Projekt Menadżer już się zakończył, a jeszcze w jego ramach odbył się koncert. Chociaż rok 2015 rozpoczął się dość leniwie, to już 8 stycznia krakowski klub Mezcal zmienił się w przybytek rockowego brzmienia. Tego wieczoru, za symboliczną kwotę należną przy wejściu, mogliśmy zobaczyć i posłuchać dwóch kapel – High Horse oraz Winona Rider. Chociaż różnią się nieco stylistyką, całość brzmiała bardzo dobrze. Trzeba przyznać, że i wybór miejsca na koncert był trafiony. Chociaż wiele słyszałam o samym Mezcalu, tego wieczoru odwiedziłam go po raz pierwszy. Co tu dużo mówić – przedwojenna synagoga zmieniona na klub muzyczny robi naprawdę spore wrażenie. Zatem rock wybrzmiał, klimat był, a zimne piwo polało się strumieniami. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy pójście na koncert to prawidłowy sposób na spędzenie mroźnego czwartku, odpowiadam za niego – nie ma lepszej opcji.

Jako pierwsi na scenę wkroczyli High Horse. Po niewielkiej obsuwie czasowej rozpoczęła się wycieczka po amerykańskim rocku. Pierwszą rzeczą jednak, która przykuła uwagę, była nie tyle muzyka, co dość charyzmatyczny wokalista, który występuje w… kalesonach. Image sceniczny to, jak twierdzą największe gwiazdy, połowa sukcesu. Nie do końca zrozumiałam tę stylistykę, jest to natomiast świetny chwyt marketingowy. Nawet gdyby sam wokalista nie wiedział, czemu paraduje na scenie w gaciach i na boso (zakładam, że jednak wie), to zapewne zespół pozostaje w pamięci na długo.

Styl grania kapeli kręci się wokół southern rocka, post-grunge’u i rock’n’rolla. Muzyka, którą grają, jest dobra, ale mam wrażenie, że już gdzieś to wszystko słyszałam. Chłopcy tworzą całkiem przyjemną atmosferę, nie odkrywając jednak nic przełomowego. Podczas ich występu usłyszałam klimaty znane i lubiane – Led Zeppelin, Pearl Jam, ZZ Top czy nawet nasz polski Dżem. Zresztą występ wokalista rozpoczął od nawiązania do Whole lotta love. Wszystko bardzo dobre, lecz mieszczące się w ramach klasyki. Powroty do przeszłości są świetne, inspirowanie się wielkimi kapelami wręcz wskazane. Każda nowa forma sztuki lub muzyki wywodzi się od poprzedniej. Utwory zakrapiane klasycznym brzmieniem są jak najbardziej „na propsie”. Niech to jednak pozostanie zakrapianie. Nie chodzi absolutnie o to, że zespół plagiatuje. Po prostu brakuje mi tu jakiegoś zapalnika, czegoś mega, co sprawi, że słuchając zespołu pomyślę sobie, iż jest to coś świeżego, nowego. Lubię się zdziwić – nad tym, że młoda kapela tworzy coś oryginalnego, a jednocześnie pięknie nawiązuje do gigantów. High Horse zapewnił widowni powrót do przełomu lat 80. i 90., lecz nadał też występowi klimat prawie festiwalowy. Wszystkich zainteresowanych tym, jak brzmią HH, odsyłam na ich profil na Facebooku, gdzie można posłuchać nagrań. Sama również z ciekawością będę czekać na kolejne owoce ich działalności, bo potencjału chłopcom odmówić nie sposób.

Jako drudzy na scenie pojawili się Winona Rider. Stylistycznie różnią się nieco od swoich poprzedników. Sprawą podstawową jest fakt, iż zespół od zawsze gra bez wokalisty, co zdarza się dość rzadko. Kto wszak najczęściej wzbudza najwięcej ochów i achów, jeżeli nie frontman dzierżący mikrofon? Sama też nigdy nie słuchałam zespołu grającego muzykę rozrywkową, który występuje bez wokalu. Jeżeli ktokolwiek jednak myśli, że instrumentalne kapele to nuda, koniecznie powinien stuknąć się w głowę i posłuchać WR.

Na przód wysuwa się tutaj gitara. Może nie brzmi ona tak, jak gdyby dzierżył ją Hendrix czy Jack White, całość brzmiała natomiast zgrabnie i przyjemnie. Sam koncert był dość ważnym wydarzeniem w dziejach zespołu, ponieważ stał się jednocześnie pożegnaniem basisty. Chociaż nie nawiązywali takiego kontaktu z publiką jak HH, to jednak słuchacze bawili się dość dobrze, a nawet kilka osób pokusiło się na ruszenie w podskoki.

Jeżeli chodzi o gatunek, który kapela sobie zaabsorbowała, to jest to stoner rock zakrapiany mocno grungem. Bez wątpienia klimatem kręcą się wokół Deep Purple czy Black Sabbath. Podczas koncertu w jednej chwili psychodeliczne meandry porywały słuchacza w trans – po to, by zaraz wprawić go w nastrój do podskoków. Ciężkie riffy i dużo energii działa jak najbardziej na plus. Chłopcy świetnie bawią się stylami. Przykładowo Szisza nawiązuje do muzyki indyjskiej. Zdarza się czasem, że zespoły grają na jedno kopyto i jedynie wokal odróżnia jedne utwory od drugich. Nie działa to jednak w przypadku Winony. Brak wokalu absolutnie nie sprawia, że są monotoniczni. Wręcz przeciwnie – utwory są zróżnicowane i brzmią naprawdę dobrze, zwłaszcza na żywo.

Zespół w styczniu wydał swoją trzecią płytę, o tytule takim, jak ich nazwa. Dwie wcześniejsze – Matnia damska i eSPe – wyszły odpowiednio w 2012 i 2013 roku. Wydane zostały w niezależnych wytwórniach. Wszystkie do odsłuchania i nabycia za pośrednictwem ich fanpage’a na  Facebooku.

Oczywiście, jak zawsze w przypadku koncertów, takiego powiedzmy – mikro formatu, większość publiki tworzą znajomi. Jest to zarówno zaletą, jak i wadą. Tą pierwszą, ponieważ żaden wielki koncert nie będzie mieć nigdy tak „swojego”, rodzinnego klimatu. Tą drugą, bo chociaż zdarzają się dobrze grające i obiecujące kapele, to mało jest potencjalnych nowych słuchaczy na takich wydarzeniach. Na koncercie WR i HH pojawiło się jednak sporo osób i w pewnym momencie zrobiło się nawet całkiem „przytulnie”.

8 stycznia bawiłam się naprawdę dobrze. W świetnym lokalu można było posłuchać rasowego, krakowskiego rocka. W tym miejscu pragnę jeszcze złożyć hołd należny akustykowi Mezcalu – dawno nie byłam na koncercie z tak dobrze ustawionym sprzętem. Nie było ani za głośno, ani za cicho. To, co jednak najważniejsze, to radość z grania, którą tego wieczoru pokazali muzycy. Może nie wyrażała się w skokach na scenie, ale po chłopcach widać było zaangażowanie. Oczywiście, jako że oba zespoły są mocno początkujące, jeszcze wiele pracy przed nimi. Trzymam jednak za nich kciuki, aby rozwijali się jak najpiękniej. Mam też nadzieję, że odejście basisty nie będzie dla Winony przeszkodą w dalszej działalności.

Kto nie był, niech żałuje!