Parę tygodni temu zostałem poproszony o udzielenie wywiadu dla programu „Kraków Kontra Reszta Świata”. Jestem wylewny, a przed kamerą czuję się jak ryba (czasem w wodzie) więc wygadałem się → http://www.youtube.com/watch?v=DGl3OnFVSwk

Jednak ostatni temat poruszony w rzeczonym materiale bynajmniej nie został wyczerpany. Pytanie, które zadał Filip brzmiało: Co trzeba zrobić, żeby – jako młoda krakowska kapela – gdzieś dojść?

Jest to oczywiście zagadnienie z gatunku niewyczerpywalnych – hipotetyczne analizy można snuć godzinami jedynie pogłębiając depresję wynikającą z tego, że ktoś już doszedł, a my nie. Dlatego zamiast bezowocnych rozważań, z mojej strony, zresztą jak zwykle, otrzymacie garść konkretów*.

W tym miejscu wypada się przedstawić, bo być może, czytelniku, nie wiesz kim jestem i jakim prawem w ogóle zabieram głos. Otóż nie jestem nikim specjalnym. Gram w dwóch z kilkuset zespołów działających w Krakowie. Złożyło się tak, że przez parę ostatnich lat moje życie obraca się wokół różnych aspektów muzyki – handlowych, marketingowych, organizacyjnych, i koniec końców, artystycznych. Szczęśliwie złożyło się też tak, że jakby nie patrzeć, z tego obecnie żyję (co to za życie – to zupełnie inny temat). Pomijając ten fakt, jestem zupełnie taki jak Ty – mam zespół i chcę żeby mój zespół „gdzieś doszedł”, żeby osiągnął sukces. Bo po co robić coś, jeśli nie ma się to zakończyć… hm, sukcesem?

MITYCZNY SUKCES

Na początek być może zabawna, a na pewno znamienna historia. W krótkim wywiadzie z jednym z (lepszych) krakowskich zespołów pada z naszej strony przewrotne pytanie mające na celu wyciągnięcie z podświadomości najbardziej skrytych tajemnic: Jakie pytanie chcielibyście usłyszeć? W odpowiedzi dostajemy: Czy chcecie podpisać z naszą wytwórnia umowę na wydanie płyty? Nasza odpowiedź brzmi TAK. I bam. Mamy naszą najintymniejszą tajemnicę większości młodych kapel.

Zapomnijmy o tym, o czym czytaliśmy w dziesiątkach biografii i biogramów – że z ulicy porywają muzyka przedstawiciele firmy fonograficznej, a potem już tylko imprezy i rokendrol. Zapomnijmy o rocznej trasie koncertowej po świecie. O sprzedaniu milionów płyt. O wiecznej sławie i chwale. Z kilku powodów.

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Czasy, jak widać za oknem, się zmieniły. Nigdy nie było inaczej, ale dzisiaj chyba już nikt nie ma wątpliwości – majorsi nie mają nic wspólnego z odnajdywaniem nieokrzesanych talentów ze względu na ich wartość artystyczną. Ich jedynym (tak, jedynym) celem jest spieniężenie artysty i tylko w takich kategoriach można ich działalność postrzegać. Lokalne realia również nie napawają optymizmem. Polska to rynek rozwijający się. Jako taki, jest wiecznie „kilka lat z tyłu”. Żaden oddział polskiego majorsa nie posiada wystarczającej autonomii, by aktywnie wyszukiwać talenty i proponować im lukratywne kontrakty. W tym kraju nie inwestuje się w muzykę lub w wyznaczanie nowych trendów. Tutaj, w najlepszym wypadku, inwestuje się w pewny zysk. Powoli sytuacja ta ulega zmianie – w każdej branży zresztą – jednak daleko nam do upragnionego zachodu, gdzie od czasu do czasu nawet duże wydawnictwo wesprze eksperyment.

Nawet jeśli wpasowujesz się idealnie w profil artysty komercyjnego (cokolwiek to oznacza) lub przestałeś marzyć o majorsie, szanse bycia „wyłapanym” przez A&R dowolnej (sensownej**) wytwórni są wręcz zerowe. I nic dziwnego – przypominam, że żyjemy w XXI w. Rozejrzyj się: ile zespołów widzisz dookoła, ile wydawnictw, ilu potencjalnych odbiorców? Do the math.

