest na A4 z Katowic do Krakowa i jest taka mgła, że prawie nic nie widzi. Stwierdził, że to właśnie tak wygląda kraina Smingusa (śmiech).

Tomek: Tak, ale nasza płyta jest również przeznaczona dla osób, które nie ćpają (śmiech).

Skąd pomysł na nazwę drugiego albumu?

 

Dave: W piosence For give, for get jest fragment o… Jak to idzie?

Thymn: Black Diamonds in towMG_1518.jpg

Dave: Spotykam się z tobą w ciemności i chciałbym dać ci prawdziwy diament, ale muszę ci dać taki czarny.

Kto zajmuje się tekstami w zespole?

Dave: Thymn.

Thymn: Dave (śmiech). Ja pomagam tylko w przypadku braku weny.

Kto wykonał projekt okładki?

Dave: Ja na co dzień jestem grafikiem. Często zajmuję się opakowaniami… a to jest opakowanie na płytę (śmiech).

Korzystaliście z serwisu PolakPotrafi.pl i dzięki temu zdobyliście fundusze, które pomogły wam w stworzeniu Black diamonds. Co sądzicie o crowdfundingu?

Dave: Na początku mieliśmy duże wątpliwości. Przynajmniej ja uważałem to za pewnego rodzaju błaganie. To naprawdę tak nie jest, potem zmieniłem swoje nastawienie. Ludzie naprawdę chcieli nam pomóc. To działało. To nic nie bolało. „Potrzebujemy Waszej pomocy” – taki był tekst na akcji i ludzie pomagali. To jest bardzo dobry znak, że w tych czasach ludzie chcą pomagać.

Tomek: Na naszej płycie nie ma muzyki masowego rażenia. Trzeba walczyć o to, żeby ją grać. Wzięliśmy wszystko na siebie. Akcja z Polak Potrafi to pewnego rodzaju ruletka – może się powieść, może też nie wyjść. Zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens. Pomimo tego, że sytuacja była błaha – potrzebowaliśmy pieniędzy na wytłoczenie płyt.

Chris: To ma sens, bo ludzie szukają jakości. Nasza płyta to dwa lata nieustannej pracy. Staraliśmy się, żeby wyszła jak najlepiej. Nasz profesjonalizm to coś, co chcemy sprzedać. Wczoraj był koncert Yamato, japońskich perkusistów. Najtańsze bilety kosztowały 130 PLN. Tam byli czterdziestolatkowie i chmara dzieci. Spróbuj zabrać pięcioosobową rodzinę na takie coś. Ci ludzie chcą czegoś dobrego. Polska czeka na coś dobrego. Wszyscy na świecie czekają. Jeżeli muzyka jest dobra, są z niej pieniądze.

Thymn: Chciałbym to podsumować. Stojąc dzisiaj na tej scenie, patrząc na tłumy ludzi, którzy przyszli na nasz dzisiejszy koncert, myślałem o tym, że połowa z nich nam pomogła. To jest niesamowite wrażenie! Ci ludzie wsparli nas, bo chcieli słuchać naszej muzyki.

Czy koncertujecie również za granicą?

Thymn: Tak, głównie w Niemczech, ale w nowym roku będziemy grać też w Austrii i w Budapeszcie.

Czy jest różnica między koncertowaniem za granicą a w Polsce?

Dave: W Niemczech był zupełnie inny odbiór tej muzyki. Nie chcę nic złego mówić o Polsce.

Thymn: Ja myślę, że możesz być szczery. Do polskiej publiczności trudniej jest trafić z taką muzyką, jaką gramy, z tą wrażliwością i ciemnością tej muzyki. Nie gramy tak dużo za granicą, żeby powiedzieć, że tam lepiej rozumieją naszą muzykę, ale prawie każdy koncert w Niemczech był naprawdę dobry.

Tomek: Mi się wydaje, że to zupełnie z czegoś innego wynika. Gramy ze sobą już parę lat i zdążyliśmy zwiedzić kawałek Polski. Miejsca różne – i fajne, i zupełnie przypadkowe. Za granicą koncerty były dużo lepiej przygotowane, na przykład pod względem logistycznym. Koncertowaliśmy w miejscach, w których gra się koncerty, a nie w pizzeriach.

Chris: W pizzerii nie graliśmy, ale graliśmy w Lizard Kingu kilka razy. Natomiast teraz… Nie będziemy raczej tam grać, bo teraz króluje tam disco polo…

Thymn: Jesteśmy w trakcie tworzenia remixu (śmiech).

Dave: Ja się nie zgadzam, że było fajnie. W Lizard Kingu, nie tylko w Krakowie, bo graliśmy również w Toruniu, mają dużo profesjonalnego sprzętu, ale czy chcieli tam naszej muzyki? Wydaje mi się, że nie. Nie chodzi o publiczność, ale nawet o menedżerów. W Toruniu graliśmy i wszyscy słuchali naszej muzyki, a kiedy skończyliśmy grać, DJ puścił disco polo (śmiech).

