Radość, miłość, zabawa, gigantyczna dawka pozytywnej energii. Tak można opisać koncerty Crystal Fighters, lecz w rzeczywistości żadne słowa nie są w stanie oddać tej magicznej atmosfery jaka wytwarza się na ich koncertach. W sobotę 25 października, mogliśmy przekonać się o tym sami w Klubie Studio. Uśmiechnięte twarze, piękne kobiety (zarówno na scenie jak i wśród publiczności), kwiaty, pióropusze we włosach… Przez te półtorej godziny to nie był XXI wiek. To była beztroska impreza prosto z lat 50, gdzieś w słonecznej Kalifornii.
Jako support, o czym dumnie wspominaliśmy w artykule, zaprezentował się nasz krakowski SoundQ. Widziałem ich już kilka razy, ale ten koncert podobał mi się najbardziej. Co prawda, ostatniego numeru nie zdążyli zagrać, bo na scenie pojawił się Pan, który jasno pokazując na zegarek, oznajmił że to koniec ich czasu. Choć i tak grali 40 minut – dość długo jak na support. Należą się również słowa uznania dla organizatorów – ten support pasował stylistycznie do gwiazdy. Nie był kompletnie z innej bajki, nie grał dokładnie tak samo, po prostu pasował. Moim zdaniem, w pełni zasługują by zagrać na całej trasie jako opening act. Nie wyszli na scenę zestresowani ani przerażeni. Nie wyszli też z nastawieniem by zagrać swoje i jak najszybciej zejść. Wyszli z zamiarem przekonania
do siebie publiki. Kuba Kubica (wokalista) robił wszystko by zachęcić ludzi do zabawy i, niezaprzeczalnie, radził sobie bardzo dobrze. SoundQ zostali przyjęci bardzo pozytywnie i ciepło. Nawet pojawili się ludzie na rękach! Nie mogę też pominąć czarującej Ani, która nie tylko wyglądała świetnie, ale również jest odpowiedzialna za całą elektronikę na żywo, z czym radziła sobie bardzo dobrze. Bardzo udany support.
Crystal Fighters. Już na samym początku kupili mnie samym wejściem, które przywodziło na myśl dobre rockowe początki koncertów z lat 70. Gitara + perkusja robią hałas. Potem już setlista złożona z samych hitów. Solar System, Separator, You & I, Love Natural, LA Calling, czy najnowszy singiel Love Allight. Na bis jak zawsze – I Love London, Wave i Xtatic Truth. Tyle o utworach. Sebastian, w swoim pióropuszu i całym stroju, jest niesamowitym frontmanem. Dla niego ta scena była za mała. Również gitarzysta (Graham) potrzebuje więcej miejsca dla swoich biegów. Dwie piękne wokalistki nie pozostają dłużne kolegom z zespołu! Moją osobistą faworytką jest Eleanor, która śpiewa i przede wszystkim wygląda nieziemsko. Brak zmarłego przed miesiącem Andrea na bębnach był bardzo słyszalny. To już nie jest ten sam groove, mimo, że jego zastępca stara się jak najwierniej odtworzyć jego partie. W trakcie koncertu, ze sceny padły, jakże piękne i wzruszające, słowa by przytulić osobę, z którą przyszło się na koncert, w ramach oddania hołdu zmarłemu perkusiście – tego nie kupiłem. Zaraz po tym akcie miłości wobec bliźniego, nadszedł moment „to make as much noise as you can” by Andrea usłyszał – to już kupiłem.
Tak jak już wspominałem na początku, Crystal Fighters mają ten niesamowity dar, który
sprawia, że ich koncerty są wyjątkową, niezapomnianą zabawą. Można ich muzykę na chłodno ocenić jako kreskówkową, z pozytywnymi melodyjkami i wesołymi tekstami. Jednak na żywo to wszystko nabiera niesamowitej mocy, energii, która napawa każdego pozytywnymi uczuciami. I jakkolwiek ckliwie to nie zabrzmi – miłość, radość, szczęście – naprawdę takie uczucia wypełniają każdego na ich koncertach. Jest coś w tych melodiach i prostych, wesołych tekstach, co sprawia, że w ten mroźny, październikowy, jesienny wieczór Klub Studio przeniósł się w lata 50. i stał się słoneczną, beztroską kalifornijską plażą.
Organizacyjnie, jak to w przypadku Knock Out Productions zawsze bywa, nie mam nic do zarzucenia. Frekwencyjnie Koncert nie był, jak poprzednim razem, wyprzedany, ale prawie 1000 sprzedanych biletów w Klubie Studio to naprawdę świetny wynik. Zaobserwowałem jednak jeden negatywny trend, który – mam nadzieję – niedługo przestanie istnieć. Koncert Crystal Fighters zaczął przypominać trochę mszę świętą – wszyscy przychodzą, nie za bardzo wiedzą po co, i raczej ukradkiem patrzą jak inni są ubrani, a nie na główny show. Oczywiście znaczna większość to ludzie, którzy wiedzą po co przyszli, widać to po ich zachowaniu. Jednak była też część pozerów, z toną żelu na włosach, ubranych jak na pokaz mody, patrzących na innych wilkiem, albo z wyższością. Mój apel do Was – nie przychodźcie i nie zajmujcie miejsca ludziom, którzy przyszli się bawić na koncert.
Więcej zdjęć z koncertu dostępne tutaj.