Rusty Cage to zespół, który z każdą płytą ewoluuje, zmienia się. Od debiutanckiego Let The Rifle Fire, osadzonego w hardrockowych klimatach Los Angeles z lat 80., przez Drugs For Your Broken Heart, na którym słychać wpływy takich zespołów jak SIXX: A.M. czy Papa Roach, aż po najnowszy Walk of Shame, na którym, oprócz charakterystycznych, inspirowanych Slashem solówek, znajdziemy odświeżone rockowe klimaty, w niczym nie przypominające poprzednich wydawnictw. Nie wszystkim zespołom pisane są zmiany (patrz: AC/DC czy Motorhead), ale w przypadku Rusty Cage przynosi to nowych fanów i coraz lepsze utwory! O tej ewolucji oraz wielu innych rzeczach, Bartek rozmawiał z gitarzystą, założycielem i głównym kompozytorem Arkiem Żureckim.

Rozmawiamy z okazji wydania nowej płyty Rusty Cage – ta płyta to rewolucja czy raczej idziecie konsekwentnie w znanym z wcześniejszych płyt kierunku?

O każdej nowej płycie myślę, że jest rewolucją, ale też zawiera znany z wcześniejszych płyt klimat. Nie jest to to samo, bo tylko krowa nie zmienia poglądów, ale nie jest to też coś totalnie innego. Na każdej płycie znajdowały się numery, które wyróżniały się od innych nowszym podejściem do sprawy. Dopowiem, że jest to epka, nie cała płyta. Nie chcemy na chwilę obecną wydawać Long Play’ów, bo kto ma czas je słuchać? Wolimy co jakiś czas wydać mniejszy, ale za to możliwy do przesłuchania przy kawie album.

Pokazaliście niedawno teledysk do jednego z nowych utworów i zdania są podzielone, ale to, co mnie się najbardziej podoba, to fakt, że Wasi fani potrafią bardzo dojrzale podejść do tematu. Nawet jak nowy materiał im nie podchodzi, to nie widziałem wpisów typu: „chujowe, nie słuchałem”, tylko  konstruktywne opinie i krytykę – wychowaliście sobie bardzo fajnych fanów.

To prawda, reakcja nie była aż tak ostra. Myślę, że nie jest to kwestia wychowania ich przez nas, tylko bardziej świadomości, czym jest zespół Rusty Cage. My nigdy nie mówiliśmy, że poruszamy się w wąskiej stylistyce, tylko że gramy rocka, a to jest szeroko pojęty temat. Co do fanów, to tych pseudo już zaczęliśmy tracić od EP Blackbirth, więc teraz zostali tacy, którzy naprawdę nam kibicują i lubią to, co robimy. Na naszym fanpejdżu nigdy nie było aż tak dużo komentarzy. Ludzie jakoś woleli albo kochać, albo nie mówić nic, i nie pytaj mnie, dlaczego, bo nie wiem. Tak było od samego początku i w tym przypadku też tak jest. Chociaż, muszę przyznać, pod udostępnieniami na innych tablicach już można znaleźć wpisy typu „totalnie mi się nie podoba”, ale nie dostaliśmy bezpośredniego komentarza typu: „To jest chujowe”, chociaż wiem, że niektórzy tak twierdzą.

Mówisz, że nie boicie się nowych trendów i eksperymentów, ale czy nie towarzyszyła Wam presja przy nagrywaniu tego materiału? Jesteście, jakby nie patrzeć, solidną już marką i nadzieją krakowskiego rockowego grania, a tu materiał, jak sam wspomniałeś: „rewolucyjny”. I jeszcze nowy wokalista.

