12804221_1075896492432153_1136468683_n

Rockowe oblicze Blake’a

2016/02/29

Z muzyką Mothers in Furs miałem okazję zapoznać się podczas ich występu w Pięknym Psie. Było ostro, bezkompromisowo i rytmicznie, a przy tym na tyle niebanalnie, że całość po prostu nie mogła się nie podobać. Nie miałem wątpliwości, że to jedna z tych kapel, która nawet jeśli zejdzie w rejony spokojniejszego grania ­­­­– nigdy nie nagra żadnej ballady, że to nie żadna tam – uciekając się do porównań motoryzacyjnych – hybryda na prąd i olej rzepakowy, tylko najprawdziwszy diesel.

Przesłuchanie debiutanckiej EPki Matek tylko utwierdziło mnie w pierwotnym osądzie, lecz po kilkunastokrotnym wchłonięciu całości trudno mi się pozbyć wrażenia, że żywiołem zespołu jest jednak scena, a nie studio. Materiał nadal jest mocny – kompozycje bronią się w naturalny sposób, trudno przyczepić się też do brzmienia – ale jednocześnie czuć pewną zachowawczość, jakby krakowskie trio na to kilkadziesiąt minut lekko zdjęło nogę z gazu i jechało zgodnie z przepisami, by czasem nie przeszarżować i nie wypaść gdzieś na zakręcie, podczas gdy na koncercie zafundowało odbiorcy szaleńczą jazdę bez trzymanki.

Całość otwiera jazgotliwe The Tyger, przez dwie minuty wrzynające się w bębenki ostrymi riffami i punkowym wrzaskiem, by mniej więcej w połowie utonąć w gitarowej improwizacji zakończonej krotką ścianą brudnego dźwięku. W wolniejszym (co nie znaczy, że spokojnym!) The Land of Dreams gościnnie pojawia się Magda Matyka ze Strachu Uszu, zgrabnie ciągnąc śpiewem ciężko toczącą się, stoner rockową konstrukcję utworu. Rozbrzmiewający następnie Katie Cruel, z charakterystycznym, wpadającym w ucho motywem, to chyba najciekawszy utwór na płycie. Tu dla odmiany jest bardziej grunge’owo, a stopy w naturalny sposób włączają się w pracę sekcji rytmicznej. Jednocześnie pod koniec utworu pojawia się przekonanie, że gdzieś coś podobnego już słyszeliśmy. To podejrzenie na moment ucina Why was I born with a different face, które znowu wchodzi w bardziej psychodeliczne klimaty znaczone motoryczną rytmiką i spuszczoną ze smyczy gitarą, przez dobre kilka minut tkającą zgrzytliwe dźwięki. Album kończy wreszcie świetne, instrumentalne i było nie było – tytułowe – Jisei No Ku, podczas którego wraca wrażenie z końcówki Katie Cruel – że coś podobnego już gdzieś tam kiedyś w głowie grało. Nie ukrywam, że mi od razu skojarzyło się to z dokonaniami grupy Tool w jej najlepszym okresie, a że Toola bardzo lubię – oba wspomniane wyżej utwory spodobały mi się najbardziej.

Jak sami widzicie, trudno jednoznacznie opisać muzykę Matek, spotykają się tu tak egzotyczne rzeczy, jak psychodeliczne teksty wyklętego poety wczesnego romantyzmu – Williama Blake’a – i orientalne riffy romansujące z punkiem, grungem i stoner rockiem, a wszystko to podlane jest sosem z przywodzącej na myśl Toola rytmiki oraz brudnej i jazgotliwej gitary. Całość jednakże – bez wątpienia warto polecić, bo mało jest w naszym mieście kapel czerpiących z tak wielu różnych źródeł w tak umiejętny sposób. Dzięki zróżnicowaniu materiału nie sposób się przy Jisei No Ku nudzić nawet przez moment, przy czym warto w kontekście tej kapeli pamiętać, że nawet pomimo wysokiej wartości zebranego materiału – parę dodatkowych gwiazdek zyskuje na koncertach.

zapraszamy na fanpage zespołu

Komentarze

Powered by Facebook Comments