Mają rozmach i poczucie humoru w Fabryce. Trzy koncerty jednego wieczoru, a każdy z innej szuflady. Kameralna alternatywa, post rock i niespodziewanie psychodeliczny rock w odstępie niespełna czterech godzin. Wszystko punktualnie, z bardzo dobrym nagłośnieniem i fajnymi wizualizacjami. Muzyczny set w przerwach między koncertami wchodził trochę za szybko i nie bardzo pasował do muzyki granej na żywo, ale wybaczamy. Plus za organizację, teraz o muzyce.

Peter River

Punktualnie o 19 na scenie pojawiła się trójka z Peter River. Światło zgaszone, dymy przykrywają scenę – jedziemy. Koncert zainaugurowała plama dźwięku, za chwilę niespiesznie dołączenie perkusji i wreszcie jednoosobowy chórek odpowiedzialny za całą melodykę openera. To Apolla, jedyny utwór w trakcie tego koncertu, którego później można sobie przesłuchać w Internecie. Kawałek roztacza spokojny i nieco monotonny pejzaż i stanowił niezły punkt wyjścia dla tego, co będzie działo się później. Dwójka – American Star – nie odbiega daleko, przejmuje chłodem klawiszowego outro. Potem mieliśmy jeszcze wejście w postdubstepowe buty na Sweat Pea z histerycznym keyboardowym solo, zadziorny gitarowy hook na Fell i eksperymentujące Cold Outside.Peter-River-2.jpg I to generalnie tyle po pięciu piosenkach – utwory Peter River sprawiają wrażenie niedokończonych szkiców, wyczuwalny jest brak stylistycznej tożsamości – surowa, garażowa perkusja współistnieje tu z intensywnymi plamami syntezatora i oddaje im pola, pozbawiając brzmienie kręgosłupa. Brzmienie nasuwa wiele skojarzeń, lecz brak mu spójności. Z jednej strony nie ma tu basowej głębi i produkcyjnego szlifu znanych choćby z poczynań ultrapopularnego The xx. Z drugiej cała rockowa przestrzeń między uderzeniami w bębny i struny gitary jest absorbowana przez elektroniczne plamy, ze szkodą dla tych pierwszych. Wreszcie z trzeciej strony, zespół unika pisania bardziej przebojowych kawałków i szkoda, bo z takim instrumentarium nic, tylko zasłuchać się w lata 80 i robić post punk. Z tym ostatnim chyba nawet jest coś na rzeczy – spójrzcie na fejsa Peter River i tylko spróbujcie powiedzieć, że ta grafika nie ma nic wspólnego z okładką Unknown Pleasures!

Tyle byłoby uwag po pięciu z sześciu piosenek Peter River tego dnia. Szóste było Night. Rzut oka w notatki z koncertu: „nastrojowy”, „dostojny”, „zimnofalowy”, „masywny”. Z wrażeniami tam na żywo nie ma co dyskutować. Dalej znajduję jeszcze skojarzenie syntezatora z Push the Sky Away Nicka Cave’a i Do Rycerzy… Besides-10.jpgHeya, wreszcie wymyślam nowy gatunek – „lo fi post rock”. Innymi słowy, było nieźle. To właśnie na tym kawałku wszystkie dźwiękowe elementy układanki zespołu znalazły się na swoim miejscu wnosząc jeszcze wartość dodaną – niepowtarzalny nastrój. Szkoda, że musieli kończyć. I szkoda, że nie można znaleźć tego na yt.

Besides

No i przez przypadek hasło „post rock” pojawiło się wcześniej niż miało. Jednak dopiero w muzyce Besides nabiera ono właściwego, archetypicznego (a nawet karykaturalnego) wydźwięku. Besides wygrali muzyczny talent show Polsatu, więc kto oglądał, ten wie. Reszta mogła w Fabryce na własne oczy przekonać się kim zachwyca się (nowy, wygładzony) Rogucki. Jaki jest koń, każdy widzi. Besides nie wzorują się na pionierach – to nie garażowe eksperymenty Slint, odjechane kompozycje Talk Talk ani formalne eksperymenty Godspeed You! Black Emperor. Post rock w wykonaniu polskiej czwórki jest homogenizowany, lekkostrawny, sprowadzony do gitarowych ballad bez wokalisty, oparty na ogranym do bólu schemacie głośno-cicho, taki trochę bardziej wyszukany muzak. Okej, tyle marudzenia.Besides-5.jpg

Taki post rock na żywo, no kurde!, daje radę. Zostawiając na boku stylistyczne zaszłości, zagadnienie nowatorstwa, autentyczność i autentyczność na siłę, na samym końcu zostaje muzyka, instrumentalna maestria i naiwna radość obcowania z żywym brzmieniem. Wystarczy rzut oka na scenę – trzech gitarzystów z przodu, perkusja z tyłu i tak bez zmian przez godzinę. Mogliby tak drugie tyle (i trzecie). Zaiste widowisko to w jak najbardziej zachodnim wydaniu i takie God Is an Astronaut, które widziałem w tym samym miejscu rok wcześniej nie ma niczego, czego brakowałoby polskiej czwórce. Za to bilety tańsze i miejsca pod sceną więcej. Nieporównywalnie więcej. I jeszcze koniec koncertu, z odkładającymi po kolei instrumenty muzykami, tak że wreszcie zostaje sam perkusista – rzecz widziana nie raz, a zawsze robi wrażenie.

Ania Rusowicz

I czas na gwiazdę wieczoru. I kolejna stylistyczna wolta, chociaż nie taka, jak mogłoby się na oko wydawać. Ania Rusowicz z debiutu to nie ta sama Ania Rusowicz, co na płycie Genesis i promujących ją koncertach. A więc zamiast bigbitowej stylizacji i gry PRL-owską Ania-Rusowicz-17.jpgkliszą mamy psychodelizujące animacje, czterech Czesławów Niemenów w zespole i spowitą w zwiewne szaty piosenkarkę. To nic nowego powiedzieć, że nie sposób znaleźć w Polsce artystki penetrującej obszary bliskie Rusowicz. Za to można zaryzykować stwierdzenie, że i w przeszłości nie znajdziemy jej odpowiedniczki. Nie będzie nią Janis Joplin ani Mira Kubasińska. Rusowicz nie wyłamuje się ze współczesnej konwencji, a jedynie zręcznie wykorzystuje wyobrażenia na temat muzyki sprzed lat. Jej koncert był pełen solidnych, rockowych melodii, z promującym Genesis kawałkiem To Nie Ja na czele. Jednostajny, ciężki rytm, przesterowany riff i bezbłędny refren porwały do tańca publiczność, która wreszcie wypełniła szczelnie miejsce pod sceną Fabryki. A i tak największe wrażenie zrobiło wykonanie Whole Lotta Love – w końcu jak szaleć, to na całego. W tym miejscu należą się wyrazy uznania dla Niemenów – akompaniujący zespół zrobił wszystko, żeby ze średnich kompozycji wyciągnąć maksimum rockowej energii. Standardowy zestaw perkusja, gitara, bas wzbogacony o organy Hammonda brzmiał i wyglądał (jeansowe kamizelki, spodnie dzwony, zarost i włosy w stylu „Jezus”) znakomicie. Docenić trzeba też interakcję samej Ani Rusowicz z publicznością, a także wielkoduszność jednego z fanów, który w końcówce oddał artystce własne piwo. Chwilami bywało też drętwo, jak wtedy, gdy po raz trzeci usłyszeliśmy, że jesteśmy „zajebiści”, albo że „politycy handlują naszym życiem i robią sobie z nas jaja”, albo że piosenka Ptaki wcale „nie jest o męskich genitaliach”. Trudno.

Ania-Rusowicz-8.jpg

Bisy wybrzmiały przed 23.00, a cały dzień można uważać za zamknięty i udany. Wszyscy wykonawcy pokazali się z dobrej strony. Pod adresem każdego można sformułować krytykę. Peter River potrzebuje dopracowania materiału i więcej stylistycznej spójności. Besides przeciwnie – wpadli w pułapkę stojącego w miejscu gatunku, za to osiągają na tym polu wyżyny. Ania Rusowicz zasłania wykreowanym wizerunkiem i świetnym zespołem przeciętność materiału. Ale skoro ja i reszta publiczności bawiliśmy się naprawdę dobrze, przywołane zarzuty mają drugorzędny charakter.

Maciek Cierpioł.
Galeria zdjęć z koncertu: http://krakowskascenamuzyczna.pl/2018/gallery/besides-peter-river-ania-rusowicz-fabryka/#_