Jak pewnie wiecie, już dzisiaj w Klubie Piec’ Art Acoustic Jazz Club odbędzie się wyjątkowy koncert pod naszym skromnym patronatem.
Jako jego przedsmak zapraszamy do lektury wywiadu z gwiazdą dzisiejszego wieczoru, Olą Bieńkowską.
KSM: Co będziemy mogli usłyszeć na koncercie w Krakowie? Utwory z płyty? A może szykujecie jakieś niespodzianki?
Ola: Ponieważ w Krakowie – rodzinnym mieście naszego znakomitego gitarzysty Jacka Królika – nie mieliśmy jeszcze przyjemności zagrać, publiczność usłyszy cały materiał z płyty. Natomiast ze względu na akustyczny, jazzowy charakter klubu Piec’ Art, w którym wystąpimy, postaramy się więcej muzykować, improwizować i nie traktować naszych piosenek zbyt formalnie.
KSM: Opowiedz nam proszę kilka słów o płycie.
Ola: Piosenki, które napisałam z Krzysztofem Herdzinem nazywam pop-jazzem o słowiańskim sercu i zachodniej duszy. To utwory pisane całkowicie po angielsku, trochę o charakterze „songwriterskim”, ale z podtekstem jazzowym i funkowym.
KSM: Grasz bardzo dużo koncertów na całym świecie. Co sprawia Ci więcej radości – komponowanie i tworzenie nowej muzyki czy występ przed publicznością?
Ola: Obydwie formy sprawiają mi równie dużo przyjemności. To po prostu zupełnie inna odpowiedzialność, grać rzeczy, które są całkowicie moje. Przy cudzych koncertach ryzyko, że coś pójdzie nie tak, jest poza mną. Jestem po prostu wynajętym muzykiem, nie mam takiego bagażu odpowiedzialności, nie czuję takiej presji. Ale z kolei naturalnym jest, że i satysfakcję mam dużo większą, kiedy mój własny koncert jest ogromnym sukcesem. Wtedy smakuje on jeszcze bardziej.
KSM: Z jednej strony ciepłe melodie, jazzowe kompozycje – z drugiej strony pełny buntu Pink Floyd. Do czego bliżej jest Oli Bieńkowskiej?
Ola: Przyznam, że lubię „maczać palce” w różnych gatunkach. Osoby, które słuchają mojej dosyć lirycznej i łagodnej w sumie płyty mogą się szczerze zdziwić na koncercie, kiedy okazuje się, że jestem silniejsza, ostrzejsza. Kolejna płyta, mam nadzieję, taka właśnie będzie. Natomiast śpiewanie rocka też nie do końca jest moją bajką. Traf chciał, że śpiewam piosenki Pink Floyd od ładnych kilku lat, ale gdybym nie pojawiła się kiedyś na castingu w Liverpoolu, być może nigdy bym takich rzeczy nie śpiewała.
KSM: Dopiero niedawno zaczęłaś karierę solową, mając duży bagaż doświadczenia. Myślisz, że znajomość branży Ci pomaga?
Ola: Są dwie strony medalu. Z jednej strony mam wobec siebie dużo wyższe oczekiwania wynikające ze świadomości, jak mogłaby wyglądać moja muzyczna droga. A jednak zaczynając tak późno, pomimo tego całego doświadczenia, muszę przejść dokładnie to samo, co każdy inny debiutant – zwłaszcza bez wsparcia ogromnej wytwórni. Konsekwentnie, krok po kroku buduję swoją publiczność, mając nadzieję, że z każdym miesiącem będzie coraz lepiej. Praca przy innych projektach daje mi perspektywę tego, do czego chciałabym dążyć z cierpliwością właściwą świadomej i dojrzałej, ale jednak debiutantce.
KSM: Czujesz się spełnioną artystką?
Ola: Tak, ponieważ od kilku lat udaje mi się żyć z mojej największej pasji, czyli śpiewania. Nie, ponieważ jeszcze tyle piosenek chciałabym napisać i jest tyle projektów, w których chciałabym wziąć udział. Jestem zarazem wdzięczna za przeszłość i mam jednocześnie wielki apetyt na muzyczną przyszłość.
KSM: Jakie jest obecnie Twoje największe marzenie muzyczne, skoro osiągnęłaś już tak wiele?
Ola: Chciałabym napisać płytę, która byłaby jeszcze lepsza od debiutu i trafiła do szerszej publiczności. Marzę też o tym, żeby bardziej zaangażować się w inne projekty muzyczne tu, w Polsce. W ogóle chciałabym więcej grać we własnym kraju niż za granicą. Niestety, na razie nie wydaje się to – jeszcze – możliwe.
KSM: Czy zmienia się stosunek do muzyki w momencie, gdy staje się ona sposobem na życie?
Ola: Na szczęście nie. Zawsze chciałam, żeby muzyka była przede wszystkim moją przyjemnością, nagrodą, pasją. I na razie, chwała bogu, tak jest, mimo że jest moim sposobem na życie. Dzień, w którym przestałaby nią być, a stała się zamiast tego głównie źle kojarzoną mozolną pracą, uznałabym za dzień osobistej klęski. Zaczęłabym wtedy pewnie na siłę zajmować się czymś innym, żeby po jakimś czasie znowu poczuć radość muzykowania i tworzenia. W takim filozoficznym sensie chciałabym, żeby muzyka zawsze pozostała moim najpiękniejszym hobby, a nie codziennością.
KSM: Przeglądając Twoje plany koncertowe można zauważyć, że bardzo dużo koncertujesz. Masz czas na jakieś inne pasje poza muzyką?
Ola: Oczywiście. Uważam, że to nasz indywidualny wybór czy będziemy mieli czas na pasje, czy też damy się „wessać” w wir jednostajności. Nawet kiedy nie mam „czasu”, staram się go stworzyć. Przede wszystkim lubię po prostu pożyć – spotykać się z przyjaciółmi, chodzić na cudze koncerty, odwiedzać nowe miejsca, spędzać czas z rodziną, wynajdywać piękne rzeczy do mieszkania, chodzić na wystawy… Z natury jestem typem obserwatora, lubię doświadczać innych i ich życia. Ale z wiekiem coraz częściej lubię angażować się w akcje czy przedsięwzięcia. Absolutnie nie żyję tylko muzyką.
KSM: Wielu ludzi uważa, że takie programy jak DDTVN bardziej szkodzą prawdziwemu artyście niż go promują. Zgadzasz się z tym twierdzeniem?
Ola: Myślę, że na różnych etapach pracy artystycznej styczność z tego typu programami na żywo to znakomita szkoła dla każdego artysty oraz metoda dotarcia do nowego widza. DDTVN jest nadzwyczaj gościnne i cieszę się, że miałam okazję kilkakrotnie tam wystąpić. Nie jest to jednak forma promocji dla każdego artysty. Natomiast jeśli jest jedyną metodą na wyjście do widza – to znaczy kiedy poza telewizją artysta nie koncertuje, nie spotyka się z publicznością – to moim zdaniem coś jest „nie tak”.
KSM: Ukończyłaś sławną Liverpool Institute for Performing Arts Paula McCartneya. Jak wspominasz tę uczelnię? Tylko szczerze!
Ola: Bynajmniej nie było to idealne miejsce. Było „ludzkie”, tak jak i ludzie, którzy go stworzyli. Ale to było moje miejsce. Rozwinęłam w nim skrzydła. Uwielbiałam tę szkołę. Szczerze. Byłam na wydziale, na którym mogłam spróbować wszystkiego, tak jak lubię. Właśnie taka jestem. Lubię zaśpiewać, ale też dobrze się czuję w niektórych zadaniach aktorskich. Z przyjemnością też pomagam organizacyjnie w różnych przedsięwzięciach. Uwielbiam też tworzyć coś nowego, coś z niczego – czy to piosenka, czy to sztuka, czy to biznesplan trasy. W tej szkole promowano właśnie takie holistyczne podejście do bycia artystą, bycia „człowiekiem renesansu”.
KSM: Jakie rady dałabyś dzisiaj młodym dziewczynom, które chcą zrobić taką karierę?
Ola: Jeśli zrobię karierę, to odpowiem na to pytanie (śmiech). Trochę sobie żartuję, ale prawda jest taka, że każdy marzy o swoim własnym modelu kariery, a najczęściej cele i marzenia zmieniają się z czasem, wiekiem i miejscem na drodze zawodowej. Za to młodym dziewczynom, które po prostu marzą o tym, żeby śpiewać, powiedziałabym: jeśli to kochacie, to róbcie wszystko, żeby śpiewać. Chodźcie na „jamy”, zapiszcie się na lekcje śpiewu, grajcie z kumplami w kapelach, startujcie w konkursach… Bądźcie coraz lepsze i nie poddawajcie się, bo to zawód, w którym nieraz można dostać po głowie. Póki szczerze kochacie to, co robicie, i staracie się to robić za każdym razem coraz lepiej, będziecie szły do przodu. I szanujcie siebie nawzajem. Nie musimy uwielbiać każdego zespołu, artysty, czy ich muzyki, ale to ciężka praca dla wrażliwców, więc zawsze miejcie szacunek dla serca, które w tę muzykę wkładają.
KSM: Jak zareagowałabyś, gdyby przyszedł do Ciebie dzisiaj sławny agent i złożył propozycję: „Zrobię z Ciebie gwiazdę światowego formatu, ale musisz iść na ustępstwa, trochę złagodzić i poddać cenzurze radiowej swoje piosenki. Wiesz – standardowa budowa utworu, maksymalnie 3 minuty, chwytliwy refren. Co Ty na to?”
Ola: To jest wbrew pozorom bardzo ciężkie pytanie i trudno na nie odpowiedzieć bez wchodzenia w mnóstwo niuansów. Wszystko zależy od sytuacji, tego co chcemy osiągnąć w muzyce, w karierze i w życiu. I czy mamy poczucie własnej nieomylności, czy też wierzymy, że taki agent może mieć wielkie doświadczenie w promowaniu dobrej muzyki i potrafi wydobyć z artysty to, co najlepsze, czy też szuka prostej formuły na skróty. Dlatego odpowiem – to zależałoby od agenta i od tego jakie miałby intencje oraz umiejętności wykreowania artysty. Może konkretna piosenka skrócona do 3 minut brzmiałaby świetnie (śmiech). Ale jeśli byłaby to jakaś pomyłka, na pewno powiedziałabym nie.
KSM: Wolisz grać kameralne, małe koncerty w klubach, czy wielkie show dla ogromnej publiczności? Czy jest w ogóle jakaś różnica?
Ola: Jest różnica i to ogromna, dlatego lubię obydwie formuły. Małe kluby to szansa na intymność, czas na muzykowanie, próbowanie zagrania tego samego inaczej, na większe skupienie. Duże koncerty to ogromna adrenalina, poczucie siły, ale też pewna anonimowość tłumu. Ale niezależnie od wielkości koncertu, najfajniejsze jest to, że każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. Nigdy nie zagrałam dwóch podobnych. I to jest wspaniałe.
rozmawiał: Bartek Szlapa