Co można robić w mroźne weekendowe wieczory listopadową porą, gdy każde wyściubienie nosa poza próg bezpiecznego i ciepłego domowego zacisza grozi odmrożeniami i przeziębieniem? Dla mnie nie ma nic lepszego niż ogrzanie się wśród dźwięków nastrojowej muzyki. Wizja koncertu Smingus w Teatrze Barakah zapowiadała właśnie jeden z takich wieczorów.

Jak się okazało, Smingus ma więcej fanów niż podejrzewałem. Występ polsko-zagranicznego kolektywu przyciągnął sporą grupę ich miłośników, wśród których najmłodsi mają po dosłownie kilka lat, a najstarsi są w trakcie emerytury (choć na pewno są młodzi duchem!). I tak w nie za dużej sali Teatru Barakah z trudem udało się pomieścić wszystkich entuzjastów Smingus. Grupa wystąpiła bez supportów i to oni, a także ich najnowszy album Black Diamonds, zostali bohaterami tego mroźnego wieczora.

MG_1593.jpgZespół pozostaje enigmatyczny, jeśli chodzi o wykonywany przez nich gatunek. Lecz mimo tego, że nie dają się tak łatwo zaszufladkować, da się w ich twórczości odnaleźć wiele różnych inspiracji. Między innymi folkiem, indie czy alternatywnym rockiem. Podczas ich występu nie liczyły się stemple z nazwami gatunków, a autentyczne emocje. Koncert można podzielić na dwie części – pierwszą, zawierającą głównie kompozycje z najnowszego albumu, w wersjach, które możemy usłyszeć na samym krążku. Podczas drugiej zespół zaprezentował tylko trzy utwory, za to w niezwykle klimatycznej, akustycznej aranżacji.

MG_1461.jpgNajprzyjemniej podczas całego koncertu obserwowało się klawiszowca. Thymn Chase skakał miedzy klawiszami, a jego gra była często ekspresyjnym i żywym kontrastem do łagodnych gitar, co nie znaczy, że nie zagrał on wolniej i z uczuciem. Najlepsze moim zdaniem momenty występu Smingus, gdzie zespół zahaczał nieco o deeppurplowe klimaty, nie zaistniałyby bez szalejącego za klawiszami Chase’a. Nieco umęczony głos Dave’a Molusa stanowi drugi, sygnaturowy „instrument” grupy. Połączony z delikatnie brzmiącymi gitarami, tylko uwydatniał melancholijny klimat.

Część akustyczna występu niosła ze sobą jeszcze większy ładunek nostalgii. Nie tylko dzięki sięgnięciu po klasyczne gitary, ale także dzięki użyciu rozmaitych, wzbogacających brzmienie instrumentów. Perkusję zastąpiły cajon i grzechotki, a klawisze cymbałki i harmonijka klawiszowa, co pomimMG_1578.jpgo całkiem sporej ilości osób obecnych, stworzyło na sali nastrój pewnej intymności.

Smingus potrafią stworzyć swoją muzyką niepowtarzalną atmosferę, a ich koncerty rozsiewają wśród słuchaczy  niepowtarzalny klimat. Utwory z Black Diamonds na żywo może nie brzmią tak dobrze jak studyjnie, ale niosą ze sobą zdecydowanie większy ładunek emocjonalny. A mi nie pozostaje nic innego, jak tylko polecić wam Smingus na mroźne, długie wieczory.

zapraszamy na fanpage zespołu

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj