Kubaterra

Chyba można powiedzieć, że ta muzyka jest w pewnym sensie krakowska, bo przecież jej autora znamy z tutejszego, niestety już nieistniejącego Camero Cat. Powstała jednak daleko od stolicy Małopolski. Kuba Dobrowolski w pewnym momencie swojego życia wyjechał do Australii na pół roku i przywiózł stamtąd… piekną muzykę.

Dźwięki nagrane zostały solowo i opatrzone nazwą Kubaterra. Sam tak pisze o swoim pobycie na dalekim kontynencie: „większość czasu spędziłem w leśnej chatce, wymyślając i nagrywając tę płytę”. I opłaciło się! Często plusem solowych projektów – także w tym przypadku – jest ich muzyczna spójność i wizja, co jest pewnie związane z brakiem kompromisów, na które trzeba iść w sytuacji zespołowej. Co ma więc nam do zaoferowania muzyczna ziemia Kuby?

O samej płycie dowiedziałem się z fanpage’a innego krakowskiego muzyka – Patricka The Pan. Zwabiony ciekawą nazwą, australijską historią i intrygującą okładką czym prędziej pobrałem płytę z bandcampa Kuby i zacząłem słuchać.

Niewątpliwie klimat Kubaterry przywodzi na myśl samotną wędrówkę – co sugeruje słuchaczowi sam fakt nagrania materiału daleko od domu. Jak określić muzykę zawartą na tym ośmioutworowym albumie? Nie jestem zwolennikiem nadawania etykietek, ale niech za punkt odniesienia posłuży nam folk i rock psychodeliczny. To zdecydowanie gitarowa muzyka, ale w wersji „pejzażowej”; pojawiają się też klawisze. No i te delikatne, snujące się wokale, które nadają całości specyficznego klimatu. Płyta jest dosyć przystępna w odbiorze, można się w nią wsłuchiwać nocami w słuchawkach, ale sprawdza się też świetnie jako niezobowiązująca muzyka tła.

Zaczynamy spokojnie od niespiesznego, klimatycznego If I Will z zawodzącym podwójnym śpiewem i powtarzanym na początku tekstem So I am far away from place where I’ve been all my story. Również w warstwie tekstowej mamy więc opowieść o byciu daleko od domu, w podróży. Już jest ciekawie i wciągająco. Utwór numer dwa, Don’t Keep Me Low urzeka wpadającym w ucho przewodnim motywem gitary i pogodną, melodyjną linią wokalu. Z kolei instrumentalny Streams funduje nam psychodeliczny, noise’owy spacer – coś jakby bardziej folkowy Kaseciarz. Kolejne numery – Can You Hear It (drugi mój ulubiony, obok Don’t Keep Me Low, utwór na płycie) oraz najdłuższy ze wszystkich We Are Everything – to powrót do spowitych we mgle brzmień z zawodzącymi liniami wokalu, trochę kojarzącymi się z Beirutem. Tekst Can You Hear It mówi o oderwaniu od codzienności, co na pewno udzieliło się autorowi, gdy spędzał samotnie pół roku we wspomnianej leśnej chatce (Go to the woods on your own / Spend some time alone / Give yourself a break from everyday / Let your mind drift away). Quay to kolejna instrumentalna, akustyczno-elektroniczna kompozycja, jakby ścieżka dźwiękowa do psychodelicznej podróży, na jednym tylko gitarowym akordzie. Potem mamy jeszcze bardzo ładną folkową balladę Endless Try,a na koniec krótki Shy On Life z dopełniającymi całość dźwiękami pianina. I tak oto mijają 34 minuty muzyki. Dosyć szybko, bo płyty słucha się bardzo dobrze, choć muzyka to niespieszna i refleksyjna.

Kubaterra to bardzo udana i przekonująca płyta, łącząca piękne melodie, zamknięte w piosenkowych formach, z dodatkiem psychodelicznych akcentów. Nad całością unosi się duch podróży i oddalenia od domu. Na uwagę zasługuje też fakt, że produkcja do it yourself  i nagranie materiału „w leśnej chatce” w tym przypadku bardzo się sprawdziły – miękkie, przestrzenne brzmienie instrumentów świetnie pasuje do szczególnego rodzaju wrażliwości obecnej na płycie. Minusów po prostu nie widzę, ale faktem jest też, że w ogóle bardzo lubię solowe projekty powstające w głowie jednego tylko muzyka. Dźwięki nagrane przez Kubę szczególnie przypadły mi do gustu. Pisałem już o intrygującej okładce?

Płytę Kubaterra można pobrać za dowolną kwotę (lub za darmo) z bandcampa wykonawcy – http://kubaterra.bandcamp.com/ – do czego zachęcam!

Igor Herzyk

zapraszamy na fanpage zespołu