Na waszej stroMG_1593.jpgnie internetowej znajdują się informacje o trasie koncertowej… sprzed dwóch lat. Dlaczego nie aktualizujecie informacji?

Thymn: Są różne portale społecznościowe. Serwisu, który założyliśmy sami, już nie używamy. Ta strona założona została z myślą o promocji pierwszego albumu. Nu kasowaliśmy tego, ale też nie uważaliśmy, że to jest na tyle ważne, aby angażować cały team w Wielkiej Brytanii, by projektować stronę na nowo. Jak będziemy uderzać na Londyn, na pewno zatroszczymy się o aktualizację!

Macie plany, żeby koncertować w Londynie?

Thymn: Oczywiście. W Londynie, w moim rodzinnym Bostonie, w Nowym Jorku, dlaczego nie? Mamy teraz wenę, dobry materiał, z którym czujemy się świetnie – więc wszystko teraz jest kwestią promocji. Aha, musimy znaleźć jeszcze busa dla zespołu… albo statek, albo samolot (śmiech).

Dlaczego nie zdecydowaliście się dzisiaj na support?

Thymn: Nie pasowałby.

Jarek Wyka: Na pewno przyszliby inni ludzie, którzy chcieliby usłyszeć jedynie support. Gdybyśmy wybrali support, który jest „naszą bliską rodziną”, pewnie byłoby fajnie. Tyle że nie widzimy zespołu, który mógłby blisko nas zagrać.

Thymn: Krakowska scena muzyczna jest potężna, ale chcieliśmy jednak skupić się na tym, żeby koncert był spójny. Zagraliśmy piosenki z całej płyty, po raz pierwszy. Wymagało to od nas dużo pracy, aby wszystko odpowiednio zgrać ze sobą. Poza tym – jest to również kwestia sprzętu. Trzeba by było zmieniać ustawienie sprzętu na scenie.

Jarek: Ten koncert zrobiliśmy nie tylko dla fanów, ale i dla siebie. Zagraliśmy go najlepiej jak potrafiliśmy. Chcieliśmy, żeby słuchacze odczuwali to, co my, kiedy gramy naszą muzykę.

Wydaliście Black Diamonds również na winylu.

MG_1450.jpgThymn: Tak! To było moje marzenie od dziecka. Zawsze chciałem wydać płytę winylową. Udało się to dzięki ludziom, którzy nas wspierali, przez Polak Potrafi. Sami fani chcieli usłyszeć to w tej formie. To nie jest przypadkowy trend. To jest przyszłość. Nie ma porównania pomiędzy winylem a CD czy MP3. Więcej smaczków i częstotliwości jest na winylu. Nagrywaliśmy tę płytę w studiu domowym i słychać wszystko. Płyty CD są bardziej wygładzone, skompresowane, wszystko znika.

Macie jakieś inne projekty poza Smingusem?

 

Thymn: Tak. Ja mam drugi zespół: Eluktrik. Cały czas gramy. Jesteśmy w trakcie miksowania drugiego albumu i będzie to długo trwało, zanim skończymy, ale Chris jest bez dwóch zdań najbardziej doświadczonym muzykiem w zespole.

Jarek: To historia basu w Krakowie.

Thymn: Ja osobiście nie mogę doczekać się, aż Chris napisze książkę o swoich przygodach z muzyką. Chciałbym go do tego namówić, bo on co chwilę opowiada jakąś historię, na przykład: Słuchajcie!Była taka sensja The Doors i oni potrzebowali sesyjnego basisty i ja mówię: czemu nie? (śmiech) Mnóstwo takich historii opowiada. Siedział w latach 70. i 80. w Los Angeles i był sesyjnym basistą, ma co opowiadać. Nadal ma sporo projektów i jest otwarty.

Grasz na bardzo ciekawym instrumencie.

Thymn: To jest melodika. Bardzo ciekawy instrument bo wygląda jak dziecięca zabawka. Pochodzi z Indii i jest tam całkiem popularna. Od 60 lat instrument produkowany jest w Niemczech. Na przykład Damon Albarn z Blur korzysta z melodiki. W słynnym Clincie Eastwoodzie jest melodika, więc to nie jest dla nas „obcy” dźwięk, tylko ludzie dziwią się, bo to wygląda dziwnie.

Słuchacie innych krakowskich zespołów?

Thymn: Jarek na przykład miksuje materiały wielu krakowskich zespołów.

Jarek: Tak, to prawda. Można powiedzieć, że to bliska rodzina. Znamy się od lat, gramy razem – i spotykamy na koncertach.

zapraszamy na fanpage zespołu

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj