Rozpoczynanie kariery jako muzyk sesyjny wielkiego i znanego artysty, nawet poza granicami własnego gatunku, to zadanie karkołomne. Oczy i uszy wszystkich skierowane są na osobę podpisującą się swoim nazwiskiem lub pseudonimem na okładkach. Nie ma się możliwości przeforsowania swoich pomysłów i kompozycji w sposób demokratyczny, a na koncertach jest się zwykle spychanym w cień. Jedyne do czego większość sesyjnych muzyków ma okazję, to odbijanie światła prawdziwej „gwiazdy”. I w tym momencie pojawia się wyjątek potwierdzający regułę. A na imię mu Zakk Wylde.

Nie oszukujmy się. Wielu z sesyjnych muzyków rozpoczynających kariery we własnych zespołach jest aż do zakończenia bytności w muzycznym światku kojarzona wyłącznie ze współpracy, a raczej pracy dla Wielkiego Muzyka. Zakk przez długi czas występował na scenie i nagrał kilka lepszych i gorszych albumów z jednym z największych nazwisk metalowego światka, Księciem Ciemności we własnej osobie – Ozzym Osbournem. Nie był jednak tylko jego kolejnym gitarzystą „po erze Rhoadsa”, a jego godnym następcą. Gdy dołączył do (wtedy) byłego Sabbatha, miał równo 20 lat i wniósł coś więcej do solowej kariery Ozzy’ego niż tylko młody wiek. Wyniósł jego karierę z zapaści swoją pasją do gry na wiośle i innowacyjnym podejściem do nieco skostniałych już pomysłów i kompozycji legendy. Zaczynał swoją karierę z Osbournem jako jasnowłosy chłopczyk z ładną buźką, a zakończył jako brodaty, potężny wiking. Obecnie nikt nie śmie kwestionować sukcesu, jaki Wylde odniósł z Black Label Society. A potwierdziła to tylko frekwencja w krakowskim Klubie Studio.

Był to wieczór kilku niespodzianek i pozytywnych emocji. Pierwszych już na samym wejściu. A to za sprawą Crobot. Żeby grać w obecnych czasach retro rocka trzeba mieć odwagę. Niezaprzeczalnie zespoły wzorujące swój styl (często też i sceniczny image) na szalonych zespołach z Ery Wodnika zdobywają ostatnio na popularności i podpisują kontrakty z ogromnymi nazwami światowego przemysłu muzycznego, jest to wciąż grząski grunt. Poza kilkoma, zespoły takie szybko się wypalają. Sam podchodzę do tej nowej mody z pewnym dystansem. Jedynym zespołem uprawiającym taką muzykę, który był w stanie zawładnąć moim umysłem, jest genialny Blues Pills. Do czasu aż zobaczyłem na żywo Crobot. Mix klasycznego rocka z southernowo/stonerowym feelingiem i gdzieś tam w tle ukrytymi psychodelicznymi inspiracjami zadziałał nie tylko na moją wyobraźnię. Nawet osoby, które przybyły tylko dla gwiazdy wieczoru, stanęły pod sceną z zaciekawieniem. A to, co najbardziej przyciągało, to głos Brandona Yeagleya. Przez cały koncert nie mogłem się pozbyć wrażenia, że oto mam przed sobą Milesa Kennedy’ego, który śpiewa w końcu do dobrej muzyki. Ogólne wrażenia w telegraficznym skrócie? Opad szczęki i zapętlanie ich jedynego krążka przez cały dzień po koncercie.