Nowy wokalista jest już od roku. Presja? Nie mamy presji, przy nagrywaniu nigdy jej nie było. No, może jak nagrywaliśmy Drugs For Your Broken Heart, bo ludzie oczekiwali zdmuchnięcia ich z krzeseł, ale tak naprawdę to nigdy nie czuliśmy żadnej presji. Nadal gramy solidnie i rockowo, nawet tak rockowo, że mało kiedy potrafimy sobie dobrać wspólny zespół albo być dobranym jako support w Krakowie. Na naszych koncertach nadal jest solidna dawka rocka, poza tym to jest mój najbardziej ukochany styl i najlepiej się w nim czuję, więc nie nadejdą czasy, że zaczniemy grać disco polo.

Wracając do tematu wokalisty – jest z Wami od roku, ale jeszcze przez jakiś czas będzie w środowisku fanów „nowym wokalistą”. Jak układa się Wam współpraca?

Na samym początku było bardzo ciężko, a teraz już bardzo dobrze. Początki były trudne, bo to młody jest kogucik, ale myślę, że teraz zrozumiał, że warto czerpać z doświadczeń starszych kolegów w zespole. Ten materiał jest czymś w rodzaju oczyszczenia, próby scalenia naszych muzycznych pasji. Jeśli słuchałeś, to zauważyłeś, że na każdej płycie pojawiał się utwór kompletnie odklejony – albo, jak mówią niektórzy: nierockowy. Problem polega tylko na tym, że nie każdy słuchał może całych albumów i jak nagle trafił na coś takiego, to się dziwił – takich ludzi nazywamy pseudofanami. Tacy ludzie muszą odpaść, bo oni kochają Cię za jedne piosenki, a nie za Twoją twórczość. Ten sam problem mieliśmy po tym, jak pokazaliśmy się w Must Be The Music i nagraliśmy teledyski do Golden Gold, Vampire Dance i Young Guns. Ludzie mieli pożywkę do tego, by na nas nadawać. Przy pierwszej płycie się jeszcze tym przejmowałem, bo nie wiedziałem, dlaczego tak jest, przy drugiej już mniej. A gdy pożegnaliśmy się z poprzednim wokalistą, to kompletnie się od tego odciąłem. Nie znaczy to, że nie analizuję komentarzy czy nie słucham opinii, ale pewne komentarze są po prostu zbędne, bo ci ludzie nie słuchają mojej twórczości, tylko wybiórczych numerów – i gdzieś w środku boli ich to, co ten zespół osiąga. Ja nie posiadam takiej zawiści ani wybiórczości. Nie dzielę muzyki na komercyjną czy nie, dla mnie jest ona albo dobra, albo zła. Nie interesuje mnie to, czy wokalista jest gruby, czy przystojny. Ja słucham muzyki i, uwierz mi, dopiero potem przyglądam się temu, jakie osoby reprezentują dany zespół.

Który utwór z nowego materiału może zostać odebrany jako nierockowy? Bo, według mnie, dalej jest gitarowo. Nowocześnie, ale gitarowo.

Żaden. Ponieważ, tak jak powiedziałeś, każdy jest gitarowy, może bardziej współczesny, ale nadal rockowy. Nie ma takiego numeru na nowej płytce. Wszystkie są rockowe.

Wspomniałeś o MBTM i o „fanach”, którzy się po tym odwrócili. Jak z perspektywy czasu oceniasz ten krok? Żałujesz występu czy wręcz przeciwnie?

Nie żałuję. Tak wiele się dzięki temu nauczyłem. Wiem, jak to działa, czego się spodziewać, o co w tym wszystkim chodzi. To była lekcja, za którą, jak to się mówi, było warto zapłacić.

Kto może ugrać więcej w tym programie?  Taki zespół jak Rusty Cage, czy taki jak Twój projekt z Kasią Sochacką?

