Przedziwne zjawisko nawiedziło pewnego mroźnego styczniowego wieczora niedużą knajpkę w samym środku wyjątkowo ponuro wyglądającego o tej porze roku Kazimierza. Czwórka muzyków wyjętych żywcem z czeskiego westernu (wiem, że to połączenie karkołomne, ale skojarzenia z naszymi południowymi sąsiadami sprowokował zapewne pokaźny wąs pana za basem) zasiadła za swoimi instrumentami, by wyczarować z nich dźwięki, które nieczęsto wybrzmiewają nad Wisłą. Po chwili okazało się, że może i na krakusów nie wyglądają, lecz są nimi z krwi i kości, a że wprowadzają nieco urozmaicenia do lokalnej sceny muzycznej, tym lepiej dla mieszkańców.

Gdy tylko występ się rozpoczął, jasne stało się, że wyruszyliśmy w podróż przez niecałkiem oczywiste dźwięki, krążące nie tylko wokół westernowych klimatów, ale obijające się także o inne gatunki. Już samo instrumentarium było zaskakujące, nieograniczające się wyłącznie do gitary, keyboardu, basu i perkusji, ale wzbogacone m.in. o tarę (dla niepoinformowanych: to taka tarka, którą w czasach naszych babć i dziadków używano do prania). Zespół oscylował między wolniejszymi i często zahaczającymi o psychodelę momentami – a szybszymi, których klimat nieraz przywodził mi na myśl ścieżkę dźwiękową filmów Rodrigueza (tych osadzonych akcją w Meksyku). Nie jest to jednak jedyne kinematograficzne skojarzenie, ponieważ grupa, zainspirowana ponadczasowym serialem Miasteczko Twin Peaks, nagrała utwór poświęcony jednej z jego kluczowych postaci – Laurze Palmer. Razem z Lullaby były to chyba najbardziej psychodeliczne punkty całego występu, zasiewające w umyśle słuchacza ziarno niepokoju.

Zebrani mieli okazję doświadczyć całego spektrum emocji.  A spora w tym zasługa wokalistki – Kasi Miernik, która potrafiła w znaczący sposób na to wpłynąć swoim magicznym głosem. Sporym błędem byłoby pominięcie reszty muzyków, którzy oprócz sprawnego posługiwania się mniej i bardziej standardowymi  instrumentami, mają także spore zdolności kompozytorskie. Odniosłem jednak wrażenie, że były to w większości emocje zaplanowane, a pomimo eksperymentowania z różnymi, nie zawsze konwencjonalnymi dźwiękami, są w pewien sposób więźniami swoich kompozycji, których trzymają się od początku do końca. Tymczasem muzyka – szczególnie taka – w niektórych momentach wręcz krzyczała i błagała o sceniczną improwizację i odejście od oryginału. Moje przemyślenia potwierdziła tylko ostatnia z zaprezentowanych tego dnia kompozycji. Utwór, jak sami muzycy utrzymują: niegrywany na próbach, będący tylko szkieletem i zarysem,  odgrywany w sporej mierze w sposób zaimprowizowany. Od pierwszych sekund, lawinowo wręcz dało się odczuć piętrzące się pozytywne wibracje. Wicked Heads wjechali z impetem w hardrockowe rejony. Kasia odważyła się użyć swojego głosu w sposób bardziej agresywny, ale wciąż zniewalający, przywodzący mi na myśl Elin Larsson z mojego ukochanego Blues Pills. Sam tekst traktujący o kobiecych wątpliwościach i rozterkach zaskakująco dobrze wpisał się w klimat utworu, dopełniając go i zapadając jednocześnie w pamięć.

Pomimo lodowatej atmosfery na zewnątrz i kazimierzowskiej szarości, Wicked Heads udało się zabrać słuchaczy w odległe rejony Dzikiego Zachodu, gdzie gorący piasek wieje w oczy, a droga ciągnie się po horyzont. Swoją muzyką potrafią przenosić zebranych od westernowych i sielskich klimatów po bardziej niepokojące, do miasteczka Twin Peaks, gdzie nie wiadomo, kto jest ofiarą, a kto mordercą. Mam nadzieję, że zespół nie ustanie w odkrywaniu nowych dźwięków i czarowaniu nimi swoich słuchaczy.