Chill e motion

Jak Wam się grało?

Zespół: Zajebiście

To teraz: skąd wzięliście sie tutaj dzisiaj?

Piotr Wojnarowski: Z Facebooka

Co to znaczy? Czy to Mark Zuckenberg maczał w tym palce?

Adrianna Szeląg: Wygraliśmy głosowanie na stronie Krakowskiej Sceny Muzycznej. Pokonaliśmy zespół Pancakes i mogliśmy zagrać jako support przed Wojtkiem Mazolewskim. Jesteśmy bardzo zadowoleni.

Czyżby to był drugi koncert w Waszej karierze?

Emilia Wójcikowska: Ba! Czwarty!

Już czwarty?

Emilia: No tak: Lizard, WOŚP, Zaścianek i tutaj jesteśmy czwarty raz.

Czwarty to nie czterdziesty, czyli to dość świeża sprawa.

Emilia: Małe kroczki, powoli do przodu.

No to opowiadamy od początku.

IMG_2470-250x200Ada: Nad naszymi utworami musieliśmy spędzić około dziewięć miesięcy. Kiedy w końcu byliśmy gotowi, mogliśmy ruszyć do boju, pełną parą. Na razie udało nam się w dwa miesiące zagrać cztery koncerty.

Średnia jest niezła. To jest pytanie, które na pewno będzie padać bardzo często w wywiadach: skąd pomysł na ten chill?

Ryszard Święch: Pomysł na chill wziął się stąd, że dostrzegliśmy pewną niszę w rynku muzycznym. Ludzie nie grają chilloutu. To znaczy grają go, ale w sposób automatyczny, czyli produkują muzykę w domu albo w studiu i później ją wykonują, a nasz pomysł był taki, żeby zrobić to na scenie, czyli wziąć osiem osób i robić to totalnie na żywo.

Pomysł nietypowy. Osiem osób to jednak dosyć potężny skład i niekoniecznie do tradycyjnej krakowskiej knajpy. W Żaczku się zmieściliście.

Ryszard: No, zostaje nam stadion, Błonia…

Czy tę decyzję poprzedziło jakieś badanie rynku, że chillout się sprzeda?

IMG_2517-250x200Ryszard: Bardziej poprzedziła ilość naszych znajomych, którzy grają wszystko inne, tylko nie to, co my. Od metalu przez rock, pop i tak dalej. Obserwacja rynku krakowskiego i tego, że wszyscy grają może trzy, cztery gatunki muzyki, których już nikt nigdy i nigdzie nie przyjmuje, i których wszyscy mają dość spowodowała, że dostrzegliśmy, że jest miejsce na świeżość.

Podchwytliwe pytanie: Wojtek Mazolewski Quintet może nie jest aż tak daleko muzycznie, ale z kim muzycznie byście się widzieli na jednej scenie?

Ada: Ze Smolikiem. Naszym największym marzeniem jest zagrać support przed Smolikiem. Jest naszym idolem, wzorujemy się na nim w jakiś sposób, słuchamy go.

Smolik i koniec, tak?

Piotr Bryk: Taka jest prawda, w Polsce takich twórców jest bardzo mało.

Piotrek W.: Ja bym chciał zagrać przed Jopek.

Rysiek: Przed Możdżerem.

Piotrek B.: Wszędzie tam, gdzie nas przyjmą i gdzie się zmieścimy.

Wszędzie tam, gdzie będzie trzeba wygrać z Pancakes. Nie żebym miał coś do Pancakes, muzycznie jednak bliżej Wam do tego co się dzieje tam na górze.

Ada: Podważamy wszelkie plotki, że się nie lubimy z Pancakesami – lubimy się i nawet ich saksofonista grał dzisiaj z nami.

Czyli można powiedzieć, że Pancakes też na swój sposób wygrało.

Ada: On był pewny, że zagra.

Piotr B.: Sam nie wiedział na kogo głosować.

Czy planujecie dalej startować w takich konkursach? Myślicie, że to coś daje?

Ada: Wygraliśmy konkurs na granie na Rynku w Krakowie na WOŚP. Byliśmy tym bardzo pozytywnie zaskoczeni, bo po zagraniu tylko jednego koncertu nie spodziewaliśmy takich propozycji.

Emilia: Jeżeli będzie nam sprzyjało szczęście, to pewnie będziemy szli w zaparte.

Ada: Startowaliśmy w DachOOFce – studenckim festiwalu w Zaścianku

Macie osiem osób i nietypowy gatunek. Czy każdemu z Was jest on bliski?

Emilia: To, że gramy w różnych składach i różną muzykę to chyba jest in plus bo nie jesteśmy zamknięci na jeden kierunek, na jeden gatunek. Staramy się robić inne rzeczy i wydaje mi się, że nam to wychodzi.

Ada: Poza tym trudno jest też zdefiniować gatunek chillout. Do tego co to właściwie jest doszliśmy, robiąc próby, tworząc nowe kawałki.

Emilia: Zawsze są spory na próbie – czego ma być więcej, a czego mniej i o co tak na prawdę chodzi w chilloucie. Czasem jest tak, że jeden drugiemu tłumaczy.

Po szkołach? Czy samouki?

Emilia: I po, i w trakcie.

Z punktu widzenia wokalistki – długo zajęło dopracowanie detali?

Ada: W zespole byłam od początku i tworzyłam z myślą o jednym wokalu, lecz padł pomysł urozmaicenia, między innymi w postaci drugiego wokalu. Znalazłam Emilię, którą wtedy w sumie jeszcze mało znałam.

Piotr B.: Na następnych koncertach będzie jeszcze więcej wokali.

Emilia: Tak, mamy tylu wokalistów w zespole.

Będzie płyta?

Ada: Na razie single. Jutro będziemy nagrywać kawałek I Don’t Care. To będzie takie live in studio. Również  film będzie nagrywany

Piotr B.: Ciekawe kto będzie nagrywał!

Kto?

Ada: Dominika i Natalia (przyp. Visual Listening – nasza ukochana KSMowa ekipa)

Live In Studio. Mówisz, że chillout się produkuje w domu na komputerku a rzadko w studiu w ośmioosobowym składzie. Myśleliście o takiej filozofii nagrywania? Czy zawsze będziecie to robić na żywo?

IMG_2533-250x200Ryszard: Na razie tak robimy, że nagrywamy sami. Spotykamy sie u mnie, tak jak robi dużo muzyków, Dido chociażby, najbardziej topowa gwiazda angielska. Ona nagrywa w domu, dużo wokali na przykład i dużo instrumentów. My też tak teraz robimy. Jak to się rozwinie, jaką drogą to pójdzie… to się okaże, czy trafimy do Abbey Road Studios za rok.

Piotr B: Prawda jest taka, że jutro będzie taki test, co możemy osiągnąć w studio live, a co możemy potem wyprodukować w domu.

Ada: Mamy kawałki o różnych charakterach, niektóre są takie stricte elektroniczne i nie ma ich sensu nagrywać na żywo, natomiast jutro nagrywamy taki kawałek, który jest bardziej akustyczny, więc jego warto nagrać w studiu

Jakie plany koncertowe w najbliższym czasie?

Emilia: Mamy taki koncert akustyczny: ja, Ada i Witek. Będziemy grać na gitarach i śpiewać.

Co chcecie przekazać czytelnikom?

Ada: Chcemy zaprosić Zbyszka Wodeckiego, żeby zagrał z nami na trąbce, więc jakby to przeczytał to zapraszamy. Polecamy się.

Piotr B.: Tak, czekamy z trąbką na Zbyszka, bo to nasz idol. Poważnie.

Zadzwonię i zapytam w Waszym imieniu. Dzięki za wywiad.

rozmawiał: Michał Wójcik

Wojtek Mazolewski

Jak się grało?

Świetnie.

Dwa bisy, owacje na stojąco.

Wiesz, moglibyśmy grać więcej, ale specjalnie tak ułożyliśmy. Wydaje mi się, że w tej części zasadniczej zagraliśmy dwanaście kawałków, które od różnej strony pokazały dzisiejszy stan zespołu i w dużej mierze odniosły się do dzisiejszego dnia. Stwierdziliśmy, że nie będziemy uprawiać już takiej, że tak powiem, samopałki na koniec i zakończymy jakoś to romantycznie.

Serio nagraliście płytę w trzy godziny?

Drugą.

Tak, mowa o Wojtku w Czechosłowacji.

Foto: Bolesta Media

Foto: Bolesta Media

Pierwszą nagrywaliśmy trzy lata. Może nie samą płytę, ale tak naprawdę proces powstawania samego zespołu i płyty zajął nam około trzech lat. To były bardzo ważne momenty. Potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby dojrzały w nas te wszystkie nuty na tyle, żebyśmy byli w stanie się nimi podzielić z resztą świata. Później, kiedy to sie stało i to pierwsze nasze dziecko ujrzało już światło dzienne zachwyceni reakcją publiczności i uniesieni tą energią z partyzanta nagraliśmy kolejny album. Cały czas zapowiadaliśmy, że kiedyś razem z Enveem i Maceo Wyro zrobimy coś w studio. Bardzo fajnie, że to się udało zrobić, bo to ich wspólne studio już nie istnieje, a wtedy znaleźliśmy chwilę pomiędzy jednym a drugim wyjazdem. Wpadliśmy tak, wydawało nam się, że tylko na próbę, a zażarło tak dobrze, że nagraliśmy wszystkie zakładane kompozycje, których było bardzo niewiele, plus kilka, które w ogóle powstały w studio, jak utwór Nionio, który do dziś jest takim jednym z najważniejszych elementów podczas koncertów.

Czy radość z nagrywania płyty w trzy godziny jest większa od radości nagrywania płyty nad którą się pracuje trzy lata?

Dla mnie nie do końca, bo ja uwielbiam to robić. Proces wymyślania tytułu i tego co się ma wydarzyć na płycie Polka, którą teraz przygotowujemy, tak na prawdę rozpocząłem chyba z osiem lat temu. Powróciłem do tego w momencie, kiedy powołałem zespół Wojtek Mazolewski Quintet i po płycie Smells Like Tape Spirit gdzieś tam miałem już na horyzoncie kolejny album w tym samym producenckim zamyśle. Że to będzie nagrane analogowo, że to będzie bardzo bliskie, uczuciowe, emocjonalne, że będzie na bazie klasycznego Quintetu, bez żadnych udziwnień, dodatków, bez żadnej postprodukcji współczesnej. Takie naprawdę sauté granie, tak jak w latach 60. czy 70. robili to Coltrane, Davis, Beatlesi czy później Zeppelini. Tylko zespół, taśma, pomieszczenie i to wszystko. Kolejną moją płytą miała być właśnie płyta Polka. Trafiło się, że przyszedł do nas Wojtek w Czechosłowacji. Dużą radość sprawiło to i nam, i jak widać publiczności, aczkolwiek była to taka płyta, która do nas wpadła. Jesteśmy ludźmi bardzo otwartymi na to, co się zdarza, żyjemy tu i teraz, bez żadnego zbędnego spoglądania daleko w przyszłość. Po prostu udało się.

Opowiedz coś więcej o Twojej współpracy z Johnem Zornem.

Grałem z nim w projekcie Cobra, kiedy przyjechał do Polski i realizował go bodajże w ramach Warsaw Summer Jazz Days. Mieliśmy jeden dzień prób i później koncert.

Jak to wspominasz?

IMG_2648-250x200Bardzo dobrze. Zorn jest bardzo surowy dla dwóch rzeczy: dla amatorszczyzny i dla biznesu muzycznego. Tak naprawdę to bardzo w tym go popieram. Okazało się, że w kontaktach z muzykami, kiedy pracujemy i tworzymy coś, jest bardzo ciepły, serdeczny. Zapytał, czy każdy ma wodę, przyniósł każdemu ręcznik, a było to kilkanaście osób. Zadbał o to, żeby każdy czuł się komfortowo. Pokazał to, że o nas myśli i później dzięki temu łatwiej nam się pracowało – ponieważ on dyrygował. Mieliśmy jeden dzień prób, gdzie musieliśmy się nauczyć jego całego systemu komunikacji. Ćwiczyliśmy to przez cały dzień i później zagraliśmy koncert. Oczywiście jest to fajne doświadczenie, kiedy możesz zagrać z człowiekiem, którego płyt słuchałeś wielokrotnie, pogadać i poczuć jego energię. Fajnie by było wziąć udział w projekcie, który miałby swoją kontynuację, ale projekt Cobra taki jest, że pojawia się w jednym miejscu i występuje bądź nagrywa płytę – nie wiem, dlaczego organizatorzy tego polskiego koncertu nie kontynuowali tego w formie nagrania. Wiem, że koncert był udany, Zorn zadowolony, my również. Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć w tym udział.

Są takie osoby, z którymi jeszcze chciałbyś zagrać?

IMG_2748-250x200Muszę powiedzieć, że dzisiaj mam bardzo dużo satysfakcji z tego, w jakich zespołach aktualnie gram. Nie mam przed sobą żadnej wizji zmiany składu. Patrzę na tworzenie muzyki przez pryzmat tworzenia zespołów i tworzę zespoły w świecie improwizacji i jazzu na wzór zespołów rockowych, takich jak Led Zeppelin, Red Hot Chili Peppers czy Rage Against The Machine, które uwielbiam. Tak naprawdę uważam, że zespół, który trwa ze sobą ileś lat, jest, przebywa, uczy się, ma dużo większą wartość niż zbiór najlepszych muzyków. Gdybyśmy w jednej drużynie mieli dziesięciu napastników, najprawdopodobniej ta drużyna nie wygrałaby meczu. Chodzi tak naprawdę o umiejętność budowania teamu, w którym każdy zna swoje miejsce i potrafi wystawić piłkę koledze, który jest dzisiaj w lepszej formie. Tworzenie czegoś dla ludzi wymaga wiele empatii i zrozumienia świata, tego, co się dzieje.

