Karl Culley – „The Owl” 

Jesienią 2011 roku filigranowy Brytyjczyk w kapeluszu z piórkiem przeciskał się z gitarą na scenę krakowskiego klubu Studio, aby wystąpić w charakterze supportu przed pomarszczonymi legendami wyspiarskiej hardrokerki z Uriah Heep. Stojąc na zapleczu, jako że za parę chwil mieliśmy zamienić się miejscami, obserwowałem, jak w ciągu góra dziesięciu minut w pojedynkę doprowadził brzuchatą i odzianą w wypłowiałe skórzane kurtki publikę do wycia. Co on tam, kurwa, wyrabia?, spytał ktoś, ktoś inny wzruszył ramionami. A co takiego Karolek wyrabiał? Nic szczególnego. Śpiewał i grał na gitarze. W kapeluszu z piórkiem.

Culley teoretycznie nie powinien był dożyć tego występu, gdyż jego zamiary od początku były niecne i skrajnie nieprzyjacielskie: przyjechał, aby zabrać NAM jedną z NASZYCH, polskich kobiet, diamentów Europy, które przecież przynależą NAM, schabowym chłopcom z Krakowów, Kielców, Chełmżów, Warszawów i innych dumnych, pachnących pieczonym dzikiem prasłowiańskich osad. Gdzież temu delikatnemu, wąsatemu Brytowi do nas, krzepkich łowców turów i niedźwiedzi? Nijak. I w ten sposób prawdopodobnie należy wytłumaczyć fakt, że Karl wciąż żyje i ma się dobrze: wróg został zlekceważony i niedoceniony. Legia Warszawa – Lechia Gdańsk 0:1.

Prawda jest jednak taka, że Karl to niezwykle miły i utalentowany, importowany dżentelmen oraz poważny muzol, potrafiący przeprowadzić jednoosobowy sceniczny blitzkrieg przed dwoma tysiącami ludzi i spalić cegłę z tremy na koncercie dla dziesięciu okularników  w Massolit Books. Sam nigdy by się w ten sposób nie wyraził, bo jednostka to skromna i przepełniona pokładami subtelności oraz uprzejmości – w przeciwieństwie do piszącego te słowa – niemniej fakty są takie, że Karl rozgania swoim kapeluszem z piórkiem na cztery strony świata legiony pojękujących, pryszczatych i nieprzyjemnie pachnących singerów/songwriterów rodzimej produkcji. Tak jest, tłustowłose gnomy w cobainowych sweterkach. Skończył się dzień dziecka. Czas zająć odpowiednie miejsce w szeregu, a więc pod schodami, w schowku na buty, ewentualnie w działkowym kompoście dziadka.

Singer/songwriter. Kiedy rozdawano Cashów, Dylanów i Waitsów, delegat Kraju Przywiślańskiego prawdopodobnie akurat wpierdalał gdzieś na mieście mielonego. Nie ukrywajmy: nie obrodziło. Jesteśmy społeczeństwem chłopskim. Singer/songwriter w naszych warunkach to grandżująco-hipisujący złamas na wzór Rafała Olbrychskiego z filmu Słodko gorzki, ucieleśnienie socjalistyczno-cygańskiego mitu chłopca z gitarą i wiatrem we włosach. Częste atrybuty: prochowiec, nieświeże loki, 30 kilogramów wagi. Gitara akustyczna. Drżący głos i łzy w przygasłych oczach. Struny trącone. Płynie rzeka opowieści o wyobcowaniu, samotności, delikatnych zachwytach zwykłymi zjawiskami przyrody, wróbelkiem, gołąbkiem, wstydliwych przyjemnościach i długich rozmowach z własną, nieśmiałą niczym wiosenny pączek erekcją w zaciszu letniego poddasza.

Sraina sragodności, drodzy Państwo. Zamykam oczy, rozpieram się w fotelu i imaginuję sobie tuziny, setki singer/songwriterskich beztaleńć wpadających do rwącego potoku rozgrzanej lawy. Słyszę ciche syki, towarzyszące rozpuszczaniu się ich smutnych kostek. Wrażliwość? Charyzma? Błagam. Charyzmę to miał John Lee Hooker, a nie jakiś Grabaż. Problem podobno zauważyły już lokalne Koła Myśliwskie, wydając zgodę na wolny odstrzał konkretnych osobników. Piotr Bukartyk – bach. Tomasz Mars – bach. Graftmann – bach. Letters From Silence – bach, bach (dwóch ich tam jest).

Culleya na tej liście nie ma i nie będzie, ponieważ w sposób jaskrawy odróżnia się od reszty genre’u, należąc do niego również bezdyskusyjnie. Na The Owl nie ma pół grama awangardy, to wolumin absolutnie piosenkowy. Substancja zajebistości tej płyty mieszka w jej nastroju, czujności i – mimo dość prostych środków – imponującej muzykalności naszego zawodnika. Przyłożony do lekkości takiego Stars dowolny track Wojciecha Waglewskiego, przy całym szacunku, brzmi niczym stąpanie mamuta po zamarzniętym jeziorze.

Folkowa melodyka Culleya często odsyła materiał w dość nieoczywiste rejony, bliskie Clannad, Enyi czy Kate Bush. Również dzięki temu pachnące delikatnie, lecz nieprzesadnie Johnem Martynem piosenki/niepiosenki Culleya zyskują drugie, transowe dno, w Never Desert A Dying Horse trafnie wyeksponowane za pomocą partii bębnów. W ogóle całe The Owl brzmi jak soundtrack do wędrówki przez stary, gęsty las. Stars mogłoby spokojnie okazać się coverem Robin Hooda z jego solowej, debiutanckiej płyty.

Stuletnie drzewa skrzypią na wzmagającym się wraz z upływem dnia wietrze, a sherwoodowy, leśny feeling towarzyszy całej płycie. The Owl daleka jest jednak od monotonii. Culley nie trzyma się  kurczowo mglisto-pogańskich tonów i co jakiś czas, nie krygując się zupełnie, wyjeżdża z bezczelnie durowym i łaszącym się do ucha tematem (Bound For The Ground, Play Fair), wykonując również po  drodze radykalny odpał pod postacią tracku numer osiem, The Shady Woods, balansującego na granicy wczesnej beatleski i przerwy reklamowej w amerykańskiej telewizji śniadaniowej lat 70-tych. Wycieczki te nie burzą jednak klimatu albumu, a wręcz przeciwnie: wzbogacają płytę o bezcenną cnotę niewymuszoności i naturalności, tak, że wspomniana wędrówka przez las staje się w istocie wędrówką wspólną – u boku samego Karla. Za inne rzeczy zapłacisz kartą Mastercard.

Co więcej, Culley nie zamula – przez większosć płyty chyżo skiffluje, fingerstyluje i flażoleci, jedynie na wysokości tytułowego The Owl zdecydowanie schodząc z dynamiką do poziomu niespiesznego bicia akordów, uzyskując w ten sposób nieco harcerski sound, ponownie – bezbłędnie współpracujący z klimatem całości. Tracki na The Owl są zwarte, zbite i konkretne. Czas trwania siedmiu z jedenastu nie przekracza trzech minut. Nie ma tu ani grama tłuszczu, ani grama rozlazłości.

Do momentów cesarstwa z całą pewnością należy zaliczyć super-trafione zawieszenie na wysokości 2:14 w otwierającym płytę Bed at Sea, subtelne i hipnotyczne Stars, czujne falsety w The Owl i Bound For The Ground, prześliczne Star-like Bead. Irytować może natomiast fakt, że co jakiś czas ma się ochotę otworzyć dołączoną do płyty książeczkę celem sprawdzenia, czy śpiewa na pewno Karl Culley, a nie przywrócony magicznie do życia przez Herne’a Myśliwego w środku prastarego boru Jeff Buckley. Z pominięciem nierozwiązanego i w pewnym stopniu prowadzącego donikąd Never Desert A Dying Horse, gdzie niespodziewaną wizytę składa słuchaczowi Thom Yorke, buckleyoza rozprzestrzeniona jest na wokalu dość intensywnie i powszechnie. Jeśli ktoś nie był w stanie przełknąć Grace, nie przełknie również The Owl. Hiperłącze jest wyraźne. Łatwo odnieść również wrażenie, że mimo swojej zwartości album jest zwyczajnie za długi o jeden utwór. Nothing Moves On The Mountain idealnie wieńczy płytę pod względem dramaturgicznym, w efekcie czego numerek jedenasty i faktycznie ostatni, Leaves Are Bright As Dancing Fire, zgrabny, lecz mało wyrazisty, nie jest w stanie zaczepić się w pamięci mimo piątego, dziesiątego, dwudziestego przesłuchania i sprawia silne wrażenie tracku zbędnego, na doczepkę.

Culley nie odkrywa na swojej drugiej płycie Ameryki. Nie zmienia to faktu, że The Owl powinno nakurwiać żwawo w mniej komercyjnych stacjach radiowych, a Stars lub Star-like Bead, w przeciwieństwie do niezbyt fortunnie wybranego na singiel Never Desert A Dying Horse, zamiatać Pectusy, kaktusy i inne bliskoznaczne, mainstreamowe śmierdzidełka na bok na Liście Przebojów Programu Trzeciego, czy czego tam teraz słuchają maturzyści z rodzicami. Może się jednak okazać, że droga z Harrogate, North Yorkshire, UK do Krakowa, PL jest znacznie krótsza od tej prowadzącej od szczerego, pełnego wyczucia i talentu, choć wyciszonego i skupionego grania do stosownej medialnej ekspozycji, szczególnie w kraju Chopina, Piłsudskiego i Tupolewa. Pozostaje trzymać kciuki za Culleya i słuchać The Owl, bo to fajna płyta.

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

http://www.karlculley.co.uk/

[soundcloud url=”http://api.soundcloud.com/tracks/47525685″ params=”” width=” 100%” height=”166″ iframe=”true” /]