Panie i Panowie, drodzy goście, czcigodna rockowa rodzino. Przybyliśmy tutaj tak tłumnie, aby pożegnać jeden z najlepszych krakowskich zespołów.

W ten niezbyt wesoły sposób rozpoczynam ową relację, bo też nie jest mi jakoś specjalnie do śmiechu. Zawsze jest przykro, gdy rozpada się grupa ludzi, którzy dzieląc się z nami swoją pasją, rozpowszechniają naprawdę dobrej jakości muzykę. Jednakże rynek muzyczny jest okrutny i bardzo szybko weryfikuje, czy marzenia o karierze i czerpanych z jej tytułu profitach mają w sobie chociaż cień prawdopodobieństwa. „A miało być tak pięknie!” – niejedna pierś wyrywa się, by wykrzyczeć swoją niezgodę na zaistniały stan rzeczy. Przystało nam tylko pogodzić się z takim obrotem sprawy i westchnąć: Co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz!

Sasha-Boole-9.jpgZawsze, gdy jakiś zdolny i ambitny band wychodzi poza lokalne, krakowskie środowisko, trzymam za niego kciuki i mocno kibicuję, aby osiągnął sukces. Tak też było ze Straight Jack Cat, którzy – powiedzmy to sobie szczerze – po prostu wymiatali. Lista ich zwycięstw jest imponująca: m.in. Emergenza Poland 2013, KrotoFest 2013, Megafon 2013. Mogą również pochwalić się dotarciem do półfinału Must Be The Music, co miało dać im szansę na spektakularną karierę. Nie wyszło, zatem zespół postanowił zakończyć swoją działalność. Jak deklarują, chcą pozostać przyjaciółmi, a nie szarpać się za wszelką cenę i walczyć o coś, co coraz bardziej wydaje się nieosiągalne. Dlatego kapela postanowiła zorganizować swój ostatni koncert 26 listopada w klubie Alchemia. Każdy fan dobrego, krakowskiego grania czuł się niejako zobligowany, aby na tym ostatnim występie się pojawić. Co z tego, że zimno, ponuro i arcysmogowo? Proszę grzecznie wyjść spod koca i na koncert marsz! Każdy, kto chociaż przez chwilę walczył ze swoim leniwym alter ego, na pewno nie pożałował, że zwyciężył w tej niezwykle upierdliwej batalii. Jeżeli dodatkowo uargumentujemy swoje wychodne jakimś zacnym supportem, a takim bez wątpienia jest Sasha Boole, to kocyk zostawiamy w domu, a my sami zmierzamy w stronę nieco mrocznego już o tej porze Kazimierza.

Sasha-Boole-5.jpgAlchemia jak zwykle była przepełniona i aby znaleźć się w upragnionym miejscu, należało się przeciskać przez istną czeredę w oparach gęstego dymu papierosowego. Bardzo szybko okazało się, że mnoga klientela nie zebrała się jedynie w części knajpianej lokalu, ale tłumnie zaczyna przybywać na koncert. Dawno nie widziałam tylu ludzi na występie krakowskiego zespołu. Dość powiedzieć, że było po prostu ciasno.

Wkrótce pojawił się artysta, któremu przypadło tego wieczora zagrać przed Straight Jack Cat. Nie był to artysta byle jaki, ale jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskiej sceny folkowej. Sasha zagrał już wiele świetnych koncertów w kraju nad Wisłą. Miał okazję supportować takie gwiazdy, jak Strachy na Lachy, Lao Che czy Lily Hates Roses. Renoma tych zespołów gwarantowała, że z pewnością poziom, który zaprezentuje artysta, jest na więcej niż na zadowalającym poziomie.

Straight-Jack-Cat-6.jpgJeżeli chodzi o mnie, Boole całkowicie wkupił się w moje łaski. To prawdziwy multiinstrumentalista, który nie musi zdawać się na łaskę innych muzyków. Podczas swoich występów nie tylko śpiewa, ale gra na gitarze, harmonijce, klawiszach i sama nie wiem, na czym jeszcze. Jego kawałki są niezwykle energetyczne i wprawiają w dobry nastrój. Muzyk przekonał do siebie publiczność udaną auto-konferansjerką, dzięki której mogliśmy się dowiedzieć, że posiada spore poczucie humoru. Na początku koncertu stwierdził, że otrzymuje sporo zaproszeń na przyjęcia weselne, jednak tego wieczora wyjątkowo przyszło mu zagrać na stypie. Nie miał zamiaru jednak wpędzać słuchaczy w melancholię, bo swój występ rozpoczął od  utworu Iron & Stone, którym od razu rozkręcił publikę. Oprócz anglojęzycznych numerów, takich jak Golden tooth, Devil got much too bussiness czy Lovesong, mogliśmy posłuchać Sashy w jego ojczystym języku. W szczególności publice spodobał się utwór Авжеж (Awrzesz), czyli po polsku – Oczywiście. To niezwykle poruszająca historia o domorosłym hodowcy marihuany i nauczce, która go spotkała, bo słuchał mądrości życiowych swoich rodziców.