Cały powyższy wywód wprowadza lekko depresyjny nastrój, a jego cel jest przecież zupełnie odwrotny. Sprowadza do parteru, ale tylko po to, by móc realnie ocenić szanse, siły i zamiary. Zamienić puste marzenia na konkretne cele. I wcale nie mam na myśli rezygnowania z bycia celebrytą, bo darmowy poczęstunek i błysk fleszy to na pewno super sprawa.

Niewielkie szanse współpracy z dużym wydawnictwem nie przekreślają sukcesu jako takiego. Wszakże pracę, którą kiedyś siłą rzeczy musiał zająć się sztab specjalistów, możesz dziś wykonać sam. Całkiem sam.

 (WŁASNA I CIĘŻKA) PRACA

Pytania o złote rady od czasu do czasu kierowane są do scementowanych autorytetów muzycznych, a co gorsza, czasem również do tych skamieniałych. Sytuacja ta przypomina w gruncie rzeczy internetowy mem: Panie premierze, jak żyć? Skąd u licha premier ma to wiedzieć, skoro żyje w totalnie oderwanym od rzeczywistości świecie politycznego hajlajfu. Analogia do gwiazd mainstreamu muzycznego aż nazbyt oczywista.

Mainstream muzyczny z politycznym (i chyba każdym innym) mam wrażenie łączy również to, że pozycja celebryty coraz rzadziej łączy się z faktycznymi zasługami. Sukces w mainstreamie to w większej mierze rola zaplecza (obecnie chyba głównie finansowego). Sukces w warunkach niezależnych to przede wszystkim własna, ciężka praca.

Praca w przypadku zespołu to przynajmniej kilkanaście aspektów, a żaden bez pozostałych nie jest kompletny. Skupienie się na jednym z nich, a pominięcie innego automatycznie zmniejsza szanse dojścia w ciekawe miejsca.

Jako starzejący się malkontent muszę przyznać, że mam nieodparte wrażenie, jakoby praca z instrumentem (najbardziej chyba „własna” ze wszystkich) była na szarym końcu priorytetów życia młodego rokendrolowca. Dziewczyny, imprezy – okej. Ale po co w tym wszystkim ta cholerna gitara? Nie rzucam kamieniem, bo sam nie jestem bez winy: rzężę i buczę, nie gram. Po prostu dzielę się obserwacjami. Nie jest żadną wymówką to, że Kurt Cobain grać nie umiał, a umarł sławny. Jeśli przeanalizujecie kilku zawodników (choćby żyjącego jeszcze bębniarza tejże kapeli) i przyjrzycie się ich grze z bliska, okaże się, że to absolutni zawodowcy. Tak, Nirvana grała prościej niż Dream Theater. Ale w tej wąskiej dziedzinie hałasowania działali z dokładnością do setnego miejsca po przecinku. Iście po amerykańsku – swój temat opanowali zawodowo. Więc jeśli nie umiesz(-cie) zagrać swoich numerów tak, żeby wszystko się zgadzało, to jeszcze nie czas na sławę. Deal with it.

Gdy już dajesz radę z instrumentem, a z kolegami z zespołu umiesz porozumiewać się bez słów i w nawet największej zadymie zawsze wchodzicie na raz, czeka Cię dużo innej, jeszcze fajniejszej pracy.

Czyjej? Własnej.

W pewnych przypadkach „Ty” można rozpatrywać w znaczeniu kolektywnym, zupełnie jak w poprzednim akapicie – grać muszą umieć wszyscy, jako zespół. W działaniach pozamuzycznych nie wygląda to wcale inaczej. Jednak nie licz na to, że ktoś odrobi zadanie za Ciebie albo że za darmo zdecyduje się żyć Twoim życiem. To twoja własna odpowiedzialność, Twoje własne błędy, Twój własny pot, Twoje własne sukcesy. Oczywiście wspaniale jest, gdy w tym miejscu „Ty” to nadal kolektyw, na tym wszakże polega zespół, but still, jeśli chcesz mieć zespół, to „zrób sobie go sam”, a nie czekaj aż zjawi się książę na…(okej, to nie ta bajka, ale analogia bardzo adekwatna).

