Piętnastego listopada ogłosiliśmy, że Meeow wygrał (i to z wielką przewagą) ze Straight Jack Cat. Konkurs wygrany, koncert zagrany. O to jak było zapytaliśmy ich po zejściu ze sceny, w oczekiwaniu na rodzinną kapelę Waglewskich. 

KSM: Jak wrażenia po koncercie?
Tomek: Nie podobało nam się! (śmiech)
Michał: Nie, wcale nie. Jesteśmy dumni, że mogliśmy zagrać i że nasz wspaniały fanpage dał radę. Bo to zasługa fanów. Nasi znajomi się skrzyknęli i jak jeden mąż wszyscy zagłosowali na nas.

KSM: Mocno ich namawialiście, czy pomogli wam sami, z dobrego serca?

Michał: Lobbing był ostry. Stworzyliśmy wydarzenie, rozesłaliśmy je do wszystkich i po raz kolejny okazało się, że nowoczesna technologia daje radę.
Magda: Zresztą bardzo dużo naszych znajomych puszczało info o tym konkursie dalej, do swoich znajomych, z prośbą o głosowanie – co było dla nas bardzo miłe.
Tomek: Dla mnie szokiem było to, że przeszliśmy dalej, bo konkurowaliśmy z zespołem, który faktycznie już coś osiągnął (Straight Jack Cat – przyp. red.).

KSM: Faktycznie, oni dawno niczego nie przegrali. Trochę im utarliście nosa.

Tomek: No właśnie, tym bardziej to jest zaskoczenie.

IMG_5014.JPG

KSM: A lubicie ich w ogóle?

Tomek: Ja muszę się przyznać, że niestety średnio znam ich repertuar.
Magda: Ja znam jednego z członków Straight Jack Cat – klawiszowca, który również gra w Kołłątajowskiej Kuźni.
Tomek: Ja ich twórczości nie znam, ale gdy zobaczyłem, co się dzieje u nich na stronie i fanpage’u, pomyślałem: “kurde, nie ma szans”. A jednak się udało. Pierwszym szokiem zresztą było to, że zaprosiliście nas do udziału, drugim to, że wygraliśmy. I cieszymy się, że gramy akurat przed Waglewskimi. Chcieliśmy z tej strony bardzo pochwalić i podziękować Oli z KSM za organizację. Pełen profesjonalizm, bardzo dobry kontakt. Na każdą naszą prośbę od razu była jakaś reakcja.
Magda: Tak, a wiemy, że czasami mocno dawaliśmy jej w kość (śmiech).

KSM: Dobra, dobra. Skończmy z tym lukrem. Pierwszy raz gracie w Rotundzie?

Tomek: Nie, mieliśmy już okazję tu grać. Co prawda nie z tym składem, ale zdarzyło się…
Maja: Ja akurat pierwszy.
Tomek: Madzia miała okazję wielokrotnie grać na przeglądach kabaretowych, a ja i Michał graliśmy na PKSie, który zresztą wygraliśmy. Po tym zespół się rozpadł, więc dodaliśmy jedną literkę do nazwy i znów gramy. Zamiast Meow jesteśmy Meeow.

KSM: Wiecie, że słyszałem już sporo wersji, jeśli chodzi o wymawianie nazwy waszego zespołu?

Maja: Tak, my też! (śmiech)

KSM: Więc jaka jest ta prawidłowa?

IMG_5015.JPG

Tomek: No właśnie ta, która padła na scenie, nie jest prawidłowa. Powinno być “mijoł”, a wszyscy, którzy się z nas śmieją, mówią “miau” (śmiech).
Magda: Pan na scenie też się z nas “śmiau”! (śmiech)

KSM: Wróćmy do Rotundy. Jak oceniacie sam klub?

Tomek: Ja z doświadczenia wiem, ze gra się tutaj bardzo fajnie. Wszystko jest w najlepszym porządku. Natomiast w dniu dzisiejszym nastąpił taki błąd, że po prostu mieliśmy za mało czasu. Nie zdążyliśmy tego wszystkiego posprawdzać i z naszej strony koncert wyszedł bardzo nerwowo. Reakcja publiczności była na szczęście pozytywna, więc mamy nadzieję, że nikt tego nie odczuł. Ja natomiast po zejściu ze sceny nie miałem uśmiechu na ustach tylko przekonanie, że mogło być lepiej.
Magda: Ale to też chyba wynika z naszego perfekcjonizmu.
Michał: Jest to w sumie nasz czwarty koncert, więc chyba nie było źle.

KSM: Czy supportowanie znanych kapel ma w ogóle sens?

Maja: Zawsze jest fajnie zagrać przed jakąś większą publicznością, kiedy to nie są tylko nasi znajomi.
Tomek: Przyznam, że w mojej “karierze” muzycznej zagrałem bardzo dużo supportów i uważam, że jest to bardzo fajne rozwiązanie. Ludzie idą na jakąś gwiazdę, a tymczasem nagle widzą coś nowego, co być może ich zaciekawi. Dla młodego zespołu jest to idealna opcja.

KSM: Muszę przyznać, że dawno nie widziałem tak fajnej publiki, która bawiłaby się również na supporcie.

Magda: Ja obawiałam się właśnie tego, czy publika nie potraktuje naszego koncertu jako czas na kupienie piwa… A tu faktycznie ludzie stali i słuchali!
Maja: Nawet byli zaciekawieni!

KSM: Podczas rozdawania biletów na dzisiejszy koncert zadaliśmy pytanie o imię i nazwisko waszego bębniarza. Sporo osób się wkręciło i dzielnie go szukało…

Magda: Tak, widziałam!
Michał: Nie mamy go w obecnym składzie, ale mamy swojego byłego perkusistę, Szymona Piotrowskiego, który być może jeszcze będzie z nami grał. W tym momencie pracuje w studiu nagrań w Norwegii, serdecznie go pozdrawiam. No i nie ukrywam, że mamy nadzieję, że zajmie się również naszymi nagraniami.
Tomek: Tak, bo naszym celem jest teraz nagranie jakiejś EPki, czyli 4-5 utworów, które moglibyśmy gdzieś sprzedać. Obecnie jedyne nagrania jakie mamy są totalnie amatorskie, z prób.

IMG_4990.JPG

KSM: Czyli obecny brak pałkera i loopy elektroniczne to nie jest sztywne założenie zespołu?

Tomek: Musieliśmy sobie w pewnym momencie jakoś poradzić. Zaczęliśmy grać akustycznie, zaczęło nam się to podobać, ludziom podczas pierwszych koncertów także, ale potem stwierdziliśmy, że dobrze by było jednak dodać tej muzyce pazura. Dołożyliśmy więc trochę loopów, beatu, dołu… i jakoś tak to wszystko zaczęło wychodzić.

KSM: Czyli to Wasze połączenie instrumentów akustycznych i elektroniki jest przypadkowe?

Magda: Nie do końca. W pierwszym składzie tej elektroniki też trochę było, więc po prostu do tego wróciliśmy.
Maja: I więcej eksperymentujemy.

KSM: Najbliższe koncerty?

Tomek: Niestety nie mamy nic w planach. Mieliśmy świetny koncert w Mile-Stone, gdzie bardzo chcielibyśmy znów zagrać. Moim marzeniem byłoby jednak zagrać z bębniarzem w Lizard Kingu. Nie wiem, jak to będzie wyglądało, bo Szymon wyjechał, ale obecnie jesteśmy w trakcie sprawdzania siebie. Dzisiaj sprawdziliśmy się na dużej scenie. Warunki były jakie były, ale odbiór był chyba pozytywny, więc może faktycznie warto byłoby spróbować z tym Lizardem…

KSM: Bardzo mało – jeśli w ogóle – mówiliście między kawałkami. To celowe?

Tomek: To wynikało z tego, że mieliśmy bardzo mało czasu na przygotowanie się do tego koncertu. Gdzieś tam dowiedzieliśmy się, że jesteśmy brani pod uwagi, za chwilę bum – i gracie! No i trzeba przyznać, że nie jestem dobrym speakerem, gdzieś tam kiedyś tego próbowałem, ale znajomi mówili mi, żebym odpuścił (śmiech)
Magda: A poza tym to wszystko jest wina basisty! Jeśli coś idzie źle na koncercie, to zawsze jest wina basisty!

 

rozmawiał: Bartek Szlapa

Więcej zdjęć z koncertu tutaj.