Radio UFO

Od razu milej, kiedy za robotę bierze się człowiek z pewną ręką i czystym sercem. Jacek Biliński, gitarzysta, który spędził ostatnie dziesięć lat na dziwactwach, perwersjach i łamańcach w zespole Dr. Zoydbergh, przybrał pseudonim Radio Ufo i wyemitował album solowy. Jest więc trochę śmieszno, trochę straszno, trochę psychodelicznie, trochę mrocznie, trochę lirycznie. Przez większość czasu jest jednak nie wiadomo jak, czyli prawdopodobne właśnie tak, jak miało być.

Płyta zgrabnie unika jednoznaczności, wymykając się wszystkim popularnym tagom, w tym najbardziej oczywistemu: country. Nie od dziś wiadomo, że kto jak kto, ale Jacek lubi przypilnować bydła, zakręcić lassem, splunąć tytoniem i pogłaskać kojota. Materiał faktycznie ciąży w stronę dźwięków amerykańskiego Południa w sposób zdecydowany, ostatecznie jednak nigdy w pełni go nie osiągając. Biliński, zarzuciwszy duchową kotwicę w rejonie stanów Texas i Louisiana, nie spędza w nich zbyt dużo czasu, zajęty energiczną eksploracją krain ościennych, przynosząc z nich rozmaite skarby i znaleziska – choć również trochę bezużytecznego szmelcu.

Jak na transmisję Radia Ufo przystało, na płycie znajdują się nie tylko piosenki, ale również kompozycje instrumentalne, pozostawiające dobre lub bardzo dobre wrażenie oraz prowadzące donikąd, plamiaste improwizacje, należące do najsłabszych fragmentów albumu. Zaskakująco dużo dzieje się w sferze wokalnej, gdzie Jacek z dużą łatwością wciela się w różne postacie mrucząc, szepcząc, wrzeszcząc, jęcząc oraz po prostu śpiewając. Banjo, tamburyny, kalimby, syntezatory, zabawki i milion innych, obecnych w nagraniach pierdół sprawia, że brzmieniowo płyta prezentuje się dość wypaśnie. Oprócz wspomnianych dryfujących improwizacji tracki są krótkie, zwarte i konkretne. Album nie traci czasu słuchacza, nie przynudza i nie rozwodzi się nad sobą.

Podczas gdy główną promenadą debiutu Bilińskiego dumnie przechadza się zjawa Johny’ego Casha ze swoją świtą, w zaułkach i bocznych uliczkach łatwo napotkać mniej oczywistych gości. Autor obficie zapuszcza się bowiem w nadleśnictwa Radiohead, Joy Division, Becka czy Ścianki. Eklektyzm materiału nie jest jednak wymuszony, podobnie jak humor. Naturalność bije zarówno z lepszych, jak i słabszych fragmentów płyty. Nie ma ściemy, nie ma pozy. Album spełnia obietnicę, którą chcąc nie chcąc składa komiksowa okładka z pustkowiem, kowbojem, skorpionem, sępem i kaktusami: „Radio Ufo” ma swój świat.

Płytę otwiera Texas driver, genericowa opowieść o tirowcu-zwyrolu. Czuć pot siatkowej podkoszulki i mgłę szlugów w kabinie. Numer na pełnym luzie mógłby chyłkiem pojawić się na festiwalu w Mrągowie. Elementem nadającym tej niepozornej pioseneczce ewidentnie schizowy posmak jest głos Bilińskiego: niski, mamroczący, kreskówkowo złowrogi. To, oraz obleśne wręcz, powracające „yeah” czy „welcome to my truck, babe” przenoszą track w zupełnie inny, przeciwległy rejon, w którym country miesza się z pastiszem, pastisz z psychodelą a psychodela z brudnymi, spoconymi łapskami tłustego zjeba. W efekcie jest Texas driverowi z jednej strony równie blisko do western style, jak do mrocznych słuchowisk Macieja Cieślaka pokroju Dni wiatru czy Czerwonych kozaków z drugiej.

Dwójka, Plasticine boy, dalekie echo beckowego Loser, sunie osadzonym groovem i zloopowaną frazą gitary, tworząc coś na kształt stonerowego hip-hopu. Plumka banjo, brzęczy drumla. Pełen komiks. Do tego dochodzi świetne solo na wyskości 1:27. Nice. Gdyby Biliński uwinął się z Radiem Ufo czternaście lat wcześniej, numer ewidentnie znalazłby się na soundtracku z O brother, where art thou? braci Coen, a gdyby jednak z jakichś przyczyn tak się nie wydarzyło, należałoby go tam zanieść na kopach. Mimo mało przekonującego finału, Plasticine boy to pierwszy z trzech naprawdę mocarnych fragmentów płyty.

Na drugi nie trzeba długo czekać. Kolejny utwór, Trombal trip, utrzymany w stylu solowych ujawnień Thoma Yorke, nokautuje. Harmonie są cudne, a zawarta pomiędzy akordami przestrzeń pachnie ostrym, górskim powietrzem. Widok jest obezwładniający. Na pustkowiu z wolna zapada zmierzch, wzmaga się wiatr, cienie kładą się na suchoroślach – i wszystko to naprawdę widać. Gitara akustyczna, delikatny bit w tle, głos męski. Nie sposób nawet zdissować Bilińskiego za to, że w sposób absolutnie oczywisty jęczy i zawodzi po yorkowemu. Jest cesarstwo. Trombal trip ustawia poprzeczkę tak wysoko, że materiał zbliża się do niej jeszcze tylko raz, w drugiej części albumu.

Z trzech instrumentali, upchniętych jeden po drugim, najlepsze wrażenie pozostawia Wormsik, trwający zaledwie minutę i czterdzieści dziewięć sekund, ale za to nafaszerowany pysznościami. Pomimo zastosowania krzywych nutek, Biliński wydobywa z numeru parę zacnych mini-melodii, aby ostatecznie podsumować track niemal fusionowym outro. Ściankowe Old song natomiast wyłącznie denerwuje redneckową nawijką na kakofonicznym tle. Pierwszą, udaną połowę płyty przyjemnie wieńczy La hawaja, rozmarzona, pogodna kontemplacja wastelandu.

Od tego momentu na albumie rozpoczynają się lata chude. Garażowe Ghostwood, brzmiące, jakby za chwilę miał z niego wyskoczyć Jacek Lachowicz, przemija dość bezrefleksyjnie pośród nudnej, ósemkowej stopy i męczącego oktawę basu. Zgoła inaczej ma się rzecz ze stonerowym Laura’s dream, który pomimo zaledwie trzech minut długości niemiłosiernie katuje ucho monotonnym riffem, rozwijającym się w, o zgrozo, drugi monotonny riff. Boli. Oba tracki przedzielone są przywołanymi na wstępie rozciapcianymi improwizacjami, pozbawionymi struktury i punktu docelowego, co tylko pogarsza stan rzeczy.

Ostatnią pełnoprawną piosenką na płycie jest Angels have gone, podsumowanie garażowo-stonerowego tryptyku. Utworu nie ratuje domieszka ponurego surfu i niezbyt udana, wokalna transformacja Bilińskiego w Iana Curtisa w refrenie; podobnie jak poprzednicy wypada nieciekawie i po prostu topornie. Nie ma co ukrywać: nagłe wymarcie populacji dobrych pomysłów, od których dosłownie roi się w pierwszej połowie albumu, jest wręcz szokujące. Tymczasem to właśnie tu, w Angels have gone następuje zapowiadany wcześniej moment, w którym materiał zbliża się do poprzeczki zawieszonej na niebotycznym poziomie przez Trombal trip. Mowa o codzie utworu, która pojawia się na 2:39 pod postacią fenomenalnej, filmowej melodii brzmiącej wręcz klasycznie. Ten fragment spokojnie mógłby wyjść spod palców Tima Buckleya czy innego Toma Waitsa. Cud, miód, rozpierdol. Trzydzieści pięć sekund, które rekompensują minione piętnaście minut. Możliwe? Ano możliwe.

Płytę zamykają Tribute to Don, nieszkodliwy, southernowy jingiel oraz utwór tytułowy, będący zgrabną, ambientowo-tortoisową pocztówką z pustyni melancholii. Tak przemija Radio Ufo, czyli płyta, której udaje się karkołomna sztuka pozostawienia dobrego wrażenia pomimo faktu, że niemal połowa jej zawartości jest cienka. Nietrudno zauważyć, że problemy albumu zaczynają się tam, gdzie kończy się humor, swoboda i dziewczyna młoda, a zaczyna się duszna psychodela, pasująca do barwnego, komiksowego świata przedstawionego jak chuj do gruszki. Biliński urodził bowiem materiał żwawy i ruchliwy, który nie lubi zamkniętych pomieszczeń, wysyconych kolorów, skandynawskich filmów oraz chmurnych myśli. Próby zaszczepienia w nim mrocznego pierwiastka kończą się pozbawionymi gracji, posępnymi łupankami. Ze złem Radiu Ufo nie do twarzy.

Autorski debiut Jacka Bilińskiego to dość nierówne trzydzieści pięć minut, których najlepsze fragmenty zapadają w pamięć znacznie mocniej, niż najsłabsze. Sporo tu przewrotności i puszczania oka, ale również mnóstwo muzycznej wyobraźni, która zawsze jest towarem deficytowym; chwalmy więc ją, kiedy tylko nadarza się okazja. Poza Plasticine boy nie ma tu potencjalnych przebojów, a klimat Radia Ufo jest, pomimo całej pojebki, bardzo intymny. Rzadkie połączenie, niezła płyta, zdolny facet. Welcome to my truck, babe.

[bandcamp width=100% height=120 album=993435101 size=large bgcol=ffffff linkcol=0687f5 tracklist=false artwork=small track=312931088]

 

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu