12834780_1081700848518384_1269204655_n

Za dużo stoneru

2016/03/10

Stonerror – Rattlesnake Moan

Kolejny stoner, ile można? Panowie, Kyuss skończył się już w latach 90.

Stonerowe twory pojawiały się i znikały. Ich niezliczona ilość coraz silniej, szczególnie w ostatnim czasie, szturmuje bandcampy i wydarzenia na portalach społecznościowych. Można praktycznie co tydzień odwiedzać jakiś klub w poszukiwaniu stonerowych wrażeń. Jednak mimo tego, że wiele zespołów gra na wysokim poziomie i wie, jak posługiwać się instrumentami, to zwykle kończy się to kolejnym schematem. Być może nie o tak powtarzalnej strukturze, jak w reggae[1], ale wciąż niewiele zostaje na w pamięci na koniec, jeśli naprawdę nie jest się zaangażowanym w słuchanie. Pomimo tego, co można wywnioskować z tonu mojej wypowiedzi, nie jestem przeciwnikiem takiego grania. Wręcz przeciwnie. Jednak największą radość sprawia mi znajdowanie zespołów, które zapadają mi w pamięci na dłużej. Czy obcowanie z Grzechotnikiem sprawiło mi satysfakcję?

Muzycy Stonerror, mimo że zamiłowania do muzyki Kyuss nie ukrywają, nie są typowymi odtwórcami atmosfery płyt grupy z Palm Desert. Chociaż początek tego nie zapowiada…

Jericho nie tylko samą nazwą zasługuje na miejsce wśród kanonu utworów, które główną inspirację czerpią z miejsc wypełnionych skałą osadowa, luźną, złożoną z niezwiązanych spoiwem ziaren mineralnych, przede wszystkim kwarcu[2]. Grzechotnik rozpoczyna swoją podróż w nieśpiesznym tempie i sunie powoli brzuchem. Nie dajcie się jednak zwieść, bo jest to zwierzę dzikie. Pierwszy utwór na EP-ce różni się od reszty. Jest przy tym najbardziej z nich wszystkich stonerowy. Utrzymany w takiej atmosferze krążek nie byłby zapewne zły, ale pozostałe kompozycje sprawiają, że jest na dodatek niezwykle ciekawy. Ci, którzy mieli okazję zetknąć się z interpretacją Tomorrow Never Knows Beatlesów w wykonaniu Stonerror, wiedzą, o czym mówię. Oryginał to wręcz esencja psychodelicznego oblicza Brytyjczyków. Pedał fuzlu wciśnięty do podłogi u Stonerror przenosi ten utwór na zupełnie inny poziom[3].

Ciężko mi było uwierzyć, że Łukasz Mazur, odpowiedzialny za wokale w Stonerror, na co dzień chwyta się raczej gitary niż staje za mikrofonem. Szczególnie po tym, co usłyszałem w utworze tytułowym. Mimo że u boku Michała Szpaka na Eurowizji nie stanie, to posiada wszystkie atrybuty dobrego koncertowego rockowego wokalisty. Mimo sporej konkurencji ze strony instrumentarium, nie daje się im zagłuszyć, a jego partie zapadają w pamięci na dłużej. Nie zdziwiłbym się, jakby mi ktoś teraz powiedział, że to właśnie on dubbingował węża Kaa z disneyowskiej wersji Księgi Dżungli. Z kolei we Wrath najbardziej ujawniają się punkowe zapędy wokalne Łukasza, który dostarcza kolejnego wartego zapamiętania popisu.

Kolejnym elementem, który składa się na unikalne brzmienie Stonerror, jest gitara. Przefuzzowane brzmienie nie jest niczym nowym. Jednak oprócz oczywistych inspiracji Kyuss czy innymi klasykami gatunku, słyszalne są również zapożyczenia z bardziej alternatywnego grania, wprowadzane jednak bez narzucania się słuchaczowi. Nic zresztą dziwnego, gdyż każdy z członków grupy był lub jest zaangażowany w jakiś projekt krążący w klimatach alternatywy. I być może to tylko moje osobiste odczucie, ale miejscami nie mogłem powstrzymać się od wrażenia, że Panowie słuchają na co dzień również progresywnych grup, których subtelne wpływy dało się miejscami wyczuć.

To, co wyróżniało wiele klasycznych kapel rockowych, to potyczki między gitarą a basem. Szczególnie jest to zaznaczone w kapelach z bardziej surowym i korzennym brzmieniem. Linia basu jest również widocznie zarysowana w Stonerror. Jednak nie ściera się ona w agresywny sposób z gitarą, a gra z nim we współgłosie, co z kolei bardziej charakterystyczne jest dla dojrzałych muzyków, którzy potrafią przezwyciężyć własne gwiazdorskie ego. I podobnie jak przy okazji gitary, tak samo w kontekście basu ciśnie mi się pod palce stwierdzenie, że tak by właśnie brzmiała alternatywa, gdyby jej muzycy słuchali więcej stonera.

Perkusja to już zupełnie inny rozdział tej opowieści. Z pustyni teleportujemy się w górę stratosfery, by tam doświadczyć psychodelii. Wszystkie instrumenty razem wzięte tworzą jednak obraz kompletny.

Rattlesnake Moan jest krążkiem energetycznym, miejscami budującym napięcie, ale częściej eksplodującym prosto w bębenki słuchacza. Doskonałym pomysłem było nagranie tego materiału w trakcie koncertu. Jeszcze bardziej autentyczny staje się surowy i mocny wokal, perkusja ma okazję wybrzmieć zarówno w bardziej dynamicznych, jak i płynących momentach, tymczasem praca gitary i basu to miód na uszy każdego fana stoneru, który jest już zmęczony oklepanymi standardami. Zdarzyło mi się kiedyś napisać w kontekście samej gry słów w nazwie Stonerror – chapeau bas. Mimo że nie lubię się powtarzać, to Stonerror dostają ode mnie ponownie chapeau bas. Tym razem za brzmienie, które – coś czuję w kościach – jeszcze nie raz mnie pozytywnie zaskoczy.

[1] Wyzwanie na dziś: wejdź na YouTube, wyszukaj jakąkolwiek składankę z utworami reggae, włącz jeden losowy fragment, po chwili drugi i spróbuj wyłapać różnicę. Powodzenia!

[2] Tak, mam na myśli PUSTYNIĘ. Jak to mawiał Jan Sztaundynger: Niewiele do szczęścia potrzeba: trochę piasku, morza, nieba…

[3] A jeśli już o objechanych interpretacjach tego utworu mówimy, polecam sprawdzić wersję Phila Collinsa.

Michał Smoll

Zapraszamy na fanpage zespołu oraz do posłuchania opisanego materiału.

Komentarze

Powered by Facebook Comments