Format C: Turn It Up!

Po wprowadzeniu komendy FORMAT C: komputer zawsze kulturalnie zadawał pytanie pomocnicze w stylu: Are you sure? Tym razem wykonałem FORMAT C:, ale nie dostałem żadnego ostrzeżenia o skutkach mojego działania. Cały proces trwał trochę ponad 26 minut. Czym to się skończyło?

Zespół FORMAT C: to krakowsko-okoliczny kwartet, który wg informacji zebranych przez wujka Google powstał pod koniec 2010 roku. Miał okazję koncertować na południu Polski, gościł w kilku audycjach radiowych, ma ponad 1000 lajków na fesjbuniu, wygrał konkurs MEGAFON w Radio Kraków w 2013. W roku 2014 wydał EPkę, która trafiła do łap mych, by ta przez uszy trafiła do serca mego i przetworzona przez resztkę szarych komórek mózgu mego wylała się w przestworza Internetu w postaci zgrabnej recenzji. To może być trudne, zważywszy że zarówno ich EPka, jak i ta recenzja to debiuty. Skoro jednak Opole może mieć swoje, to niech i ja, i chłopcy z FORMAT C: swój debiut mają i nim się pochwalą.

Do rzeczy. Czym zajmuje się FORMAT C:? Graniem muzyki, którą określić można mianem rocka. Ale że jako w dzisiejszych czasach bardzo wiele zespołów uzurpuje sobie prawo do posługiwania się nazwą rock w stosunku do swojego repertuaru, uspokoję Was, że FORMAT C: faktycznie rocka gra. Jako że „rock” to dość rozległe rejony muzyczne doprecyzować należy, że jest to mieszanka skocznego współczesnego melodyjnego punk-rocka z delikatną domieszką niby-alternatywy i szczyptą klasyki.

Wizualnie EPka Turn it up! prezentuje się dość skromnie. Gdyby leżała na półce obok dziesięciu innych demówek nie krzyczałaby: „Weź mnie! Weź mnie!”. Egzemplarz, który trafił w łapska me, by trafić do serca mego, by przetworzonym przez resztkę szarych komórek mózgu mego wylać się w przestworza Internetu w postaci zgrabnej recenzji, swoim wyglądem nie zaskakuje i nie wnosi nic ciekawego. Design jest nierozpoznawalny i nudny. Sama płytka, choć z nadrukiem, okazuje się zwykłym audio CD wypalanym na nagrywarce. „ZBuK, daj spokój! To debiutancka EPka. Low budget! Liczy się wnętrze, a nie powierzchowność!” – powiecie. Dobra, dobra – odpowiem – Jak mam puknąć jakąś dziewicę to chyba lepiej, żeby była ładna, bo wtedy i wnętrze jakoś przyjemniej smakuje? Chyba cenzura mi to wytnie…

Do wnętrza zatem przejdźmy, żeby nie wyszło, że akapit o designie okładki będzie dłuższy od analizy wartościowego wnętrza. 7 utworów na płycie zajmuje nieco ponad 26 minut wg wskazania odtwarzacza, co daje średnią trochę poniżej 4 minut na numer. Na upartego jeszcze na ramówkę do radio by wcisnęli. Nagrania zrealizowano w 2013 roku w Studio Centrum w Krakowie. W studio tym nagrywali m.in. Tymon Tymański, Brygada Kryzys, Farben Lehre, Zakopower, TSA, Zabili Mi Żółwia, Rusty Cage czy Ewelina Flinta (info ze strony Studio Centrum).

Samo nagranie jest przyzwoite. Specjalnie nie ma się do czego przyczepić. Zawsze może być lepiej, ale biorąc pod uwagę fakt, że to debiutancko-amatorska EPka i ograniczenia finansowe (zapewne), jakość nagrania stoi na solidnym poziomie i FORMAT C: nie ma się czego wstydzić.

Płyta zaczyna się dobrze – przewrotnie (?) numerem The End. Energetyczne punkowe łubudubu z dobrymi zmianami tempa i przełamaniami, dzięki którym numer się nie dłuży i nie nudzi. Zwrotki i wokal przez moment skojarzyły mi się z Bloodhound Gang. Ale tylko przez moment. Refreny już bardziej melodyjne, troszkę śmierdzą Green Day’em. Perkusja naparza, bas puka, gitary walą proste punkowe akordy z domieszką szybkich melodyjnych. Wokal Michała ma przyjemną barwę, ale w miarę trwania numeru, aż się prosi, żeby porwał nas w brudne rockowe szaleństwo i zaskoczył nas rykiem, skowytem, kaszlem, harkiem, glutem czy blaszką (niepotrzebne skreślić). Do końca numeru wokal miarowo i dość przewidywalnie prowadzi swoją linię melodyczną.

[youtube_sc url=”https://www.youtube.com/watch?v=KP8dV88I5W0″]

Riff drugiego na płytce Blind zaczyna się bardzo obiecująco. Na koncertach musi fajnie bujać – pomyślałem. Trochę refren poszedł znów nie w tym kierunku, w którym oczyma wyobraźni czy raczej uszami moimi poszedł był, ale taka uroda tego pop-rock-punku melodyjnego i nic na to poradzić nie mogę. Numer posiada solówkę (to ta szczypta klasyki, o której wspomniałem na początku) – bez szaleństw i powalającej techniki , ale poprawnie i w klimacie. Dobry numer. Choć znów miałem niedosyt z wokalem.

If You Want Me Now początkowym riffem nie zwalnia tempa i daje nadzieję, że przez całe 26 minut będziemy częstowani takimi mocnymi, skocznymi numerami i fajnymi gitarowymi riffami. Choć numer w zwrotkach „wycisza” się, nie traci zbytnio kopa. Traci niestety coraz bardziej w moich oczach wokal, który choć nadal brzmi „ciepło” zaczyna trochę uwierać z powodu przewidywalności i monotonności skali. Niby wysoko, niby fajnie, niby melodyjnie, ale wszystko niby.

Kolejny, czwarty numer, ujawnia dodatkowo coś czego wcześniej nie wychwyciłem specjalnie. Wszystkie numery na płycie są w języku angielskim, a po „lekturze” Island of Joy da się wyczuć, że nie śpiewa go ani Anglik, ani Irlandczyk, ani Amerykanin, ani Australijczyk. W tym numerze czuć akcent. Jakby Polski niestety.

I Already Know, i tu przepraszam fanów jeśli przesadziłem, trochę zaśmierdział mi w zwrotkach Smashing Pumpkins, ale znów tylko przez chwilę, bo refren okazał się z innej rockowej parafii. Znów melodyjnie, znów z koncertowym flow i znów angielskopodobny wokal, który nie potrafił mnie zaskoczyć i zabrać w podróż w nieznane, choć kompozycja zapewne ma pewne predyspozycje.

Superstar jakby lekko posmarowany Perłowym Dżemem, a zagrany przez Gang Psów Gończych podczas Zielonego Dnia.

[youtube_sc url=”https://www.youtube.com/watch?v=df43eQ6yyv0″]

Ostatni numer na płycie to bonus track w wersji akustycznej. Frankly to chyba najsłabsze ogniwo EPki, w którym wokal Michała bardzo skręca w stronę brytyjskiego pop-sroco-rocka, którego nie trawię. Wysoko, jednostajnie i smętnie. I nie pomagają gitarowe ściegi czy mazy na fleciku.

EPka Turn it up zespołu FORMAT C: jest dla mnie równią pochyłą, która od dobrze zapowiadającego się krążka, w miarę świeżej, dobrze brzmiącej dawki energetycznej melodyjnej gitarowej muzy z ciepłym wokalem, przechodzi w przewidywalny i coraz bardziej smętny w swej monotonii muzyczny pawik, w którym brak porządnego wokalnego i gitarowego pierdolnięcia, elementu zaskoczenia i młodzieńczego buntu. Jestem jednak pewien, że ten rodzaj muzyki, ten rodzaj prowadzenia kompozycji, bitu, riffu doskonale sprawdza się na koncertach, na których publika oczekuje muzyki energetycznej, kompozycyjnie zwartej i określonej.

Na jednych pasek postępu procesu formatowania zadziała jak hipnotyzer wprowadzając ich w błogi nastrój, innych, bardziej niecierpliwych, doprowadzi do szewskiej pasji, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyłączy systemu podczas formatowania? Dlatego mój zawiedziony lekko i marny zarazem głos nie może zatrzymać procesu FORMAT C:, który się już rozpoczął, trwa i niech trwać będzie tak długo, aż nie sformatuje skutecznie tego, co sformatować ma.

Tym samym ta niezbyt zgrabna recenzja wylała się, przetworzona przez resztkę szarych komórek mózgu mojego, płynąca z serca mego przez uszy moje, po tym, jak do łap mych trafił album Turn it up! zespołu FORMAT C:

ZBuK

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu