Zespół Archive istnieje już ponad dwadzieścia lat i w Polsce znany jest bardziej niż w rodzinnej Wielkiej Brytanii. W teatrze Łaźnia Nowa zagrali niedawno jeden z ostatnich koncertów tej trasy. Współzałożyciel zespołu – Danny Griffiths odpowiedział na kilka pytań dotyczących między innymi historii zespołu, popularności za granicą i zmianach personalnych. Wywiad nie jest zatytułowany „KSM za kulisami”, tak jak to mamy z zwyczaju, bo przeprowadził go Jan Król prowadzący audycję Scena Rozmaitości w Radiofonii. W tej audycji można było wywiad usłyszeć, a, dzięki uprzejmości Janka, u nas możecie go przeczytać.

Spotykamy się w miejscu, które za czasów komunizmu było warsztatami pobliskiego technikum, otaczają nas bloki, to ogólnie dzielnica przemysłowa, a Wy… zagracie tutaj dzisiaj wyprzedany koncert. Jakie to uczucie? I czy możesz podać w jakich dziwnych, wyjątkowych miejscach jeszcze graliście?

O, interesujące! Faktycznie, jest tutaj trochę miejsko, a trochę industrialnie… Graliśmy tu kilka lat temu, ale nie znałem historii tego miejsca. Zdarzało nam się występować w szalonych sceneriach. Oczywiście, jest mnóstwo wielkich scen w dużych miastach, niektóre z nich są jednak wyjątkowe. Kilka dni temu występowaliśmy na statku, w Budapeszcie… Graliśmy na placach, na statkach, nad brzegiem jeziora… Dzisiejsza scena jest całkiem normalna! (śmiech)

Cztery polskie koncerty są ostatnimi na tej części trasy. Odczuwacie zmęczenie?

Tak, ale akurat na te cztery naprawdę czekałem. To ostatnie występy, z jednej strony chcielibyśmy już wrócić do swoich domów, z drugiej, mamy duże oczekiwania wobec polskich koncertów, mamy w sobie sporo energii. Aczkolwiek przydałby się dzień wolny.

Ale macie na tej trasie dni wolne, prawda? Odpoczywacie? Zwiedzacie? Może spacer po starym mieście w Krakowie?

Jasne, przyjechaliśmy do Krakowa wczoraj… Byłem tu już kilka razy, mogę powiedzieć, że znam Kraków i bardzo mi się tutaj podoba. Zawsze idziemy na krakowskie Stare Miasto i… pijemy zdecydowanie zbyt dużo (śmiech). Staramy się w każdym mieście zobaczyć chociaż rynek, później niektórzy idą do knajpy, inni wracają do hotelu. Nie zawsze jednak się udaje, bo nie mamy zbyt wielu wolnych dni.

To wyjątkowe, że brytyjski zespół jest najbardziej popularny nie w swojej ojczyźnie, ale w takich krajach, jak Grecja, Francja czy Polska. Skąd się to bierze?

I to świetnie! Jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. Powiedzmy sobie szczerze, jest mnóstwo brytyjskich zespołów, które nie osiągają nic poza Wielką Brytanią, czasami nawet tam. My możemy wystąpić w ważnej londyńskiej sali, Shepherd’s Bush i to będzie faktycznie ostatni koncert tej odsłony trasy. Ale… Dobrze jest móc przyjechać np. do Polski. Kiedy byliśmy tu po raz pierwszy, graliśmy w Warszawie, nie wiedzieliśmy nic, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, a do klubu przyszło ze dwa tysiące ludzi. To był piękny widok i tak już zostało… Dlatego właśnie, jak zwykle, nie możemy doczekać się polskich koncertów i właśnie dlatego są finalnymi koncertami trasy. Podobno nowy album bardzo Wam się podoba. A skąd się to bierze? To chyba kwestia gustu muzycznego ludzi…

A propos nowego albumu, jaka historia stoi za Restrictions? Dla mnie ten krążek nie jest ograniczony, a raczej eklektyczny…

Dokładnie! Tytuł jest przewrotny. Nie chcieliśmy albumu zbyt ciężkiego, nie chcieliśmy motywu przewodniego – ani w muzyce, ani w tekstach. Nagraliśmy dwanaście piosenek, do każdej z nich podeszliśmy indywidualnie, bez ciężkich brzmień i trudnych treści. Dopiero co wypuściliśmy film Axiom i chcieliśmy zareagować na to, co przy nim zrobiliśmy, pozmieniać to i owo. Ponadto, pragnęliśmy złapać trochę koncertowego oblicza Archive i przenieść je na płytę, a potem wykorzystać naturalnie na scenie. Od tego zaczęliśmy i wyszedł z tego trochę… rock and roll!

Przeszliście długą drogę. W połowie lat 90. graliście trip-hop, muzykę raczej delikatną, acz mroczną. Potem były 10-, 15-minutowe utwory, takie jak Waste, Lights, Again. Mniej-więcej od albumu With Us Until You’re Dead Wasze kompozycje są krótsze, mocniejsze. Skąd te zmiany?

Tak naprawdę, nie lubimy długich utworów. Kiedy nagrywaliśmy Again, to po prostu się działo, graliśmy i nie potrafiliśmy przestać, tak samo z Lights. Łapaliśmy riff, motyw, każdy z zespołu dodawał do niego coś od siebie. Darius i ja pochodzimy ze środowiska muzyki house i tanecznej. Tam budowanie kompozycji na jednym akordzie jest czymś zupełnie normalnym. Natomiast na ostatnich albumach nie komponujemy już w ten sposób. To po prostu nie wydaje nam się teraz odpowiednie. Uwielbiamy wykonywanie na żywo Lights i podobnych kawałków, ale nie chcieliśmy też popaść w rutynę. I nie chcieliśmy być nudni (śmiech).