To trudne pytanie. Przyznam szczerze, że według mnie to zależy od producenta programu i jego wizji, tego, co mu się spodoba. Myślę, że nie chodzi tu o to, co dany zespół prezentuje. Jest to bardzo ważne dla ludzi oglądających, ale nie dla wyniku w programie. To producent decyduje, czy coś zdziałasz, nie to, jakie masz umiejętności; takie jest moje zdanie. Myślę, że taki zespół jak Rusty Cage może więcej wygrać niż takie trio jak Kasi Sochackiej, bo na naszym rynku jest dużo trudniej trafić z do ludzi z muzyką rockową. Sami wiemy dobrze, co leci w radio, więc myślę, że trio Kasi ma łatwiej. Z drugiej strony jest bardzo dużo podobnych artystów. Trudne pytanie i sam się kręcę w nim (śmiech). Ostatecznie, myślę, że lepsze jest to dla takiego zespołu jak Rusty Cage.

Dziesiątego grudnia usłyszymy cały nowy materiał?

Cały nowy materiał plus jeden bonus track dla Japonii… (śmiech) Żartowałem, nie wydajemy żadnego bonusa dla Japonii, ale będzie bonusowy numer i mogę zdradzić, że będzie on pierwszym numerem na koncercie. Nie nagraliśmy go i nie będzie go na najnowszej płycie.

Co dalej z Rusty Cage? Idziecie za ciosem? Jakaś trasa?

Bardzo byśmy chcieli, ale w Polsce słowo „trasa” to trochę mocno powiedziane, biorąc pod uwagę ilość i jakość miejsc, gdzie zespoły mogą grać. Planujemy koncerty, ale to wszystko zależy od tego, czy nas zaproszą i czy uda nam się przekonać do siebie organizatorów i menedżerów oraz czy trafimy do ludzi. Tylko dzięki nim koncerty mogą się odbyć. Mocno wierzę w zespół, w to, że prezentuje wysoki poziom oraz gra dobrą muzykę i mam nadzieję, że uda mi się ich do nas przekonać i że dojdzie do trasy koncertowej.

Pociągnijmy temat, bo jest dość ciekawy. Macie problemy z organizacją koncertów? Rynek koncertowy w naszym kraju stale podupada, ludzie nie chodzą na koncerty, tymczasem na Zachodzie jest zupełnie inaczej.

Każdy zespół je ma. Tym bardziej zespół, który organizuje je za pieniądze. Nie mam żadnych oporów z powiedzeniem: tak, ciężko jest zorganizować sobie 30 koncertów na własną rękę, by wyjść na zero i jeszcze wymienić komplet strun w gitarze. Można podejmować różne akcje, ale, nie oszukujmy się, koncert ma tylko wtedy sens, kiedy jesteś w stanie do tego samego miejsca wrócić, a nie gdy otrzymujesz trzy stówy za przejechanie 200 kilometrów do miejsca, w którym organizatorowi jest obojętne, czy gra Rusty Cage, czy Wacław Walikonik na waltorni, byleby zapchać dziurę i mieć gdzieś, czy jest przygotowany do tego koncertu. W wielu miejscach jest jeszcze tak, że menedżerowie myślą tylko o tym, by znaleźć kozłów ofiarnych, którzy będą wolontariuszami dla nich. Sam mam zasadę, by grać za bilety i staram się jej trzymać. Chyba że polityka knajpy jest taka, że dostaję godziwą stawkę za swój koncert, a oni nie chcą biletów, bo chcą zarobić na wydarzeniu. Dla zespołów to idealna sytuacja. Więcej ludzi przyjdzie i cię zobaczy, jak koncert będzie za darmo, a ty masz za to zapłacone, bo organizator wie, co prezentujesz. Układ idealny, ale tak jest bardzo rzadko. Knajpy nie chcą płacić, nie obchodzi ich promowanie wydarzenia i jeszcze do tego mówią ci, że jesteś słaby, bo ludzie nie przyszli, bo musieli zapłacić dychę za bilet, a ty nie wiesz, co zrobić, bo oddałeś ostatni grosz na to, żeby tu przyjechać i się promować. Trzeba kombinować. Niestety nie wiem, jak jest w innych krajach. Żyję w Polsce i tu muszę umieć sobie z tym radzić.

rozmawiał: Bartek Szlapa

zapraszamy na fanpage zespołu