Powyższe słowa dotyczą również kwestii menedżera. Brak owej postaci w szeregach zespołu niejednokrotnie wymieniamy jako ten ostatni czynnik uniemożliwiający wbicie się na panteon gwiazd. Młode kapele za nic w świecie nie mogą zrozumieć, dlaczego wciąż brakuje równie młodych, zaangażowanych i utalentowanych menedżerów. Hint: nie ma z tego kasy, a bycie handlowcem nie jest takie fajne jak bycie muzykiem (a w gruncie rzeczy do bycia handlowcem właśnie sprowadza się w dużej mierze praca menedżera). Oczywiście nie lada rozdwojenia jaźni wymaga menedżerowanie samemu sobie, często ze szkodą dla obu aspektów działalności – artystycznej i „handlowej”. Jest to jednak wykonalne, a właściwie niezbędne. Czekając na menedżera niejedna dobra grupa potrafi się zestarzeć, a ostatecznie rozpaść w pył. To bardzo smutny fakt, ale zamiast ubolewać, nie pozostaje nic innego jak wziąć dodatkowy etat na własne barki. W słowach pocieszenia dodam – w prywatnej rozmowie z Licą, tym od dziecięcych śpiewów, usłyszałem takie oto słowa: Menedżment? Nie rozumiem, po co ci menedżment. My od początku robimy wszystko sami. Da się? Da się.

Ale będzie ciężko. Nie ma się co oszukiwać. Efekty wymagają dużego nakładu energii. Oczywiście możesz być tym złotym dzieckiem, któremu wszystko przychodzi łatwo, ale życie pokazuje, że 99 na 100 przypadków złotych dzieci to CHOLERNIE CIĘŻKA PRACA, której po prostu nie widzisz, bo pracują wtedy, kiedy nikt nie widzi (a Ty siedzisz przed telewizorem i pijesz piwo). Jest to też, należy dodać, praca żmudna i niewdzięczna. Każdy jej aspekt. Podczas gdy Twoi znajomi idą na imprezę, Ty siedzisz z instrumentem. Gdy Twoja dziewczyna śpi, Ty wysyłasz kolejne maile z zapytaniami o koncert. Musisz miksować nową płytę, nawet wtedy, kiedy już nic nie słyszysz. Walczysz z powolnym komputerem, by zrobić kilka poprawek na plakacie i wysłać go na czas do drukarni… Podczas gdy inni żyją normalnym życiem, treścią Twojego staje się praca, która na dodatek rzadko wiąże się bezpośrednio z muzyką.

Warto tu przytoczyć wywiad z niejakim Glacą, tym od dziwnych masek i buntowniczej muzyki, który wspomina o czymś, co nazwał „amerykańskim etosem pracy”. Daleki jestem od gloryfikowania z automatu wszystkiego co amerykańskie, ale dziwnym zbiegiem okoliczności podobne zeznania składa każdy, kto miał okazję działać z tamtejszą „branżą muzyczną” (w przypadku Glacy był to Justin Chancellor znany z Toola, więc gruba sprawa). Czytamy tutaj → http://www.fabrykazespolow.pl/wywiad/item/97855-amerykanski-etos-pracy-wywiad-z-glaca

GROMADZENIE KAPITAŁU

Ważnym tematem jest pojęcie gromadzenia kapitału, przy czym chodzi tu raczej o kapitał w sensie społecznym czy muzycznym, nie finansowym. Ot, nie od razu Kraków zbudowano – kolejny truizm, o którym jednak często się zapomina. Od półtora roku gracie próby w piwnicy, a wszyscy znajomi, którzy wpadli posłuchać, mówią, że nieźle to żre – czyli już jest nieźle. Niestety jakość zamknięta przed światem nie stanowi sama w sobie interesującej nas wartości. Jakość tę jednak można (należy) przełożyć na popularność, czyli należy zbudować fanbase. Jak wspomniałem, nie robi się tego za pomocą ukrywania się w salach prób. Najlepszym, najpewniejszym i jedynym słusznym (bo stricte muzycznym) sposobem jest – uwaga – granie koncertów. Niekoniecznie wszędzie i zawsze, jednak zbytnia wybredność nie jest wskazana. Notabene jest to kolejny powód dla którego trudniej „osiągnąć sukces” w późniejszym wieku – staruszkom podnoszą się standardy i nie chcą już jeździć za darmo przez pół kraju. A do tego niestety się to sprowadza, bo nie da się od razu grać koncertów dobrych i odwiedzanych przez tłumy. Niejednokrotnie pierwszy koncert to szał wśród znajomych ze szkoły, jednak po czasie znajomym się nudzi, nowych fanów nie przybywa, późniejsze koncerty świecą więc pustkami. Bywa i tak, że na rozwój trzeba poczekać (grając!) kilka lat, a znudzonych fanów trzeba na nowo pozyskiwać. Łatwo w takiej sytuacji obwiniać właśnie ich za ten stan rzeczy. Trudniej przyznać przed samym sobą, że nie grało to może jeszcze tak, jak powinno. Najpierw więc szlifujemy, potem zdobywamy miasto. To samo tyczy się tras koncertowych – żeby ludzie przybiegli na nasz koncert na drugim końcu Polski, trzeba dać im się poznać z jak najlepszej strony. Kilkukrotnie. Dopiero wtedy (nierzadko po latach) dopadnie nas komfort grania trasy, na której zarabiamy, śpimy w łóżkach, jemy homary i generalnie rzecz biorąc gramy na swoich zasadach. Grając pierwszy koncert w Suwałkach, nie możesz liczyć na zwrot kosztów i setkę fanów pod sceną. Po prostu to tak nie działa. Na pocieszenie, ponownie z prywatnej rozmowy, tym razem z Bartkiem Borówką – Czesław, ten od śpiewania, dopiero przy którejś z rzędu trasie stał się Czesławem, tym od programu w telewizji i telefonii komórkowej. Niejednokrotnie zdarzało mu się grać dla prawie pustych sal, a teraz setki, tysiące fanów. Da się? Da się.

ODPOWIEDNI MOMENT

Budowanie kapitału nie służy jedynie dobremu samopoczuciu wynikającemu ze świadomości, że posiadamy jakiś dziwny, bliżej nieokreślony kapitał. Budujemy go po to, by w odpowiednim momencie go użyć. Pozwolę sobie teraz zaatakować od drugiej strony i poruszyć temat wszelkich konkursów i przeglądów – czyli sytuacji, które teoretycznie stwarzają szansę wykorzystania kształconej jakości i zebranego doświadczenia. Jako uczestnik przebrnąłem przez kilkanaście z nich (kilka nawet wygrywając, ha!), byłem świadkiem może kilkudziesięciu innych, zasiadałem w jury może w pięciu, a zorganizowałem góra dziesięć. Każdemu nowemu konkursowi, który trafia mi w oko przyglądam się z zaciekawieniem z perspektywy muzyka, organizatora i sponsora – ot, zboczenie zawodowe. Oto i wniosek z obserwacji: większość z tych konkursów sama w sobie nie posiada przesadnej wartości wymiernej. Atrakcyjne nagrody finansowe, które umożliwiają wykorzystanie wygranej w bezpośredni sposób to garstka wydarzeń na skalę Polski. Reszta to nagrody „do wykorzystania pod warunkiem, że masz czym”: poznanie ludzi, zaprezentowanie się nowej publiczności, pokazanie się jury, w którym nigdy nie wiesz kto zasiada i kiedy spotkasz go ponownie, wygrana typu support przed gwiazdą, granie na juwenaliach, trasa koncertowa. Takie rzeczy nie są wygraną samą w sobie. Są wygraną dopiero po tym, jak je zrealizujesz, wykorzystasz, wyciśniesz z nich wszystkie możliwości. A to możesz zrobić tylko wtedy, gdy jesteś na odpowiednim poziomie (mentalnym, muzycznym, medialnym, każdym innym). Bo co da Ci granie przed Metallicą, jeśli nie jesteś wystarczająco dobry, żeby skraść serca ich słuchaczy? No dobra, może coś da, ale…

To samo tyczy się popularnych programów telewizyjnych – na nic chwilowy boost popularności, jeśli nie pójdziesz za ciosem: płyta, klip, trasa, promocja itp. Fani w wersji „instant” przychodzą tak szybko, jak odchodzą, są wszakże „kliknięcie” od bycia (lub niebycia) fanem. A płyty, klipu, trasy i przede wszystkim doświadczenia i obycia scenicznego po prostu nie da się zrobić od razu. Trzeba budować je stopniowo, a to co z zewnątrz wydaje się być natychmiastowym sukcesem, jest nieraz poparte wieloletnią żmudną i z pozoru bezowocną pracą. Żeby nie być gołosłownym, poprę to przykładem niemuzycznym, choć w moim odczuciu jak najbardziej na miejscu → http://viniciusvacanti.com/2011/09/12/the-long-grind-before-you-become-an-overnight-success/

Wytrwała praca to nie jedyne podobieństwo zabawy w zespół do biznesu. Żeby gdzieś dojść, potrzebny jest też plan.

(BIZNES) PLAN

Może być to zaledwie zarys działań. Nie musisz go uwieczniać w żadnej stałej formie. Może ulegać modyfikacjom w zależności od sytuacji życiowych. Ale istnieć powinien. Twoim planem początkowo może, a nawet powinno być „pogranie sobie” – nie jestem do końca pewien, czy twórcza praca artystyczna może przebiegać w klimacie wyrabiania założeń. Niemniej jednak gdy masz już pewne karty w ręku, warto wiedzieć co z nimi zrobić, a działanie na oślep nie zawsze jest najlepszą strategią. Żeby się rozwijać, należy obierać cele i konsekwentnie je realizować: w tym roku demo i pierwszy koncert. W przyszłym roku klip i 30 koncertów. Za dwa lata sto tysięcy fanów na fejsie i koncert na urodzinach KSM 😉 Jeśli „pogranie sobie” nie przekształci się w pewnym momencie w konkret, będzie w najlepszym wypadku miłym spędzeniem czasu ze znajomymi, w najgorszym zaś trwonieniem czasu, energii i pieniędzy na coś, co nie ma szans na żaden rozwój. Ponownie przywołam obrazki z przeglądów muzycznych czy konkursów – widuję dziesiątki kapel, które nie mają na siebie nawet pół pomysłu, które po prostu „sobie grają”. I nie ma w tym nic złego, póki bezplanowe i bezpomysłowe zespoły nie zaczynają mieć nadziei na coś więcej (a o takie nadzieje łatwo, nie bez kozery przecież stajemy wszyscy do rywalizacji). Wtedy pojawia się smutek, gorycz, w efekcie zgorzknienie i siwe włosy.

POŚWIĘCENIE

Ostatnim składnikiem jest poświęcenie i wiara. Do skutecznego działania trzeba absolutnego, totalnego przekonania. Czy jesteś w stanie iść tą drogą, mimo wszystkich trudności? Nie chodzi tutaj o wspólny okrzyk bojowy czy o łatwy entuzjazm po dobrym koncercie. Chodzi tutaj o wszystkie momenty załamania wiary, niedostrzegania sensu i efektów. Czy wierzysz w to, że to jedyna droga dla Ciebie? Jeśli nie, to od razu wybierz inne, łatwiejsze, przyjemniejsze.

Po raz trzeci i ostatni na długo odwołam się do kultury USA i modnych tam mów motywacyjnych. Gardzę nimi i prycham na sam widok nadętych ludzi sukcesu prawiących komunały w oparach bezkrytycznej aprobaty zebranej publiczności. Jednak w tych konkretnych słowach dostrzegłem coś znajomego. Zastanów się, całkiem serio, czego chcesz i czy chcesz tego naprawdę. Ja się zastanowiłem. Zobaczymy gdzie dojdziemy. A tymczasem kończę już, bo ileż można. Jest 3:56 rano 😉

A, cytat. Na koniec:

Most of you said that you want to be successful, but you don’t want it bad. You just kinda want it. You don’t want it bad than you want to party. You don’t want it as much as you want to be cool. Most of you don’t want success as much as you want to sleep! Some of you loves sleep more than they love success.

And I am here to tell you today: If you are wanting to be successful, you have to be willing to give up sleep.

Eric Thomas

* Ostrzegam, choć chytrze bo z gwiazdką i małym drukiem – to sarkazm. Największym konkretem w tym artykule będą linki i cytaty. Jak zawsze!

** Bezsensowne labele nieoferujące muzykom nic oprócz krępujących a niekonkretnych kontraktów pominę milczeniem.