Czego Wojtek Mazolewski słucha na codzień? The Clash czy bardziej Coltrane’a?

Akurat dzisiaj czytam o The Clash. Ich biografia jest pasjonująca. Uwielbiam The Clash, Dead Kennedys. Zapraszam na  trasę Pink Freud z Lao Che już w marcu, usłyszycie takie hity, że pewnie się zdziwicie. Jeżeli chodzi o mój odtwarzacz, to rzeczywiście częściej znajduje się tam muzyka w stylu The Clash niż John Zorn. Dawno go nie słyszałem, ale to nie znaczy, że jazzu nie kupuję. Dzisiaj na krakowskim rynku kupiłem najnowszą płytę Marka Ducret. Cały czas pasjonuję się tymi dźwiękami, ale jest tak, że sam Zorn trochę odpuścił ten rodzaj napierania, który miał przez tak wiele lat. Zresztą wcale mu się nie dziwię. Może potrzebuje trochę oddechu, nagrywać inne płyty. Staram się oczywiście obserwować to, co się dzieje i muszę się przyznać, że – nie wiem czy z racji wieku, czy ilości muzyki, jaka powstaje dziś – jestem bardzo zaskoczony tym, że nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego. Pamiętam, że kiedyś miałem przed oczami i w uszach większość interesujących dźwięków, które się pojawiały, a dzisiaj dużo częściej ludzie zaskakują mnie czymś, czego nie znam. Słucham bardzo dużo różnych rzeczy i cieszę się na przykład z tego, że ktoś, po tylu latach, dostrzegł zespół Warpaint, którego debiutu słucham od lat. Zaraziłem mnóstwo ludzi muzyką tych czterech dziewczyn z Los Angeles i zawsze na trasach sobie słuchamy tego przed snem. Także bardzo różnie, od radykalnych dźwięków improwizowanych przez mainstream jazzowy, którego słucham mało, ale w najlepszym wydaniu, czy to Shortera czy zespołów Dave’a Hollanda, do rockowej alternatywy w postaci właśnie Warpaint.

Masz czas, żeby przesłuchać cały album?

„Dorobiłem się” w końcu sprzętu w domu, lampowego, z gramofonem, dobrych głośników i jak wracam do swojej pracowni do Gdańska, to zawsze mam ze sobą mnóstwo pięknych zdobyczy kupionych na trasie w postaci płyt winylowych. Zasiadam sobie wygodnie na kanapie, nalewam sobie coś dobrego do picia, żebym nie musiał wstawać, i oddaję się przyjemności słuchania muzyki. I to nawet bez analizowania. Analizuję częściej muzykę w samochodzie. Jeżdżę starym Volvo, w którym system audio jest bardzo dobry, i mam nadzieję, że jeszcze długo pojeździ, bo spędzam w nim mnóstwo czasu. Wtedy analizuję bardzo dużo muzyki, kupuję płyty CD i sprawdzam, co się dzieje.

Miałeś okazję wysłuchać supportu?

IMG_2788-250x200Oczywiście, że tak. Muszę szczerze powiedzieć, że nie jestem jakimś wielkim fanem chilloutu i nazwa grupy, i to epatujące ukierunkowanie na tą dziedzinę, było jak dla mnie lekko odstraszające. Później zauważyłem, że tak naprawdę bardzo szeroko postrzegają różne elementy. Jeżeli otworzą w sobie serce i siłę do tworzenia i zobaczą, że to w ogóle otwiera ich i nie będą się tego obawiać, bo muszą być chilloutowi albo jacyś, jeśli pozwolą sobie być zespołem, który po prostu wykorzystuje swój potencjał, to wróżę im wiele możliwości bo widać, że mają w sobie talent. Fajnie, że są razem. Tworząc zespoły zdaję sobie sprawę z tego, że żaden z nas w pojedynkę nic nie zdziała. Moja wartość uzyskuje megawielokrotność w spotkaniu z kolegami z zespołów. To, że jesteśmy razem, że pracujemy od lat, że się szanujemy, słuchamy, uczymy się od siebie, decyduje o tym, że nasza muzyka i potencjał wzrasta.