Straight-Jack-Cat-16.jpgMimo fantastycznego koncertu Ukraińca, od samego początku było wiadomo, że ludzie przyszli do Alchemii, żeby zobaczyć zespół Straight Jack Cat. Kociarze na szczęście nie kazali długo na siebie czekać. Pojawili się na scenie od razu po tym, jak zszedł z niej Sasha. Każdy, kto miał okazję przejść się kiedyś na koncert tego zespołu, czy chociażby mignął mu choć raz zobaczony w technicolorze, doskonale wie, jakimi są zwierzętami scenicznymi. Z całą pewnością są świadomi reprezentowanej przez siebie jakości i ta świadomość przeradzała się w niesamowitą energię. Niemalże dwie godziny dzielili się nią z publicznością, która bardzo szybko wypełniła salę po brzegi. Zawsze uważałam krakowskie lokalizacje koncertowe za swego rodzaju dziuple, ale bardzo rzadko zdarzało się, żeby ich rozmiar nie był wystarczający. Tym razem było inaczej. Kolektyw swoim ostatnim, raw-popowym tchnieniem zgromadził sporą liczbę fanów. Cóż mogę więcej powiedzieć o krakowskich wymiataczach? Zagrali naprawdę solidny koncert, który równie dobrze można byłoby przenieść z krakowskich piwnic do wielkich hal i stadionów. Od pierwszej do ostatniej piosenki nie zwalniali, dawali z siebie wszystko. Zagrali większość swoich kompozycji, m.in. fantastyczne Majesty, Leave, Jennifer czy Even. Gratką były ciągłe rotacje na scenie, co wynikało z zapraszania na nią byłych członków kapeli. Mogliśmy dzięki temu wysłuchać Nobody, które zaśpiewał Krzysztof Formulicki. Koncert wzbogacili także swoją obecnością Mateusz Parzymięso (saksofonista) i Bartek Nowak (gitarzysta). Straight-Jack-Cat-2.jpgZ entuzjazmu tłumu i wołaniu każdego członka po nazwisku można wywnioskować, że wielu spośród zebranych w Alchemii było wiernymi fanami grupy od samego początku, czyli od 2010 roku. Niestety, ja nie posiadam aż tak długiego stażu w byciu fanką kolektywu, dlatego miło było mi zobaczyć nieznanych mi ex-członków zespołu. To wyjątkowo haniebne, ale garażowe i niepokorne brzmienie Straight Jack Cat odkryłam stosunkowo niedawno. Zdążyłam się już jednak uzależnić od performatyki tego zespołu, a także od ich nieco surowego, oldchoolowego stylu oraz śmiałej zabawy wokalem. Każdy z muzyków przykuwa wzrok swoim dzikim zachowaniem na scenie, nie wyłączając niezwykle charyzmatycznego wokalisty. W tłumie słyszałam komentarze, że wygląda całkiem jak Jezus, jednak nie do końca się z  nimi zgadzam. Można uściślić, że wyglądał jak Jezus, którego chwilowo opętał szatan. Wtedy byłoby to może bliższe prawdy. Ja opisałabym go jako miks Dave’a Grohl’a i Russella Branda z wokalem nieco przypominającym mi Jack’a White’a, jednakże z mniejszym efektem skrzypiących drzwi. Podsumowując, to wszystko robi bardzo dobre wrażenie. Niewiele jest lokalnych zespołów, które całościowo znajdują się na tak wysokim poziomie.

Straight-Jack-Cat-9.jpgNiestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i koncert Straight Jack Cat równie błyskawicznie przeszedł do historii. Jednak nie smućcie się, moi drodzy! To nie taki znowu koniec, jak go malują! Kociarze zapowiedzieli, iż mają zamiar wydać pożegnalną EPkę z utworami, które uprzednio planowali wydać na pierwszym longplayu. Muzyków będzie można także obserwować w innych projektach (chociażby Sebastiana Kaszycę w grupie Kubaterra czy Michała Zachariasza w SMKKPM). Jeżeli ktoś ma tyle energii i  gra w nim tak porywająca muzyka, to nie ma siły, by zakończył swoją artystyczną wędrówkę. Bo o to przecież chodzi, żeby za wszelką cenę robić swoje. Możemy trochę odpuścić, pójść na pewne kompromisy, ale nigdy nie zrezygnować.

Dlatego nie płaczcie, moi mili, nie rwijcie włosów z głowy. Na pewno nie raz zobaczycie chłopaków gdzieś w muzycznych zakamarkach Krakowa. Mam przeczucie, że niebawem odrodzą się silniejsi i z jeszcze lepszym materiałem do zaoferowania. Może nie od razu, może w innym repertuarze, ale na pewno gwarantując nam mnóstwo emocji. Bardzo na to liczę.

Zdjęcia wykonał Robert Malec. Więcej do obejrzenia tutaj.