Z pewnością nieraz zdarzyło Wam się trafić na koncert kompletnie Wam nieznanego zespołu i wyjść z imprezy zachwyconym, ba!, wręcz zauroczonym! Mnie spotkało to ostatnio, wieczorem 5 lutego w Pięknym Psie.

Na chwilę przed planowaną godziną rozpoczęcia koncertu byłam chyba pierwszym gościem w klubie. Ktoś w reakcji na moje przyjście zainteresował się tym, że można by postawić już kogoś z biletami przy drzwiach. Sala powoli się napełniała (ostatecznie prawie „zapełniła się” po godz. 22), a ja przysłuchiwałam się próbie.

Koncert z małym opóźnieniem (przymiotnika „mały” używam tu jedynie w celu zachowania poprawności politycznej) rozpoczął zespół Modern Lies. Czwórka młodych chłopaków definiuje swój styl na pograniczu indie rocka, alternative rocka i post-punka. Trzy gitary, w tym dwa przeplatające się wokale, i perkusja. Zespół ma jak na razie na koncie jedną EPkę, Mimo wszystko.

Było głośno i energicznie. Chłopaki przełamali dystans między publicznością a sceną, stworzyli atmosferę… zabawy. Zabawy, w której publiczność była trochę podzielona. Dla tych, którzy wybrali bardziej spokojny odbiór muzyki, z pewnością problemem była słaba słyszalność wokalu. Ciężko ocenić, czy był to problem z nagłośnieniem, czy z chaosem na scenie, ale tekstów, śpiewanych w języku polskim, nie dało się kompletnie zrozumieć. Mimo to kilka utworów wtłoczyło we mnie dobrą energię, między innymi Przegrywamy czas. Sądzę, że reszta z nich mogłaby wpłynąć równie pozytywnie, gdyby tylko wokal… był bardziej akceptowalny. Koncert przypominał raczej spotkanie przy piwie. Sporo żartów, głównie autoironicznych, trochę wygibasów lidera, mieszające się dźwięki przy mikrofonie. Niezła impreza, tylko nie wiem, czy akurat na to miały ochotę wszystkie osoby kupujące bilet. Chłopaki mają dobrą energię, jest to pewien potencjał. Z pewnością mają również swoją grupę fanów. Halo, Chłopcy czy Chemia porywają publiczność, mimo że na koncercie nie za bardzo udało mi się z dźwięków wyłowić spójne utwory. Z pewnością zespół inaczej brzmi na scenie, inaczej na płycie. Osobiście życzę chłopcom sukcesów i trzymam kciuki, aby udało im się przelać swoją energię na kolejne płyty.

Jednakże to nie Modern Lies był moją gwiazdą wieczoru. Miłego zaskoczenia – owego, jak wyżej: zauroczenia – doznałam za sprawą The Duffs. Przejęli oni scenę jako drudzy i zagospodarowali ją godnie. Duffsi to trójka młodych mężczyzn. Dwie czarne koszule, jedna pomarańczowa i szelki. Grają dobrego rocka, w którym gdzieś po kątach chowa się brudny grunge. Aż człowieka serce boli, gdy dowiaduje się, że nie nagrali jeszcze żadnej płyty!

Zaczęli stonowanym, ale zdecydowanym The Song About Hope, odkrywając swoje magiczne dźwięki. Stworzyli na scenie klimat, zarażając nim, piosenka po piosence, całego Pięknego Psa. Przed sceną z czasem tłoczyło się coraz więcej ludzi, a przy barze dało się słyszeć rozmowy brzmiące mniej więcej tak: „Nie spodziewałem się, oni są naprawdę świetni!”. Nie musieli „bajerować” publiczności, broniła ich muzyka. Niebanalny głos Marka Mrozowskiego ubarwił mocne rockowe brzmienia gitary. Wokal to zdecydowanie karta przetargowa Duffsów, nadaje grupie wyraźnego, niecodziennego charakteru. Jest tak dobry, jak zmanierowany – przez co niezwykły. Rewelacyjnie brzmiał w This is The World, Wonder czy Day Dream! Zespół potrafi zarówno zachwycić spokojnym tonem, jak i zerwać na nogi. To tak strasznie boli, gdy nie możesz posłuchać sobie w domu czegoś, co wywarło na tobie tak duże wrażenie na koncercie – chłopcy, to okrucieństwo!   W Pięknym Psie grali tak, że nawet najwięksi ignoranci zaczynali tupać nogą. Mają swój wyraźny styl, w którym są konsekwentni i spójni. Są świetnym materiałem na duże rockowe sceny, mimo że tak dobrze brzmią w nie do końca zapełnionym Pięknym Psie!

To był zdecydowanie udany koncert. Miło było mi poznać Modern Lies, miło było mi zachwycić się The Duffs. Dużą stratą byłoby dla polskiego rynku muzycznego, gdyby Duffs’om nie udało się nagrać płyty. Grupa ma niesamowity potencjał, wybija się spośród początkujących zespołów. Swoją drogą nie mogę chłopców tak nazwać, bo brzmieli jak starzy wyjadacze, mimo że świeżo i czarująco. Sądzę, że po koncercie nie tylko ja czekam z ciekawością na płytę. Ufam, że jeszcze nieraz o nich usłyszymy.

Zdjęcie jest autorstwa Marioli Milaniak i zostało wykorzystane za jej zgodą