Często zdarza się Wam brać supporty? Czy to z Pink Freud, czy z kwintetem?

Nie. Zasadniczo nie, ponieważ ze względów technicznych, różnych rozwiązań klubowych nie jest to konieczne, a tak naprawdę lubimy grać, więc moglibyśmy grać bez końca. My, jako zespół, nie potrzebujemy takiej formuły. Dopiero wtedy, kiedy organizator czuje, że jest taka potrzeba, bądź zgłasza się do nas ktoś, kto bardzo fajnie gra i chciałby dzięki temu, że przed nami wystąpi, zaprezentować się w swoim mieście, bądź w innym, to czasami się na to zgadzamy. Nie dzieje się to często, ponieważ wymaga to zgody wszystkich członków zespołu i tak dalej. Fajnie, jeżeli to jest kompatybilne z nami, bo ważne jest, żeby szanować publiczność i nie zmuszać jej do tego, żeby słuchali czegoś, co się po prostu pojawiło. Szczerze powiem, że dzisiaj organizatorzy zrobili samowolkę zapraszając ten support. Nie wiedziałem o tym, ale nie mam z tego powodu żadnych złych uczuć. Cieszę się, że ten zespół zagrał, i że się dobrze zaprezentował. Mam nadzieję, że są zadowoleni.

Wróćmy do kwintetu. Spodziewałeś się takiego sukcesu?

IMG_2965-250x200Szczerze muszę powiedzieć, że kiedy nagrywałem pierwszą płytę, byłem na takim bardzo poważnym zakręcie życiowym. Nikt o tym nie wiedział, ja tego głośno nie ogłaszałem, ale wtedy przez rok zespół Pink Freud w ogóle nie koncertował i zawiesił swoją działalność, a ja zająłem się swoim zdrowiem albo jego odzyskaniem. Później postanowiłem, że na przekór wszystkiemu spróbuję jednak zrobić coś nowego i nie będę wracał do starych przyzwyczajeń, czy korzystał ze swoich przywilejów, które wynikają z bycia jednym z pinkfreudów i spróbuję odnieść się do tego, co mnie w życiu spotkało bardzo osobiście, więc założę zespół, który będzie grał w pełni moje kompozycje, takie bardzo uczuciowe, z serca. Bardzo proste w sensie wyjścia ze mnie. We Freudzie szukamy sobie różnych chwytów, bawimy się muzyką w ten sposób, że układamy ją. To nie są zawsze jeden do jeden emocje – muzyka. Sterujemy nimi, żeby jeszcze je zawoalować, nadać im dziwną formułę i zobaczyć, czy ludzie się zorientują, że tutaj zmieniliśmy, a tutaj dodaliśmy, a tutaj utworzyliśmy rebus, a tutaj kostkę rubika. Bardzo często słyszałem wcześniej, że ci, którzy uważali, że Pink Freud odniósł sukces niesłusznie, twierdzili, że to z powodu tego, że idealnie łączymy różne stylistyki, albo że ja jestem człowiekiem, który idealnie dobiera sobie partnerów, nie tylko muzycznych, ale też takich, którzy tworzą nam okładki i tak dalej, i że to jest zasługa tych wszystkich innych rzeczy. Powiedziałem: dobra, w porządku, to ja zrobię zespół sauté, który będzie grał tylko na pianinie, kontrabasie. Aha, jeszcze, że postprodukcji używamy, tniemy i tak dalej. Powiedziałem: dobra, nagram płytę tak, jak to robili Beatlesi, Hendrix, Coltrane. Wszystko będzie jeden do jeden i zobaczymy, czy to się uda. Sam nie wiedziałem. Robiłem eksperyment sam na sobie. Chciałem zobaczyć, czy rzeczywiście jeżeli odrę się ze wszystkich „talentów” i zostanę tak jakby na lodzie, to czy to dalej będzie miało siłę przyciągania, czy będzie dawało ludziom szczęście, refleksje. Bo tak naprawdę chodzi mi o to, żebyś wychodził z koncertu naładowany tak, że jak jutro wstaniesz, to będziesz chciał zmieniać coś w sobie. Dzięki temu, że zmienisz to w sobie, zmienisz też nasze życie. O to chodzi.

Dzięki wielkie. Nie przeszkadzam dłużej.

Dzięki, super. Gdzie to się w ogóle pacnie? Gdzie to robisz?

Krakowska Scena Muzyczna.

Super! Puśćcie mi w ogóle linka, możemy tam coś dopisać jeszcze…

rozmawiał: Tomek Bysiewicz

Więcej zdjęć z koncertu tutaj

korekta: Igor Goran Kadir