The Fuse – The Fuse

Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;

Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,

Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;

Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,

Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:

„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny”

Że Krasicki mądrym człowiekiem był, wie chyba każdy, ale najwidoczniej nie każdy dostrzega pewne analogie między bajką a pewną „modą” dotyczącą wydawnictw muzycznych ukazujących się w ciągu ostatnich kilku lat. Jest to moda dużo bardziej irytująca niż zwyczaje imprezowe niemieckich nastolatków (niemieckie BRAVO to jednak ekscytująca lektura) – większość zespołów myśli, że jeżeli grają głośno, to z automatu grają dobrze. Nic bardziej mylnego. Dlatego też bardzo ucieszyłam się trafiając na EP-kę The Fuse. Prawdziwa ulga.

Właściwie to te cztery utwory, z jakimi miałam przyjemność, nie pozostawiają jakiegoś wielkiego, niezagospodarowanego pola do recenzenckiego popisu, można jednak bez problemu naszkicować polankę i ścieżkę, jaką podąża The Fuse. Ta jest bowiem wyraźnie wytyczona przez soulowo-bluesowo-rockowo-cholerawiejakie dźwięki oraz harmonijkę. Jeżeli myśleliście, że tylko Robert Plant dostał odgórne pozwolenie na używanie tego instrumentu, to byliście w błędzie. Swoją drogą, zawsze zastanawiałam się, czy te loczaste włosy nie wkręcały mu się w tę harmonijkę… Dobra, nie było tematu.

Im dłużej wypluwam z klawiatury kolejne słowa, tym bardziej zastanawia mnie, skąd wytrzasnęłam te soulowo-bluesowe skojarzenia. Tę część własnej świadomości mam jednak w miarę opanowaną, znalazłam więc na to wytłumaczenie. Mianowicie – covery, bo to w nich przeważnie tkwi diabeł. Po pierwsze Baby Huey z Hard Times, a po drugie Fill This World With Love Ann Peebles. Oba te utwory zostały nieco przez The Fuse przyprawione, dzięki czemu brzmią bardziej zadziornie i współcześnie (co w tym przypadku jest dużym atutem). O ile z Hard Times sprawa poszła bardzo gładko, to w Fill This World With Love coś mnie ukłuło. Zespoły zwane female fronted, coverujące kawałki w oryginale wykonywane przez kobietę, zawsze mają pod górę. Również tym razem. Głos Agnieszki Sieńkowskiej w tym całym dziwacznym gatunku, który reprezentuje The Fuse, sprawdza się doskonale, nigdy jednak nie zabrzmi jak wokal Ann Peebles. Mam nadzieję, że nie będzie to politycznie niepoprawne, ale chyba większość z Was zgodzi się, że afrykańskie wokalistki mają bardzo charakterystyczny głos, zazwyczaj nieosiągalny dla innych kobiet. A w Azji łamią dziewczynkom palce u stóp, bo pożądany rozmiar to 34. Takie życie.  Poza tym, drodzy koledzy i koleżanko z The Fuse, trochę więcej odwagi przy dobieraniu utworów do przerobienia. Radzicie sobie naprawdę dobrze, po co więc ta nieśmiałość? Nie mówię od razu o takich dzikich pomysłach jak Krieg coverujące The Velvet Unerground, ale następnym razem oczekuję czegoś bardziej zawadiackiego.

Do przemaglowania pozostały mi jeszcze dwa autorskie utwory The Fuse. Pierwszy z nich to delikatnie, leciutko psychodelizujący Coffee & Cigarettes, wolno i ślamazarnie przepływający przez głośniki, znakomicie wyciszający. A do tej pory jedyną rzeczą, która mogła mnie wyciszyć, była gaza z chloroformem, więc z szacunkiem, proszę… W Coffee & Cigarettes The Fuse uzyskało także wyważone proporcje – miękki wokal bez problemu zgrał się z klawiszami. To też nieczęsto się zdarza, większość klawiszowców bowiem jest święcie przekonana, że gra w Children Of Bodom i może muczeć tym biednym keyboardem, kiedy im się żywnie podoba. Drugim z utworów jest Get Out. Tu jest już zdecydowanie żywiej i nieco „wariacko”. Myślę, że to właśnie on powinien stać się wizytówką EP-ki The Fuse, ponieważ pokazuje, że zespół wcale nie ma zamiaru męczyć słuchaczy wolnymi, delikatnymi kawałkami i afroamerykańskimi coverami, a odrobina szaleństwa i dobrej zabawy jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Pominę tu może przykład Carla-Michaela Eide, który podczas którejś z imprez wypadł z piątego piętra. Ale poza tym to już naprawdę nikomu.

Jest zatem dobrze, nawet bardzo dobrze. Co prawda EP-ka nie utkwi na stałe w mojej pamięci, ale domyślam się, że nie w tym celu została nagrana. W muzyce The Fuse słychać sporo wpływów wykonawców „starej daty”, a wtedy chodziło głównie o zabawę i umilenie czasu, a nie o nagranie nie wiadomo jak epickiej odysei po bezkresnych muzycznych oceanach. W każdym razie tak przeczytałam. W Internecie, oczywiście. Dlatego też takie utwory jak Get Out wsunę do jednej z moich mózgowych szufladek i umieszczę gdzieś pomiędzy tymi ładnymi koturnami z przeźroczystym obcasem a lomograficznymi filmami 35mm ISO 200. Wtedy na pewno się nie wymkną.

Alicja Sułkowska

zapraszamy na fanpage zespołu

korekta: Igor Goran Kadir