111111

Z pamiętnika początkującego bookera cz. 1

2014/09/02

Gram i siłą rzeczy organizuję granie od 9 lat. Jednak dopiero teraz, po około 300 koncertach, odważyłem się stawić czoła rzeczywistości i wziąć się za “poważny booking”. Jako że robota to, zwłaszcza na początku, niełatwa, postanowiłem napisać kilka słów ku pokrzepieniu serc wszystkich tych, którzy zawsze chcieli, a się boją lub po prostu nie wiedzą jak zacząć.

Pisząc “poważny booking”, mam na myśli trasę koncertową składającą się z 30 koncertów. Dla jednych to coś, dla innych to spacer przez park. Dla mnie z pewnością jest to duże wyzwanie. Do tej pory, owszem, graliśmy trasy po kilka(naście) koncertów, ale wiele (ważnych) detali po prostu zostawialiśmy przypadkowi. No more.

To pierwsza trasa, podczas której wiadomo, jakie będą warunki, jaki będzie sprzęt nagłośnieniowy i oświetlenie, gdzie będziemy spać, co będziemy jeść i pić, jak będzie wyglądać promocja i ile osób możemy spodziewać się przed sceną.

Dzień 1

To dzień refleksji. Rozmyślam głównie o tym, że próbowałem tego wszystkiego już wiele razy i nigdy jeszcze nie udało mi się polubić załatwiania koncertów. Jak to tak, że ja, muzyk przecież, mam siedzieć, dzwonić, negocjować i najlepiej wciskać swoją kapelę gdzie się da. Jak to tak, że mam znosić odmowy lub upokarzający brak odpowiedzi. Nie chce być pieprzonym domokrążcą.

Tym razem postanowiłem poczuć się inaczej.

Wystarczyły dwa założenia:

1) po drugiej stronie maila/telefonu jest taka sama osoba jak ja. Menedżerowie knajp to przecież normalni ludzie, najczęściej w podobnym wieku. Nie ma sensu się ich bać. Z większością da się normalnie porozmawiać. Z tymi, z którymi się nie da i tak nie warto współpracować.

2) Nie wciskam ludziom szemranego towaru. Mój band to pełnowartościowy produkt, którego knajpa przecież potrzebuje, żeby mogła działać. To, że ktoś odmawia, to po prostu kwestia gustu lub okoliczności i trzeba to z uśmiechem zaakceptować. Są inne miejsca. Trzeba się tylko “wstrzelić”.

To dobre założenia. Tym razem mi się uda.

Dzień 2

Początek bookowania przypomina mi pisanie pracy magisterskiej: otwierasz pusty kalendarz i zupełnie nie wiesz, czym go zapełnić. Chcę, by pojawiło się tu 30 gigów, ale gdzie, kiedy, z kim? Nie mam pojęcia.

Pierwszym krokiem do poznania odpowiedzi jest wypisanie wszystkich miast, gdzie mamy jakikolwiek punkt zaczepienia: znajomego, rodzinę, fanów. Pomocne są statystyki z FB (można sprawdzić, z jakich miast mamy najwięcej lajków).

Wypisuję: Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań, Mińsk Mazowiecki…

Gdzie już graliśmy wcześniej i było fajnie? Sieradz, Rybnik, Sanok, Gdynia…

Rodzina: Jasło, Limanowa…

Znajomi: Łódź, Żywiec…

Jest to kilka “rdzeni”, które można wpisać jako “pewniaki”. Wiem już więc od czego zacząć.

Teraz czekają mnie żmudne poszukiwania klubów w tych miastach. Zanim odpalę googla na frazę “miasto + klub + koncerty”, wpadam na pomysł, że ktoś już to przecież musiał zrobić. Kopalnią wiedzy okazują się być strony znajomych kapel, które aktywnie koncertują. Skoro znajomym się udało, to i nam się uda, prawda? Zaczynam powoli tworzyć bazę kontaktów (proces przyspiesza nieco pomoc kolegów z “Kluby, w których warto grać koncerty” na FB i stworzona przez nich baza).

Mam kilka knajp na oku. Wyglądają dobrze, a znajomi mówią, że grało się należycie.

Pomny doświadczeń z przeszłości i niefajnej proporcji maili wysłanych do uzyskanych odpowiedzi (50:1?) postanowiłem najpierw atakować telefonicznie. Pierwszą zaletą takiego ataku jest szybkie wysondowanie, w jakie dni gra się w danym klubie, bo co klub (miasto) to obyczaj. Wiem, że w Krakowie ciężko jest z weekendem, a większość małych koncertów odbywa się w tygodniu. Jak jest gdzie indziej – nie ma reguły. Trzeba dzwonić i pytać.

Drugą zaletą rozmowy jest zapowiedź nadlatującego maila. Nie gwarantuje to jeszcze odpowiedzi, ale znacznie zwiększa szanse oraz włącza uwagę menedżera knajpy. Dodatkowo, czasem fajnie wiedzieć z kim się rozmawia i najnormalniej w świecie zacząć proces “poznawania osoby”. Czemu nie.

Obdzwoniłem 10 klubów. Do połowy się nie dodzwoniłem (spróbuję później). Dwa po rozmowie od razu dyskwalifikuję (lub one mnie). Chyba trzeba będzie rozbudować bazę danych…

Niemniej jednak to wstępne dzwonienie dało mi JAKIŚ obraz tego, w jakie dni gra się w którym klubie. Ustawiam więc w kalendarzu swój wishlist. Odpalam Google Maps – niektóre moje “pewniaki” są niedaleko siebie, niektóre są na drugim końcu Polski, nie zrobię ich więc za jednym zamachem. Nie szkodzi. Trzeba przecież czymś wypełnić pozostałe dni, koncertów przecież ma być 30, a na razie jest raptem kilka propozycji. Wpisuję pewniaki w odległościach tygodnia.

Oczywiście mam świadomość, że świat nie jest idealny i pewnie nie uda mi się ustrzelić odpowiedniej daty od razu. Gotowy więc jestem na przesuwanie koncertów. Na razie mogę sobie na to pozwolić, bo kalendarz jest względnie luźny. Potem może pojawić się efekt domina, którego nie ogarnę – przesuwając jeden termin, przesunę też to, co jest obok. Ale takie to uroki robienia trasy, a nie pojedynczych koncertów. Deal with it.

Kalendarz wstępnie ustawiony. Teraz mail, ale co w nim zawrzeć? Strategii może być kilka. Od kilku lat sam jestem adresatem maili z pytaniami o możliwość zagrania koncertu, zaopatrzonych w przeróżne załączniki i treść. Dwie mądrości z tego płynące: nie toleruję dużych załączników, bo zapychają mi skrzynkę. Również w biografie zgłaszających się zespołów wczytuję się niezmiernie rzadko. Postanawiam więc krótko i na temat. Lecą:

– potencjalne daty

– linki do klipu / live

– linki do całej płyty na YT

– pytanie “czy jest zainteresowanie?”

Postanowiłem, że czas na press i fajne fotki przyjdzie później. Również kwestie warunków zostawiam sobie na koniec. Po co strzępić język (lub męczyć czyjeś oczy), skoro w pierwszej kolejności musi zgadzać się muzyka. Czy ta strategia się sprawdzi, dowiem się może już jutro…

C.D.N.

Autor gra i organizuje w: Cinemon i Krakowska Scena Muzyczna

Komentarze

Powered by Facebook Comments