Gdy w listopadzie ubiegłego roku Black Tusk wydali oświadczenie o śmiertelnym wypadku motocyklowym basisty zespołu – Jonathana Athona, wszyscy zastanawiali się nad przyszłością grupy. Na niecały rok przed 10-leciem istnienia, ich utrzymujący się od samego początku skład nagle stracił bardzo ważny element. Panowie jednak wzięli się w garść i postanowili grać dalej, wiedząc, że w ten sposób najlepiej uczczą pamiętać o Athonie. Jego miejsce na razie tylko, na czas koncertów, zajął Corey Barhorst, znany przede wszystkim z występów w Kylesa. Czy podołał? Nie mam wątpliwości, że w pełni. Jednak jeszcze na chwilę przed koncertem Black Tusk, ich pojawienie się przed krakowską publicznością nie było tak oczywiste, a to z powodu wieści o złamanej nodze gitarzysty – Andrew Fidlera. Udało mu się jednak pojawić i zagrać swoje partie perfekcyjnie, mimo że z gipsem i widocznym grymasem na twarzy. Zdrowia Andrew! W zestawieniu z poprzednikami, Black Tusk grają muzykę zdecydowanie cięższą. Na ich płytach najbardziej wybija się sludge łączony ze stonerem, tymczasem koncert miał w sobie dużo więcej z hardcore-punkowej wściekłości.

Przed koncertem Zakka Wylda i spółki, scenę zasłoniło ogromne płótno z nazwą zespołu i ich charakterystycznym logiem. Gdy w końcu opadło, oczom zebranych ukazało się kilku brodatych facetów w katanach i skórach. Nie był to jednak początek na tyle spektakularny, na jaki się zapowiadał. A wszystko to przez dźwięk, który przez kilka pierwszych minut był wyłącznie nierozpoznawalnym buczeniem gitary, która zlewała się z wokalem. Potem było tylko lepiej. Zakk, mimo że na antybiotykach, jak zwykle pokazał determinację w zaprezentowaniu w pełni swoich umiejętności (i tu przypominam sobie automatycznie zdjęcie Wylda wycinającego solówkę zakrwawionymi palcami – profeska!). Mimo że Black Label Society są właśnie w trakcie promowania swojego najnowszego dzieła – Catacombs Of The Black Vatican, nie zdominował on całego występu. Poza m.in. bardzo black-labelowego My Dying Time, i wręcz klasycznie-rockowego łagodnego Angel of Mercy, publiczność zgromadzona w Studio otrzymała w pigułce wszystko to, za co kocha ten zespół. Od dynamicznych Goodspeed Hell Bound, The Blessed Hellride i Concrete Jungle, które porwały publiczność do entuzjastycznej zabawy, po balladki w stylu wspomnianego wcześniej Angel of Mercy, czy In This River z nostalgicznymi klawiszami w tle. Ten ostatni został zadedykowany zmarłemu w 2004 legendarnemu gitarzyście i przyjacielowi Zakka – Dimebagowi Darrellowi. Nie ma wątpliwości, że zdecydowana większość zebranych jest pod wrażeniem umiejętności brodatego gitarzysty, jednak z głosów, które podniosły się po koncercie, można było wywnioskować, że jego prawie 10-cio minutowa solówka w połowie koncertu, początkowo wzbudzająca zachwyt, szybko wyczerpała swoją formułę i stała się w pewnym momencie średnio potrzebnym zapychaczem.  Jednak poza początkowymi problemami z dźwiękiem i nużącym popisem umiejętności, nie mam absolutnie nic do zarzucenia panom Wyldowi, DeServio, Lorina i Fabbowi. Utrzymany na wysokim poziomie występ Amerykanów ściął wszystkich nie do końca jeszcze przekonanych mistrzowskim wykonaniem Stillborn. I tyle tego było. Bez bisów, ale z ciągłą podkreślaną przez członków grupy sympatią do naszego kraju.

Największym odkryciem tego wieczora pozostanie dla mnie Crobot. Jeśli masz wątpliwości, czy warto chodzić na supporty, przy okazji następnego koncertu nie zastanawiaj się ani chwili dłużej, bo nie masz gwarancji, że nie wyjdziesz z niego z opadem szczęki. Ja swoją zbierał z ziemi jeszcze na długo po wybrzmieniu Stillborn. Mam nadzieję, że talent nie opuści Zakka jeszcze przez długie lata, a nam będzie dane cieszyć się jego niemałymi umiejętnościami. Być może nie tylko przy okazji występów i płyt Black Label Society, ale także w wielu innych, różnych projektach.

Michał Smoll