A czy tęsknicie za latami 90. i tamtą muzyką?

Kocham lata 90. i uważam, że to był naprawdę złoty czas dla muzyki. Wtedy pomieszały się praktycznie wszystkie rodzaje. Dorastaliśmy w tamtych czasach, słuchaliśmy tego wszystkiego. Podobało nam się to, co robili Massive Attack, to niemal nasi równieśnicy. Oni byli z Bristolu, a my z Londynu i ostatecznie obraliśmy londyński styl grania. Ale pochodzimy z tego samego środowiska muzycznego, środowiska ludzi otwartych na soul, house i rock. The Stone Roses byli dla nas pewnym wyznacznikiem, zespołem, który udanie połączył te odmienne gatunki. To także czasy, w których dobra muzyka była na listach przebojów i do niej nadal się wraca. Teraz już nie uświadczysz np. Radiohead na listach przebojów, nawet w Wielkiej Brytanii. Trochę wstyd (śmiech).

Ale Ty i Darius nadal występujecie czasami jako didżeje, czyli sentyment do tamtych lat nadal istnieje?

Ha, teraz już nie jestem takim didżejem, jak w wieku 17 lat. Bawię się winylami, zdarza mi się miksować, być didżejem na imprezach, ale coraz rzadziej mam ku temu okazję i czas. W trasie, podczas dni wolnych, niekiedy lokalni organizatorzy nas o to proszą, ewentualnie sami łapiemy za decki w klubach, zwłaszcza Darius, Dave, ja rzadziej. Ale to nadal niezła zabawa.

Jaki był koncept filmu Axiom i jak przebiegały prace?

Film zrealizowano do muzyki, inaczej, niż zazwyczaj to się robi. Najpierw stworzyliśmy soundtrack. Tak naprawdę, to były już nagrania do krążka Restrictions, które zaczęliśmy jeszcze przed filmem. Spośród wielu różnorodnych kompozycji, „Axiom” brzmiał jak jedna całość. Menedżerowie zaproponowali nam: „Zróbmy z tego film!”. Już od czasów Controlling Crowds bardzo chcieliśmy stworzyć film, ale wydawało nam się, że do Axiom nie da się stworzyć obrazu… Poznaliśmy reżysera, Jesusa (Hernandesa), pogadaliśmy krótko o naszym pomyśle, a on ułożył te utwory w swojej kolejności, złożył w całość i wymyślił do tego historię. Teksty tych kawałków w ogóle nie łączą się ze sobą, a on zrobił z tego film, to było coś!

Czy w Waszej muzyce, obok tekstu, jest ukryty jakiś przekaz? Chcecie zabrać słuchaczy w inny świat, zmienić ich nastrój?

Tak. Archive to bardzo szczery zespół. Zawsze postrzegałem nas jako zbiór dźwięków i pomysłów, dlatego dobrze jest być kolektywem. Obok wokalu, sporo robimy w warstwie muzycznej – i właśnie to wszystko, zebrane razem, buduje emocje. Jeśli te emocje, te dźwięki mogą zmienić czyjś nastrój, to ja jestem szczęśliwy.

Ten zespół zawsze tworzyło dwóch ludzi – Danny i Darius. Inni muzycy się zmieniali, wokaliści się zmieniali… To kwestie personalne czy może typ muzyki, którą tworzycie w danym momencie i do której potrzebujecie konkretnych osób?

Oba powody są prawdziwe. Zdarzały się kwestie personalne, tak było z Craigiem Walkerem… To dziwna sprawa, nigdy nie rezygnowaliśmy z wokalistów na rzecz muzyki, którą gramy, to po prostu się działo. Ale wierzę, że działo się dla naszego dobra. Zaczynaliśmy karierę z albumem Londinium, na którym śpiewali Roya Arab i Rosko John. To był naprawdę doskonały album. A potem pojawił się Craig, który też robił świetne rzeczy. Ludzie, z którymi teraz tworzymy, również mają w sobie pełno pasji i chcą iść w tym samym kierunku, co my. A to popycha wszystkich do przodu. Zatargi w muzyce nie są niczym dobrym, Craig chciał skupić się na indie, my chcieliśmy kontynuować eksperymenty… Wierzę jednak, że te zmiany miały sens i pomogły nam.

Wspomniałeś Rosko Johna, a ja uwielbiam albumy Londinium i Controlling Crowds. Rosko nagrywa teraz solo, a czy planuje powrót do Archive?

Nie wiadomo. Rosko skupił się na twórczości solowej, która wychodzi mu całkiem dobrze. Zresztą, Roya Arab też bierze udział w jego nagraniach. Zaprosiliśmy go do prac nad Controlling Crowds, bo jego głos i jego teksty pasowały idealnie do tamtego konceptu. Natomiast, przy kolejnym albumie nie chcieliśmy rapu w piosenkach o miłości, Rosko to zrozumiał i zajął się własnym materiałem, który brzmi naprawdę ciekawie. Jeśli na kolejnym naszym albumie będzie dla niego miejsce, a on sam będzie się w tym odnajdywał, to zapewne połączymy siły.

Na koniec – czy macie jakieś marzenie? Muzyczne, koncertowe, życiowe? Czego mogę Wam życzyć?

Iść do przodu, rozwijać się. Wychodzi nam to całkiem dobrze. Ja sam chciałbym skupić się nad produkcją muzyczną, tak, abym nadal był zajęty, nawet gdy nie nagrywamy i nie koncertujemy.

W takim razie – rozwoju i jeszcze więcej pracy!

Dzięki!